Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘50km’

Czas gna do przodu. Ani się człowiek obejrzał, a od zawodów minął tydzień. A relacji jak nie było tak nie ma. Dlatego więc, na chwilę obecną podaruję sobie wpis  pod tytułem „co ja właściwie tutaj robię?” i przejdę do tego, co działo się w Barcinku.

Poranek

Godzina 6:00 am. Chłodno, mglisto. Pogoda w sam raz, żeby…

Zdjęcie: Asia

No bo co innego normalny człowiek robi w sobotę o takiej porze? Można też tak:

Zdjęcie: Asia

Nawet rozmowy były utrudnione:

Zdjęcie: Asia

Plan zakładał start w bezrękawniku, ostatecznie jednak nie zdecydowałem się na tej zimnicy zdjąć bluzy. Tuż przed startem Janek Lenczowski wrzucił mi do niej paczuszkę z nadajnikiem. Ha, będą mnie widzieć na orienttracku – nie ma się co kręcić w krzakach, bo wyśmieją. Ruszamy asfaltem przez resztki mgły do pierwszego punktu, gdzie czekają na nas mapy.

Punkty

zdjęcie: Monika Strojny

Mapę podnoszę jako pierwszy. Towarzystwo dookoła pierwszorzędne. Nie myśląc wiele lecę na zachód. W biegu patrzę na mapę dokładniej. Nasrali tych punktów jak… znaczy, dużo ich. Niby ostrzegali, że 27. Niby mówili… kurna, no, wala się ich na tej mapie w każdym możliwym kierunku. Dobrze chociaż, że same wejścia na punkt nie sprawiają na razie problemów. Po drugim ci mocniejsi zaczynają mnie wyprzedzać. Zdejmuję bluzę, robi się ciepło. Wpadam na punkt z wodą, strasznie szybko, przecież to dopiero początek. To chyba nie jest optymalny przelot… mimo to kolejne punkty wchodzą dość gładko. Czołówka ucieka, wpadam na Marcina Kargola, nie ma zaliczonej siódemki, którą mam ja. Mijamy się przez kilka punktów, czasami biegnąc razem, czasami rozłączając. Na pk 21. Pierwsza wtopa nawigacyjna, z 15min poszło w piach. W końcu naprowadzają mnie piechurzy, który idą „niepełną” trasę od drugiej strony. Na następnym pk, 23 wpadamy z Marcinem na Magdę Kozioł i Wojtka Stolarczyka. Wychodzi, że mam za sobą ponad połowę. Cały czas z Marcinem dalej. Ten wypatruje na mapie właściwą trasę przez Piechowice, ostatecznie jednak punkt zdobywamy osobno.

zdjęcie: Monika Strojny

I tak to leci. Trochę wolniej, trochę szybciej. W okolicach pk13 po raz ostatni mijam Marcina, który akurat wyleciał na moment w kosmos. Kolejne punkty lecą samotnie, chociaż dookoła coraz więcej zawodników – docieram w centrum mapy i krzyżują się tu różne warianty. Po niezbyt szczęśliwej kolejności zaliczania odcinka specjalnego wpadam na Krasusa z ekipą. Razem podbijamy pk18, wychodzi, że mają kilka potwierdzeń mniej niż ja. Rozchodzimy się w różnych kierunkach. Jest coraz cieplej, wody w bukłaku robi się coraz mniej, żele energetyczne właśnie się skończyły, a czekolada rozpłynęła. Mimo to truchtam powoli dalej patrząc na zegarek. 8 godzin… powinno się udać. W okolicach pk12 popełniam błąd i zbiegam za nisko. Za to spotykam Pawła, z którym tu przyjechałem – leci z innego kierunku i nie wygląda najlepiej. Razem wchodzimy na pk12 a ja zmuszam się do truchtu. Po pk11 pora na pk8… tak, o tym punkcie powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia. U mnie skutkuje krótką cofką, bardziej jednak jestem zainteresowany wodą w rzece. Asia dzwoni, że najlepsi zbliżają się już do mety. Patrzę na zegarek. Spoko, stracę do nich mniej niż godzinę i złapię się w 8h. No, może. Szybko kalkuluję 7/8 *50… bardziej żeby zająć czymś myśli, niż dlatego, że mi zależy na tej wiedzy. Ale wychodzi nieźle, zwłaszcza, że… nie przyjechałem tu z nastawieniem, że zrobię dobry wynik! Powłócząc nogami  przebijam się przez Kromnów i forsuję na przełaj zbocze wzgórza. Początkowo zmierzam nie do tego lasu co trzeba, jednak w końcu docieram do punktu.

Jest gorąco. Pić już dawno nie ma co, nogi bolą. Truchtam przez pięknie wybronowane (?) pole. Biegnę, kawałek maszeruję, biegnę… to już tylko jeden pk i meta. Pk odnajduję, chociaż ustawiony jest jak na mój gust złośliwie, bo w zarośniętym wąwozie bez podpowiedzi, skąd atakować. Teraz tylko trucht do mety. Przecież nie pozwolę, żeby mnie ktoś teraz wyprzedził! Przez bród na rzece wpadam na asfalt, czym wprawiam w osłupienie bawiące się tam dzieciaki. Z tyłu miga mi niebieska sportowa koszulka – biegnie, nie idzie. O tym, jak to widział Krasus, przeczytacie tutaj. A ja? Ja po prostu biegłem i próbowałem nie płakać i nie zwalniać. Wpadam na metę, mijam Asię robiącą mi zdjęcia. Budynek, stanowisko sędziego, patrzę na zegar i widzę :56. Udało się, poniżej 8h! Dzieje się dużo, nagle ktoś mnie uświadamia, że mam czas 8h56min. Konsternacja. Kurde, faktycznie. Zgubiłem gdzieś po drodze godzinę. Jak się chwilę później okazuje, przeoczyłem też skalę mapy (35000, zamiast 50000), co dziwnym trafem nie zmieniło nic w nawigacji (pytanie, jak to o mnie świadczy, pozostawiam otwarte). Podchodzi Janek i mówi, że mój wariant nie był optymalny. Dupa, ja będę go bronił murem, może poza kolejnością na OSie.

Zdjęcie: Asia

Ostatecznie – 15. Pozycja open, 13. Wśród mężczyzn. Patrząc, że ostatnimi czasy w moim dorobku przeważa NKL… tak, jestem zadowolony. A 27 (a raczej 28, bo jeszcze pk z mapami) punktów raz na jakiś czas też może być fajne. Byle by nie za często. I chciałem jeszcze pogratulować (i podziękować) Krasusowi – osobiście uważam go za najszybciej robiącego postępy zawodnika w tym sezonie. Tak dalej Krasus. I następnym razem wpadnijmy na tą metę (niemal) równo.

Zdjęcie: Asia

Reklamy

Read Full Post »

Jak pisałem ostatnio, Tułacze dzieliłem dotychczas na te udane (jesienne) i te, które określałem jako sromotna porażka (czyli edycja wiosenna). Jak się okazało zależność sprawdziła się i tym razem, ponieważ Wakacyjny Tułacz poszedł… średnio.

Jednak (!) na samym wstępie chcę powiedzieć, że z imprezy cieszę się niezmiernie, nawet jeśli wynik sportowy okazał się marny. Po sporym kryzysie w maju, poczułem w końcu efekty czerwcowych treningów. Nie miałem kryzysów jako takich, nawet dołożenie dodatkowych kilometrów (obstawiam, że w moim wykonaniu trasa miała około 65km) nie zrobiło na mnie wrażenia. Ba, nawet skwar i odwodnienie, tak bardzo dokuczające mi ostatnimi czasy, tym razem po prostu były (sikanie na brązowo – niesmaczne, ale prawdziwe). Więc co poszło nie tak?

W zasadzie to sam nie wiem. Może było trochę za dużo radości z imprezy? Już w drodze na pierwszy punkt dwa razy wyleciałem z planowanego wariantu, ale nie  zrobiło to na mnie wrażenia. Później ogólne założenie (dokładaj kilometrów, ułatwiaj nawigację) zaczęło zdawać egzamin. Kolejne punkty wchodziły nie za szybko, ale całkiem pewnie. asfaltowy przelot do Gdyni, a następnie na pk5 bardzo mi się spodobał (chociaż tutaj akurat strzeliłem pierwszego stowarzysza),

jeszcze bardziej podobał mi się asfaltowy odwrót w stronę Gdyni i droga na PK6. No dobra, może nie podobał, ale był bardzo zachowawczy. I nie skończyłem na przesłuchaniu wojskowych, jak (wedle plotek) niektórzy…

Później też jakoś to szło. W drodze na PK8 pomogli zawodnicy z naprzeciwka (trasa 25 i 30km), do PK10 był przyjemny przelot krętym duktem przez las, a potem… A potem wyleciałem w kosmos (dlaczego to stwierdzenie tak często gości w moich relacjach?). Nie wiem, jak to się stało. Znaczy wiem, jak zawsze, w momencie gdy przestało grać, powiedziałem sobie „jakoś to będzie” i szedłem dalej na ślepo. Żeby było ciekawiej, po drodze minąłem nawet jakiś lampion, ale skołatany umysł podpowiedział tylko „stowarzysz” i poszedłem dalej…

obudziłem się tutaj:

Prawda, że pięknie? taka okrągła dziura porośnięta zieloną trawą. Usiadłem i wydumałem, że to musi być to. Podjąłem decyzję, że nie wracam po PK11 – czas zaczynał gonić, a ja na godzinnym błądzeniu wypiłem większość tego, co chlupotało w bukłaku. Pozostaje jeszcze dodać, że znalazłem nowy, niekonwencjonalny sposób na odnalezienie się w takim totalnym zagubieniu. Otóż doszedłem do wniosku, że idąc wąwozami wzdłuż największych mokradeł (przy obecnej temperaturze oznaczało to choćby i śladowe ilości wody) dojdę w końcu do któregoś z jezior. Skuteczność metody, na podstawie powyższej mapki, oceńcie sami.

Jak już się w końcu wróciło z podróży w kosmosie, należało biec dalej. zwłaszcza, że PK12 leżał nad jeziorem, gdzie będzie coś do picia. Niezrażony niezgadzającą się drożnią i na wpół wyschniętymi mokradłami dotarłem w końcu nad brzeg jeziora… które okazało się z tej strony bagnem. No nic, jak złapię punkt, spróbuję od zachodu. Tak też się stało, szybki zbieg do brzegu i… taaak, nie ma to jak mętna, śmierdząca woda z jeziora. wypiłem z pół litra dochodząc do wniosku, że wolę rozstrój żołądka, niż sushi które mam w ustach. Na moje szczęście obyło się bez rozstroju.

sprawdzony wariant z omijaniem przewyższeń i dokładaniem drogi doprowadził mnie do PK13, gdzie spotkałem Konrada. wymiana uwag i każdy rusza swoją drogą, by znowu spotkać się w okolicy PK14 i… wspólnie wylecieć w kosmos (wybaczcie monotematyczność). Z opresji ratuje nas… rowerzysta który okazuje się swojakiem. wyprowadza nas z opresji, częstuje rozmową o Harpaganie i na moje żebranie obdarowuje dwoma butelkami wody. Tylko dlaczego, kurcze, nie zapamiętałem imienia…? Tak więc, anonimowemu wybawicielowi „dziękuję”.

razem z Konradem zaliczamy więc PK14, a następnie robimy przelot do PK15 gdzie… nie, nie wylatujemy w kosmos. Za to nie widzimy punktu. Widzimy wprawdzie stowarzysza, którego podbijają dwaj inni zawodnicy, ale tego co chcemy, nie ma. W końcu decydujemy się na BPK, co kosztuje nas na mecie 120pk karnych… No nic, bywa. Lecimy dalej, tym razem w towarzystwie chłopaków na crossach. Ostry zbieg w dół, następnie wspinaczka w górę wykańcza Konrada. Gdy docieramy do PK16, oświadcza mi, że odpuszcza 17stkę. Sam decyduję się lecieć całość, wychodzi mi, że nawet przy mizernym tempie które mam w tej chwili powinno się udać bez większych problemów. Mimo to przyspieszam i punkt podbijam po 17 minutach. W pewnym momencie dzwonię do Asi (patrz *) i nakręcam się. PK18 i PK19 to majstersztyk – dwa wzgórza po przeciwnej stronie rzeki. Docieram do głównej drogi i włączam muzykę. Lecę jak nowo narodzony, u podnóża górki spotykam Konrada, który mówi, że niezła wyrypa. Nakręcam się jeszcze bardziej i niemal biegiem forsuję zbocze. ze łzami w oczach podbijam punkt i gnam na dół. Po lekkich problemach przebijam się przez zabudowania i kolejne zbocze, które również zdobywam ostrym tempem. Tuż przed lampionem doganiam Konrada. Podbijam, lecę, byle szybciej. Nakręcony myślę tylko o tym, żeby skończyć w minimalnym czasie, na jaki mnie teraz stać. Dobiegam do PK20, ostatniego. Coś mi nie pasuje, ale stwierdzam, że za blisko właściwego miejsca na stowarzysza. Podbijam, ostry zryw i w padam na metę równo z Marcinem Hippnerem – około godzinę przed limitem.

Później okazało się, że moja końcowa szarża miała średni efekt – zarówno PK19 jak i PK20 podbiłem błędnie. Mimo to jestem z niej bardzo zadowolony. BPK na PK15 nie został nam uznany, ale nie mam zamiaru się o to sprzeczać – zaufam sędziom, że faktycznie tam był. Mimo to jestem z siebie dumny – na taką ilość punktów, wtop nie było zbyt dużo. Trasę na czysto zaliczyło 5 osób. Ja wylądowałem na dalekim 20. miejscu.

* Jakoś pominąłem to w trakcie pisania, ale podczas całego rajdu wspierała mnie moja Asia. Ona również pożyczyła mi MP3 z muzyką, która napędzała mnie na koniec. Dziękuję Asiu :*

I jeszcze na koniec Oświadczenie:

Przy okazji poprzedniego Tułacza, podobno, obsmarowałem Edwarda Fudro. Niniejszym chcę zapewnić, że Wymienionego wyżej Pana bardzo szanuję i podziwiam i z wielką radością dostaję od niego bęcki. Tylko dlaczego, skubany, znowu wygrał? 😛
Pozdrowienia Edek (mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądasz) 😉

P.s. Wybacz zdrobnienie – nie mogłem się powstrzymać.

Wzorcówka ze strony organizatora.

Read Full Post »

Na wstępie powiem, że nie mam pomysłu, jak opisać ostatnie dni w składnej relacji. Właśnie dni, bo wyjazd na RW połączyłem z wizytą w Jeleniej Górze, gdzie zjawiłem się już w czwartek rano.

Po aktywnym wypoczynku na wsi na początku tygodnia, czekało mnie błogie lenistwo w górach. W sumie to trochę głupio, być drugi raz w ostatnim czasie w Jeleniej i nie wyjść w góry… No, ale w końcu od czasu do czasu można się dla odmiany pobyczyć, prawda? No dobra, lenistwo było prawie pełne – w piątek Wyszedłem z Asią i jej siostrą na „trening”. Miała być grzeczna przebieżka, miał być relaks… a skończyło się trzymaniem tempa po górkach. I choć dystans skromny (6km), to udało mi się zajechać… jeden z wielu błędów które udało mi się popełnić w kontekście tego rajdu…

W sobotę wstałem wcześnie, ale wypoczęty. na dworze zamiast zapowiadanych chmur piękne słońce… czułem, że będzie prażyć, a mimo to nalałem do bukłaka tylko litr picia. drugi błąd ląduje na liście, chociaż ten akurat nie zdążył wpłynąć na wynik. Sprawne pakowanie i w obstawie Rodziny Buczek jadę do bazy, czyli Karpnik (Karpników?). Na miejscu wita nas piękne słońce i tłum znajomych twarzy. Weronika, Janek, Remik, Marcin(y), Konwalie, Adam, Darek… no i oczywiście organizatorzy, czyli Ciocia Asia i  Robert Domański,  którego ni za cholery nie mogłem poznać w nowej (dla mnie) fryzurze. Uśmiechy, zdjęcia, powitania, wspomnienia… Niby jak na każdym rajdzie, a jednak tak jakoś „bardziej”… totalny luz, piękne słońce, śmiech, a przecież za moment odprawa i trzeba ruszać na trasę!

Umówiłem się z Jankiem, że ruszymy z Jankiem, mówi, że nie jest w formie. Odprawa, ostatnie wyjaśnienia, mapy i lecimy… jak wariaci. Asfaltowy podbieg (do pierwszego pk prawie cały czas pod górkę), a peleton ciągnie masakrycznym tempem. Oj, boli… mimo to nie chcę odpuszczać Janka, wiem, że jak mi teraz ucieknie, to już go nie złapię, a BNO, które czeka na pierwszym punkcie chciałbym zrobić z kimś. Do punktu dobiegamy między dwoma dużymi grupami zawodników, zmieniamy mapy i zanim zdążę zerknąć, już lecę za Jankiem. Nie mogę się skupić, nogi coś nie podają i myślę tylko o utrzymaniu tempa. Podbijamy pk7, lecimy asfaltem dookoła pagórków do pk1, błądzimy dłuższą chwilę, w końcu Janek wykopuje lampion spod ziemi (niemal dosłownie, stał w zagłębieniu). Czuję się coraz gorzej, wiem, że nie utrzymam tempa Janka, więc puszczam go przodem i lecę sam, starając się w końcu skupić na mapie. Spotykamy się ponownie pod Skałami w okolicach pk4 i latamy niezdecydowani, gdzie jesteśmy. W końcu rozdzielamy się, ja zaliczam piękną wspinaczkę po skałach i drapanie się po głowie z kategorii „gdzie do cholery jestem?” W końcu robi się więcej ludzi, któryś z Konwalii krzyczy, że ma punkt, podbijam go równo z Jankiem, ale znowu się rozdzielamy. Większość zaczęła trasę od południa i ma nad nami sporą przewagę, przez co morale spada jeszcze bardziej. Następne punkty (pk10, pk11, pk14) idą znośnie, chociaż tempo mam raczej marne. Mijam sporo piechurów, a Asia regularnie daje sygnały z drugiego punktu głównej pętli, gdzie zjawiają się kolejni zawodnicy. No nic, ze ścigania nici, ale spróbujemy jeszcze powalczyć. W końcu został tylko jeden punkt z BNO, później będzie już łatwiej…  znowu nie mogę się skupić na mapie, na zmianę wkładam słuchawki i je wyciągam. Z pk14 lecę na azymut i… wylatuję w kosmos. Tak totalnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie wiem, co zrobić, żeby się odnaleźć, a po 20min mam już serdecznie dość. Dookoła żywej duszy, a kolejne próby odnalezienia się nie przynoszą zmiany. Po jakimś czasie wpadam na dwóch piechurów, wydaje się, że wiedzą, gdzie są, ale ponownie wylatujemy w kosmos. Rozdzielamy się, a ja podejmuję decyzję. Dzwonię do Asi i mówię, że schodzę. Ale najpierw uratuję dumę – siedzę na tym punkcie już jakieś 40min, więc w końcu go znajdę. Teraz czas nie ma już znaczenia. docieram do niebieskiego szlaku, postanawiam uderzyć do asfaltu na północy. Nim tam docieram, spotykam innych zawodników i… lampion. Cholera, trzeba to było zrobić pół godziny temu… spokojnym biegiem wracam do startu odcinka specjalnego, a stamtąd w dół asfaltem do Bazy. Słońce świeci, dookoła piękne widoki, biegnie się dobrze… i tylko kierunek nie ten, cel inny od zamierzonego. Po drodze mijam Roberta, chyba jest zdziwiony moim zachowaniem. Na mecie Ciocia zabija mnie wzrokiem i niechętnie odbiera kartę… cóż, nawet na najciekawszej i najlepiej zorganizowanej imprezie, jak się nie układa, to się nie układa. Bo właśnie impreza była ciekawa, dawno już się tak nie kręciłem po lesie, dawno też nie dostałem tak w tyłek. Zwyczajnie popełniłem błąd (największy i bijący wszystkie inne) i nie doceniłem imprezy. A pierwsze wtopy, zamiast mnie zmobilizować, totalnie mnie rozkojarzyły i zniechęciły.

No, ale coby nie było – nie smęcę. Naprawdę mi się podobało. Naprawdę cieszę się, że tam byłem. I z podwójną chęcią przyjadę za rok, na dobrą imprezę i po rewanż. Tym razem ze świadomością, że dostanę po tyłku 😉

Z tego co wiem, zawody były trudne nie tylko w moich oczach. Wyniki też sporo o tym mówią. Mam wrażenie, że po Harpaganie ludzie jakoś tak nastawili się na lekkie imprezy. A tu psikus!

A już za tydzień okazja, żeby się odkuć – sentymentalna podróż na Setkę z Hakiem…

Zdjęcia autorstwa Asi

Read Full Post »

Driving away from home…

Nie, nie wygrałem Harpagana. Nie musiałem.

Marcin rzucił się na trasę 100km i tym razem nie mieliśmy jak zgrać transportu. Ale nie miałem powodów do narzekań – towarzystwa dotrzymała mi moja Asia oraz Nika. 370km przez piękną, wiosenną Polskę, najpierw przy zachodzącym słońcu, później przy deszczowej i burzowej nocy. towarzyszyła nam jeszcze muzyka, między innymi ta podlinkowana wyżej. I dobrego nastroju nie zdołał nawet zepsuć kontakt z podstarzałymi weselnikami, nie do końca jadalne pierogi, czy w końcu wtopa nawigacyjna tuż przed metą.

Na miejsce dojechaliśmy w środku nocy i szybko znaleźliśmy sobie kawałek korytarza odgrodzonego taśmami – organizatorzy stwierdzili, że sklepik już się zwinął i możemy się rozłożyć, co bardzo nas robiło. Matrix puszczony na notebooku odrobinę utrudniał sen, ale przecież wolontariusze to też ludzie – muszą jakoś przetrwać tą noc. W efekcie nie wiem, ile przespałem, ile przeleżałem, ale rano obudziłem się w dobrym nastroju około 6.00

Mógłbym opisywać, ile pozytywnej energii otrzymałem od dziewczyn przed startem. mógłbym godzinami wracać w myślach do momentu, jak przed startem leżeliśmy przytuleni do siebie i jak ładowałem baterie. Ale słowa tego nie oddają. W końcu trzeba było wyjść na mokry poranek (prognoza mówiła o pięknym słońcu i wysokiej temperaturze). Przed wyjściem spotkałem Krasusa, idąc do strefy startowej wpadłem na Konwalie, tym razem w składzie ograniczonym do Marka i Władka.

Rozdanie map, rzut oka na pierwszy Pk, sygnał do startu i lecimy. Mocno. Czuję się naprawdę dobrze i jestem głodny rajdowania. Wiem, że będę cierpiał z powodu tego mocnego początku, ale mimo to lecę na czele peletonu. Konwalie coś się krzywią, że „znowu” czym oczywiście jeszcze bardziej mnie podjudzają. Przed pk równa się ze mną Piotrek na którym tempo wydaje się nie robić wrażenia. Pk1 podbijam jako pierwszy i niewiele myśląc zbiegam na bagna, gdzie… utykam. tak totalnie, padający deszcz zrobił swoje. Mimo to ogarnia mnie błogostan. Rajdy to narkotyk? Zdecydowanie na mojej twarzy było to widać, gdy zanurzyłem się po pas w błocie. Jeeezu, jak mi tego ostatnio brakowało. W końcu wychodzę i razem z Piotrkiem i Tomkiem Grabowskim próbuję bagien kawałek dalej. Wyglądało to tak: bagienko, strumień, bagno, bagno, rów, bagno, droga. No, ale w końcu przeszliśmy, może nie optymalnie, ale tak jak zaplanowałem. No dobra, nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy, więc jednak nie o to chodziło… lecimy przecinką do „drogi na skarpie”, która okazuje się… rzeczką. Cóż, kolejne zanurzenie, tym razem z czystym dnem, więc jest nawet przyjemnie i buty się czyszczą z błota. Chłopaki wprowadzają mnie na pk, podbijamy i lecimy. Sugeruję inny przelot niż oni, po chwili myślenia na skrzyżowaniu lecimy po mojemu. W drodze odłącza się Piotrek, chce lecieć swoim wariantem. Nawiguję ja, Tomek od czasu do czasu wyraża swoje zdanie. Lecimy do „skraju lasu”, takiego ładnego, równego, w dodatku leci wzdłuż niego droga… ale coś jest nie tak, za długo go nie ma. Wypadamy na polankę, spotykamy rowerzystów, pytają o pk. lecimy kawałek dalej, widać namiot i lampion. O co kurna kaman?… … … ups… to nie był skraj lasu, tylko łączenie map. No nic, mieliśmy farta i wyszło samo. Do pk4 przelot na pierwszy rzut oka skomplikowany, ale w efekcie na drogi wpadamy całkiem zgrabnie, tempo cały czas bardzo mocne. Prawie nie piję, wylewam picie z bukłaka, nic jeszcze nie zjadłem, a baterie trzymają. Dziwne, ale podoba mi się. Podbijamy pk4, Tomek ucieka za potrzebą, ja myślę nad mapą, w tym momencie lecą z naprzeciwka Konwalie – my tak prujemy, a oni są tak blisko, niedobrze… do pk5 tempo jeszcze rośnie, a ja wykonuję zaplanowany wariant… prawie do końca. Lekkie zawahanie przed punktem, ale w końcu między drzewami dostrzegam namiot. Na punkt wbiegam śpiewając „jestem zaje*isty”. Zegarek sugeruje abstrakcyjny czas <5h cóż, zobaczymy. Jak staję, jest już niefajnie, mięśnie są z kamienia. ale mimo to biegnę. Przecież nie damy się zjeść Konwaliom, prawda?

Mam wytartą mapę przy zgięciu, więc nie wiem, jak zrobić przelot. Tomek mówi, że na rzecze w miejscu o które pytam jest mostek. Super, nie będziemy pływać. Lecimy, ciut wolniej, ale lecimy. jedna rzeka, w lewo, druga rzeka… ups, mostku nie ma, jest tylko dojazd. Tomek nie myśląc dużo wskakuje do wody. Idę za nim wydając dźwięki które zdziwiły mnie samego. W końcu brakuje mi dna pod stopami, trzeba pływać. mam z tym problem, ale docieram do brzegu. Mam problem złapać oddech z szoku temperatur, mam masę wody w nerce i butach a na dokładkę zalałem mapę. Gdyby Tomek nie wszedł tak bezmyślnie stałbym tam i myślał 10min. A tak mamy to za sobą.

Od tej pory Tomek nawiguje, ja się trochę wyłączam. Podbijamy pk6, nie mam już ochoty się ścigać, utrzymuję tylko tempo, w końcu wyłączyły się baterie. Coraz częściej myślę o tym, że na mecie czekają dziewczyny, to pomaga. Trochę się kręcimy, Tomek chyba nie może się zdecydować na jeden wariant. Wpadamy na Konwalie, którzy lecą z przeciwnej strony i łączymy się w kupę. Ok, nie będzie ścigania, przynajmniej na razie. Mijamy wioskę, wpadamy na pola… patrzę na kompas i coś mi nie gra. W końcu odłączamy się z Tomkiem, ale wychodzi, że też lecimy źle. kręcenie się w kółko trwa, w końcu Tomek się odnajduje i wracamy w stronę pk. Niedobrze, spora wtopa. O 5h można zapomnieć. Na wyjściu z pk dzwoni Nika, mówię jej, że zepsuła mi śmierć, bo właśnie umierałem, oraz że będę za około 1h. nie nawiguję, trzymam się chłopaków. W pewnym momencie puszczam muzykę, zaczynam śpiewać. Lecę na oparach, na psychice a nie na nogach, w pewnym momencie to nawet ja dyktuję tempo. Niestety, do mety to nie wystarcza, odpadam a Tomek oddaje mi mapę. Dogania mnie Piotrek który kieruje mnie na właściwą drogę, a później Marek który odpadł kawałek przede mną. We dwóch turlamy się do mety i podbijamy karty w tej samej chwili, z czasem… no właśnie jakim?

Tuż przed metą Marek mówi mi, że zmieścimy się poniżej 6h. Coś mi nie pasuje, ale już nie umiem myśleć. Oddając kartę i patrząc na wydruk widzę 5:24. Co jest? No tak, Marek się pomylił. Tak więc poprawiłem życiówkę o 40min. A przynajmniej tak uparcie powtarzam. No bo przecież między 5:24 a 6:14 jest 40min prawda? No właśnie.

Na mecie czekały na mnie dziewczyny. Przytuliły, zaprowadziły za rączkę do budynku, porozciągały, wysłały pod prysznic… tak można umierać. Po prysznicu posiłek z Jankiem Lenczowskim który przyjechał testować nowy system śledzenia zawodników, i Tomkiem który przybiegł na metę 11min przede mną. Od wyjazdu z Wrocławia cały ten czas byłem szczęśliwy. Powodów do radości miałem dużo, od towarzystwa, przez dobry wynik, po świadomość, że przerwa dobrze mi zrobiła. I nie musiałem wygrywać Harpagana, żeby czuć się wygranym.

A po tym wszystkim było znowu 370km przez piękną Polskę i kolejna przygoda, która nie jest już tematem tego wpisu…

Zdjęcia Autorstwa Asi

Read Full Post »

Przelot na PK4. Tomek Grabowski poleciał do przodu, jest ode mnie mocniejszy. Na horyzoncie widzę też dwójkę innych zawodników. Wpadamy na asfalt, Tomek wchodzi na pola i przebija się do przodu. Dwójka z przodu robi to samo kawałek dalej. Lecę zaplanowanym wariantem, wpadam na drogę, której nie ma na mapie – dobiegam nią w okolicę pk. Z naprzeciwka wylatuje Rafał – „jesteś już blisko, jest bardzo łatwy, chyba jesteśmy pierwsi”. Wybiegam na ścieżkę, rozglądam się, lampionu nie ma. Nauczony Włóczykijem zwalniam i odwracam się – jest, zdążyłem go minąć. Przechodzę przez strumień i podbijam punkt. 

Wrażenia zupełnie inne niż dwa tygodnie temu. A raczej zupełnie inne podejście. Pojechaliśmy w czwórkę, poza Marcinem zabrał się z nami Darek, a jako wsparcie i fotograf pojechała Asia. Na miejsce docieramy około 1.00 – standardowo już na RDSie Noc to czas rozmów, ja jednak pasuję, chcę złapać jeszcze trochę snu. Mimo zmęczenia rano znowu budzę się przed budzikiem. Pakowanie, rozdanie map, odprawa… decyduję się robić pętlę w przeciwną stronę niż Marcin. Na starcie jest jeszcze chłodno, ale już czuć, że słońce przygrzewa. mimo to zabieram cienką bluzę. Ruszamy, lecę autorskim wariantem na pk1, w efekcie wpadam na punkt równo z pozostałymi zawodnikami. W drodze na pk2 doganiam Tomka Grabowskiego, postanawiamy pobiec na razie razem. Czeszemy las przy pk2, mimo mocnego tempa cały czas dookoła jest wielu zawodników. W drodze do pk3 znowu odstawiamy autorski wariant, nie wychodzi nam to na złe, ale przy punkcie widzimy z przodu innych zawodników. Podbijamy punkt, słońce przygrzewa. Od dawna lecę w bezrękawniku, a mimo to mam problem. „Jak Tomek może biec w długim rękawie?”. W drodze na most dopada mnie zmęczenie, zaczynam odpuszczać i Tomek leci przodem. Wychodzi brak treningów połączony z dużym skokiem temperatury. Mimo to biegnę, a dzięki odrobinie szczęścia wpadam na punkt przed pozostałymi. Półmetek z głowy, trzeba biec dalej. Na pk5 pomaga mi zawodnik lecący z przeciwka, idzie sprawnie. Droga na pk6 to tuptanie asfaltu. Po drodze zaliczam gospodarstwo, gdzie gospodarze udostępniają mi kran – zmoczenie buffa pomaga i raźniej biegnę dalej. W końcu podbijam pk6, ale biegnie się coraz gorzej, co jakiś czas przechodzę do marszu. Nie widzę nikogo dookoła, zaczynam dochodzić do wniosku, że musieli mnie powyprzedzać jak zszedłem do gospodarstwa. Następna miejscowość, znowu zatrzymuję się w gospodarstwie – dostaję dwa kubki zimnej wody. Nie pomaga już tak bardzo, do mostu nad Sanem maszeruję. Zerkam na zegarek, zaczynam liczyć – 6h już raczej nie złamię, ale może chociaż życiówkę bym urwał… sprawnie podbijam pk7 za mostem, wracając mijam Tomka Kogucika. Biegnę wałem, Tomek mnie nie dogania, jestem skonsternowany. W końcu docieram do „jeziorka”. Teraz już tylko jeden pk i krótki przelot do mety. Mimo to zatrzymuję się po raz trzeci po wodę – tym razem w sklepie w Pączku. Na pk9 czeka Asia, chwila rozmowy, zbieram się do ostatniego odcinka – 2km i 18 min do złamania życiówki. Powinno się udać…

Przelot do mety – autorstwa Asi

już nawet nie czuję gorąca, jestem po prostu zmęczony. Mimo to jestem zadowolony – dociera do mnie, że właśnie zrobię życiówkę. Łapią mnie skurcze, kręci mi się w głowie, ale zabudowania w zasięgu wzroku pomagają. Dobiegam do gospodarstw, nie ryzykuję i lecę wzdłuż głównej drogi. W końcu wpadam do szkoły, oddaję kartę. Hiu mówi, że jestem drugi…

 

Ostatnio pisałem, że jadę po trofeum. Przed startem podszedł do mnie Paweł i wręczył zaległe trofeum za Skorpiona. Nie spodziewałem się jednak, że uda się przywieźć coś jeszcze. Jestem tym bardziej szczęśliwy, bo planuję obecnie zrobić przerwę w startowaniu – wyszedł więc piękny akcent na zamknięcie tej części sezonu. Do zobaczenia!

Read Full Post »

Włóczykij 2012

Relację dedykuję Michałowi Jędroszkowiakowi. Chciałbym mieć tyle frajdy z rajdowania, co on. 

Przelot na PK14. Wyprzedzam ekipę Konwalii, czuję, że biegowo jestem mocniejszy.W dodatku chyba jestem pierwszy, ale to trudno określić, bo start nie był masowy. Dystans powoli, ale równomiernie się zwiększa, w pewnym momencie odwracam się i widzę już tylko dwóch chłopaków, reszta musi być z tyłu. Lecę dalej, wpadam na skrzyżowanie. „Gdzie jest ten kopiec?”

Zdjęcie – Szymon Szkudlarek

W zasadzie, to w tym momencie skończyłem rajd. Nie, nie zszedłem z trasy. Pobłądziłem 20min, Konwalia w tym czasie pognała dalej, w końcu odnalazłem się i cofnąłem do punktu, obok którego przefrunąłem. Mimo to, psychicznie już mi się nie chciało. Puściły mi nerwy. Poczułem się zmęczony tym wszystkim, bieganiem, ściganiem się, bólem, cholernym niedoleczonym katarem… Psychicznie to zdecydowanie nie był mój dzień. Szkoda tylko, że takie dni trafiają się ostatnio coraz częściej…

Rajd oczywiście ani na tym się nie zaczął, ani na tym nie skończył. Na starcie stawiło się kilka dawno nie widzianych przeze mnie osób, między innymi wspomniane „Konwalie” – którym gratuluję rewelacyjnego wyniku. Pojawił się Remik Nowak, z którym po raz kolejny zamieniłem tylko kilka słów, był Szymon Szkudlarek, był Daniel Śmieja i masa innych osób. Rośnie Włóczykij, nie ma dwóch zdań. Całą szczęśliwą „gromadkę” (około 200 osób) przewieziono autobusami na start, gdzie start odbył się w trzech grupach.

Zdjęcie ze strony organizatora (galeria Kasi Sztangret i Piotra Brzęczek) 

Początek poszedł naprawdę dobrze. Do wspomnianego PK14 było naprawdę fajnie. Później też nie było tak źle, jak chciałem to widzieć, na „Pit Stop” w Widuchowej (tradycyjnie na Włóczykiju, punkt, gdzie można „zatrzymać czas” na godzinę), wpadliśmy w dużej grupie, tracąc do czołówki max pół godziny. Po pk14 połączyliśmy siły z Marcinem, a wiadomo, że we dwóch zawsze łatwiej. Mimo to , po wyjściu z świetlicy (na której zaserwowano masę smakowitości) nie szło nam za dobrze. Ja odparzyłem sobie palca, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego, w dodatku kompletnie straciłem wolę walki. Marcin za to… cóż, to zależało, czy akurat miał kryzys. Raz potrafił świetnie prowadzić i trzymać mocne tempo, innym razem sadził głupie błędy i kompletnie mnie ignorować. Widać nie tylko ja miałem zły dzień. Tak to turlaliśmy się lepiej bądź  gorzej do ostatnich trzech punktów, które były zbite w grupkę. Na pierwszym wylecieliśmy w kosmos, na szczęście nakierowaliśmy się na innych „zagubionych” i razem wyczesaliśmy lampion. Na drugi pewnie wprowadził Marcin, a trzeci… Cóż, mi przestało się spieszyć. Marcin poleciał przodem, ja zostałem z tyłu. Przy wyjściu na asfalt doganiają mnie jacyś zawodnicy, któryś mija mnie i pyta co u mnie. Na moje burknięcie, że rozmyślam, rzuca, że będzie niezła relacja. Sprawnie wchodzimy na punkt, w sumie w pięć osób. Rozpoznaję Andrzeja Buchajewicza. Wracając coś tam sobie rozmawiamy o mecie, do rozmowy próbuje się włączyć zawodnik, który wcześniej pytał co u mnie. Dopiero w tym momencie dociera do mnie, że to Michał Jędroszkowiak. Wracamy na asfalt. Postanawiam truchtać do mety z przygodnym zawodnikiem, przez pewien odcinek towarzyszy nam Michał. Jak zawsze, uśmiechnięty, rozgadany… a przecież ma w nogach dużo więcej niż ja. Wkrótce on i pozostali setkowicze (wśród nich jeszcze Piotr Szaciłowski – kurcze, trafiłem na śmietankę biegową w środku lasu), skręcają w swoją stronę. Oni mają jeszcze 3pk, nam został tylko asfalt do mety. Spokojnie truchtamy z Marcinem (ów przygodny zawodnik), na koniec nawet mamy obstawę w postaci mieszkańców Gryfina. Jeden z nich uparcie próbował biec z nami, gdy nie dawał rady, dosiadał się do kolegów w aucie. I tak cztery razy, aż do samego dom kultury. Bardzo przyjemny akcent na koniec, do tego „piątka” za dobiegnięcie do mety, i oddajemy karty. Dwudziesta pozycja to nie było to, co zakładałem, mimo to mogło być gorzej…

Po RDSie chyba zrobię sobie trochę luzu w kalendarzu startowym.

Read Full Post »

Piątek 17.02.2012

– Wiesz, ja jadę z myślą, żeby się zajechać. ale tak naprawdę mocno. niezależnie od wyniku

– Znaczy, chcesz się sponiewierać, tak?

Sponiewierać. Marcin trafił określeniem w sedno. Po ostatnich przygodach potrzebowałem dać sobie w kość. Żeby upewnić się, że jeszcze potrafię i lubię. A że prognozy zapowiadały odpowiednie ku temu warunki, byłem dobrej myśli. Wyruszyliśmy we dwóch, po drodze zabierając z Krakowa Dawida. Na miejsce (straszne odludzie, ale kierowały nas „banery z narciarzem” które skrzętnie wypatrywali chłopaki), dotarliśmy o 01.30 w nocy. Setkowicze byli na trasie już prawie 6 godzin, a Paweł Szarlip, na pytanie „jak idzie?”, rzucił tylko, że najlepsi są na półmetku… pierwszej pętli. Nie pozostało nic innego jak złapać jeszcze chwilę snu przed tym, co miało się dziać jutro.

Sobota 18.02.2012

wstaję przed budzikiem, nie dlatego, że jest głośno tylko jakoś tak sam z siebie. budziłem się zresztą całą noc, rzadko mi się to zdarza… Orientuję się, że gdzieś mi wsiąkła karta startowa, na szczęście organizatorzy łaskawie wydają mi następną. Lepiej tu, niż na trasie, ale i tak kiepski początek. Na dokładkę zapomniałem kompasu (znowu), którego na szczęście użycza mi Leszek (również znowu). Na dworze wieje, po krótkim spacerku decyduję się na jeszcze jedną koszulkę. O 7.30 idziemy na odprawę, po 11,5h dalej nie ma nikogo z setki. Będzie się dział, nie ma co. Gdy czekamy na start, podchodzi do mnie… Czech. Z Pavlem poznaliśmy się na starcie Kieratu. Wspólne zdjęcie i chowamy się do środka czekając ostatnie minuty na rozdanie map. Ktoś nagle krzyczy, że przybiegli setkowicze, ale nie widzę kto to. W końcu dostajemy mapy. szybki rzut oka, na początek przelot asfaltem, a później… te drogi i poziomice nie zachwycają. Na pozostałe punktu patrzę bardzo pobieżnie. Sygnał do startu i lecimy. I poczułem dobrze, w miejscu gdzie kończy się nasz odcinek asfaltu drogi nie ma. podbiegam jeszcze kawałek i trafiam na mniej zasypane pole. Potem… potem jest jedna z tych wpadek nawigacyjnych, które tak dobrze znam. Ostatecznie podbijam punkt z Pavlem, który również wyleciał w kosmos i całym tłumem ludzi, którzy poruszali się wolniej, za to myśleli więcej. Lecimy we dwóch, szlifując angielski, młócąc śnieg i goniąc czołówkę własnymi wariantami. Po drodze Wpadamy na różnych zawodników, ale jest to coraz rzadsze. W końcu zostajemy we dwóch, ale na szczęście, tym razem, to nie wylot poza zaplanowany wariant – sprawnie zaliczamy kolejne punkty. Wbiegając na piątkę widzę kogoś odbiegającego od lampionu, to chyba Janek Lenczowski. Podbijamy i lecimy dalej. Po kilku minutach wpadamy… na czołówkę. Już prawie zapomniałem, że przecież cały czas próbujemy ich dogonić. Chłopaki maszerują razem, nikt nie ma ochoty rwać do przodu i deptać śniegu. dołączamy do peletonu i wspólnie deptamy śnieg. Chwilowe rozciągnięcie następuje na asfalcie, ale już po chwili znowu zbijamy się w grupę na pk6, gdzie miała być herbata. Niestety, okazaliśmy się za szybcy – chłopaki dopiero się rozstawiali ze sprzętem. Widać oni też wzięli sobie do serca wyniki setkowiczów. Po punkcie następuje kilka autorskich wariantów które… ostatecznie znowu schodzą się w tramwaj. Coraz częściej słychać o tym, że koniec ścigania. Zwłaszcza, że dopiero teraz wychodzimy na pola, gdzie nawet marsz jest problemem. I tak to leci, punkt za punktem, z tyłu dołączają kolejni zawodnicy, niektórzy zmieniają się przy deptaniu, inni cicho idą z tyłu. Są rozmowy, śmiechy, wspominki… ściganiem by tego chyba nie nazwał nikt. W końcu idzie nas 11 osób, Chłopaki próbują zrobić porządek w kolejce do deptania… żeby uzmysłowić wam o co chodziło z tym deptaniem – wyobraźcie sobie piękne zadbane pole poprzegradzane co kilkadziesiąt metrów miedzą. Na polu leży śnieg, tak między połową łydki a kolanem. a na miedzach śniegu nawiane jest dużo więcej, tak do pasa. Idący przodem nie wie, ile przy danym kroku zapadnie się noga, czasami wpada tak, że musi się gramolić na rękach i wtedy cały sznurek za nim staje – albo, jeśli się zagapił, to wpada na nieszczęśnika. A teraz pomyślcie, co się dzieje, gdy ktoś próbuje po czymś takim biec – a bywało i tak… Oczywiście po pewnym czasie człowiek zaczyna dostrzegać owe miedze na polu i automatycznie je przeskakiwać. Ilość zapadnięć w śniegu maleje, ale nie do zera. Ci z tyłu patrzą tylko na kostki tego z przodu i starają się iść po jego śladach. dookoła tylko biel. I tak leci czas, kilometry, punkty…  Czasami dla odmiany trafia się jakiś las, czy inne krzaki, ale tempa to za bardzo nie zmienia.

Przełom następuje na pk11. Nawigatorzy nie zgadzają się co do wariantu, Janek Lenczowski chce iść bardziej na zachód, Stryki Byki i kilka innych osób chce lecieć do asfaltu na wschodzie. Idę z Bykami, którzy narzucają ostre tempo. Zaczęło się ściganie. Ostatecznie zostajemy we czterech, dwóch Byków, Dawid i ja. Mam problem utrzymać tempo, zaczynam marudzić chłopakom. Na szczęście dla mnie asfalt w końcu się kończy i znowu mamy deptanie. Udaje nam się złapać pk12 (ostatni) tuż przed zmrokiem. Dogania nas Janek, który wycofał się ze swojego wariantu i pognał za nami. Decydujemy w piątkę dotrzeć do mety. Na zbiegu przez śnieg mam już problem ze sobą. Usilnie myślę o tym, co mi Marcin powiedział w samochodzie, jakiego określenia użył. Nie udaje mi się odgrzebać tego z pamięci aż do mety. W końcu wpadamy na asfalt, przestaję marudzić, nabieram tempa i jakoś to się kręci. Przecież nie odpuszczę teraz, tuż przed metą. W którymś momencie Janek mówi, że ma „świeże nogi”. Śmiejemy się, że biegnie czterech skatowanych i jeden o świeżych nogach. Mimo to cały czas lecimy razem, czuję że tempo jest wyższe niż jak robiliśmy ten odcinek rano na starcie. W końcu za kolejnym zakrętem meta. Koniec. Jeszcze tylko chwila niepewności, potwierdzenie,że wszyscy mamy te same, dobre, punkty i po bólu. No dobra, nie po bólu, bo ten się dopiero zaczął…

Wygrana. Pierwsza, po około 30stu startach w rajdach, po ponad dwóch sezonach. Fakt, „nie do końca” bo w pięć osób i na końcu holowana, ale w końcu. Sponiewierałem się. Plan wykonany. W 150%.

Marcinowi też poszło niezgorzej, ale o tym to już opowie sam.

Read Full Post »