Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Wrzesień 2011

JT 2011

Nie wiedzieć dlaczego, ostatnio rajdy zaczynają się u mnie na tydzień przed sygnałem do startu. tym razem było tak:

sobota:

-„Nie widzieliście może mojego GPSa? wsadziłem go gdzieś po ostatnich zawodach…”

– Wożenie drewna ciężarówką

wtorek:

-„Pewnie się gdzieś znajdzie przy okazji. Przecież musi gdzieś leżeć…”

-Dalsze wożenie drewna

czwartek:

-„No do jasnej anielki! Gdzie on jest?! Ku..a, będę musiał lecieć bez niego! A gdzie są moje but?”

– Dla odmiany wożenie drewna. Ilość zapakowanych i rozpakowanych ciężarówek już jakiś czas temu ma dwie cyfry.

piątek:

-„Jest! Jest! znalazł się! I są też buty! No, tak to można jechać”.

-Tym razem… nie było drewna! Wczoraj poszła ostatnia partia. Za to jest prawie 400km za kółkiem w stronę rajdu.

Tak oto piątek był już dniem bardzo szczęśliwym. Odrobinę zmęczony, lekko sponiewierany jeszcze po Siedmiu Dolinach, pakuję się za kółko. Postój robię w, jak się okazuje, bardzo pięknym i pełnym remontów Stargardzie Szczecińskim. Polecam tym, którzy będą przejeżdżać obok, zwłaszcza park koło kościoła świętego Jana i pizzerię Sorento.

Do bazy przyjeżdżam jako pierwszy. Piękna pogoda i „wymarły” ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem Woświn. Melancholia próbuje zniszczyć mój dobry nastrój, ale na szczęście po pół godziny pojawiają się następni zawodnicy – Robert i Asia, z którymi mam okazję porozmawiać o Przejściu Kotliny. Ostatecznie jedziemy razem na obiad do… miejscowości Chociwel (przepraszam, nie potrafię tego odmienić). Miejsce również polecam, zwłaszcza pałac nad jeziorem, w którym to można zamówić wszystko, na co ma się ochotę, nawet to, czego nie ma w menu.

Wieczorem w Bazie rozmowy z Marcinem i Maćkiem, zostaję uświadomiony, jak korzysta się z nerki biegowej. Później do towarzystwa dołącza organizator i jeszcze kilka osób, dyskusja na tematy wszelakie rozkręca się na całego… kurcze, chciało by się tak gadać i gadać, ale rano trzeba wstać tak wcześnie… Ostatecznie w okolicach 22.00 ląduję na stole przykryty śpiworem. W tym momencie zaczyna się zjeżdżać większość uczestników, widać właśnie dojechał pociąg.

fot. Szymon Szkudlarek

Rano powitało nas… zimno. nie decyduję się jednak brać grubszej bluzy. Umawiamy się na wspólny bieg z Jankiem Lenczowskim i Marcinem Marianowskim. Dostajemy mapy i po dyskusji decydujemy się na wariant zgodnie ze wskazówkami zegara. Sygnał do startu. Biegniemy w pięć osób, są jeszcze Bartek i Edward, tylko że oni wybrali wariant w drugą stronę. rozdzielamy się na torach, za to doganiają nas zawodnicy z setki. I tak biegniemy razem przez pierwsze trzy punkty. Z tą różnicą, że setkowicze zaliczają w tym czasie jeden nie z naszej trasy. Wszystko dzięki wpadkom nawigacyjnym. w drodze na czwarty punkt ostatecznie odłącza się od nas Marcin i zostajemy we dwóch z Jankiem. Jak się potem dowiedzieliśmy, zyskaliśmy na tym przelocie zarówno do niego, jak i Maćka Więcka – miła informacja. Zaraz po nas na czwarty pk wpada Bartek lecący z drugiej strony. Janek jest zestresowany, twierdzi, że Bartek przyciśnie. lecimy dookoła jeziora a następnie przez pola. Gdy wchodzimy do lasu ponownie zaczynają się problemy z nawigacją – nic się nie zgadza z mapą (a przynajmniej nam się nie zgadza). Gdy znajdujemy lampion Janek forsuje pomysł z zachowawczym wariantem po asfalcie. Nie protestuję, ale na asfalcie Janek jest dla mnie za szybki. Wyłączam się. Punkt znajdujemy bez większych problemów. Wracamy na asfalt. W końcu nie wytrzymuję i mówię Jankowi, żeby leciał swoim tempem. Spokojnie truchtam, zaliczając małą wpadkę w lesie. gdy dochodzę w okolice punktu stwierdzam że okolica nijak ma się do mapy. Na szczęście nie zabawiam tu długo, punkt znalazł się nawet bez mapy. Spokojnym tempem lecę asfaltem z myślą, że docisnę na polu i doturlam się końcówkę torami. Tak też jest, z tym, że zaliczam jeszcze jedną zwłokę przy ostatnim lampionie – szukam go 100m za wcześnie. Zmęczony, w mocno przypiekającym słońcu biegnę po podkładach kolejowych, potem końcówka asfaltem i już po wszystkim. Okazuje się, że poza Jankiem nie ma jeszcze nikogo! Na dokładkę poprawiłem życiówkę z WSSa o 11 minut i to pomimo dołożenia około 6km na nawigacji.

Kilkanaście minut po mnie dobiegł Bartek, a jakiś czas po nim Marcin. Znowu ośrodek wydał mi się wymarły, chociaż tym razem piękne słońce łamało trochę to uczucie. Szybki prysznic, pakowanie się i pora na ceremonię – niestety, całe podium musiało się szybko zwijać do domów. Organizator, poza nagrodami dla nas, wyskrobał jeszcze coś dla Marcina, żeby nie odjechał z pustymi rękoma. dużo śmiechu, pozytywna atmosfera, piękna pogoda… nic, tylko każdy rajd kończyć w ten sposób.

Sama trasa jakoś słabo utkwiła mi w pamięci. Podobnie jak w izerach, tak i tutaj miałem wrażenie, że całość stała się trochę za szybko. Bardziej istotnie okazało się to, co działo się przed i po biegu. „otoczka” rajdów od zawsze była dla mnie magiczna i niezależna od tego jak idzie na trasie. To chyba właśnie to sprawia, że z taką niecierpliwością czekam na następny start. Nawet, jeśli ma to być Tułacz, którego boję się jak cholera 😉

Reklamy

Read Full Post »

B7D meta

Zdjęcie wygrzebane przez Kroliska w galerii Marka56, za które bardzo obu tym osobom dziękuję 🙂

Read Full Post »

Dzieje się tego tyle, że nie do końca wiem, od czego zacząć. Jestem w trakcie dwóch przeprowadzek, swojej do Wrocławia i rodziców do Jodłowic. Próbuję od dwóch tygodni kupić pierwszą w życiu kolarkę i marnie mi to idzie. W momencie, w którym piszę te słowa czekam na zapisy na zajęcia, które w tym semestrze okazują się wyjątkowo skomplikowane… młyn!

A przecież to taki ważny dla mnie moment! W zasadzie, to mam kilka powodów do świętowania i radowania się. Dokładnie dwa lata temu, na Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej zacząłem swoją przygodę z dużymi dystansami. Licząc ten weekend, mam już na koncie 10 startów na dystansie 100km, z czego pięć tegorocznych ukończyłem. Po raz pierwszy też wystartowałem w setce liniowej. Podobno najtrudniejszej w Polsce.

Bieg Siedmiu Dolin, bo o nim mowa, z moimi dotychczasowymi startami miał niewiele wspólnego. Najbardziej przypominał mi maraton Wrocławski (na który zresztą wpakowałem się wracając do domu). Duża, nie przepraszam, bardzo duża biegowa impreza. Przyjechałem ze wsparciem, Monika zgodziła się pozbierać moje zwłoki na mecie i dowieźć je do domu. Przyjeżdżamy z sporym zapasem czasowym pomimo przygód na trasie i, o dziwo, łapiemy miejsce parkingowe przy biurze zawodów. W samym biurze dostaję plecak gadżetów i, co bardzo mnie cieszy, nocleg na lodowisku, w którym mamy odprawę. Jestem mile zaskoczony, bo spodziewałem się spania w aucie. Gadżety w ilości hurtowej też cieszą, zwłaszcza różowa czapeczka z daszkiem 😀

Odprawa rusza niemal punktualnie, ale za to przeciąga się strasznie. Robi się trochę zamieszania co do tego, jakie są ostateczne ustalenia. W końcu cały tłum rusza przed lodowisko, by odebrać mapy i folie NRC. Zostało mi jakieś 4h snu, potem będzie się trzeba pakować. Na szczęście na lodowisku względna cisza i da się przespać. W dodatku znalazł się dla nas wielki, wygodny (jak dla mnie) materac.

Pakowanie jest dla mnie dziwnym uczuciem. Większość korytarza ciemna, żeby nie budzić tych, co jeszcze śpią, w półmroku przemykają sylwetki zawodników. Na ten bieg mam kilka eksperymentów, między innymi nerka biegowa z bukłakiem oraz woda z miodem zamiast powerade, który wychodzi mi już bokiem. Nie do końca mam pomysł na ciuchy, które wkładam do przepaków. Ostatecznie decyduję się na zachowawczy wariant i zabieram ciepłą bluzę na start, a później z każdym przepakiem planuję wkładać lżejsze rzeczy.

Start o 3.00 w nocy to zawsze dziwne doświadczenie. Nigdy nie wiem, czy to już jest rano, czy też jeszcze traktować to jako noc. Ciemność w górach mówi, że to drugie. Na samym początku upuszczam w peletonie kijek trekingowy, zły znak. Staram się skupić, ale zamiast tego jeszcze bardziej odpływam i bieg jest jakiś taki… nierealny. Na szczęście dobrze oznakowana trasa i duża ilość ludzi pozwala na takie zachowanie. Kolejne nocne godziny mijają szybko, średnia poniżej 7.00 minut na kilometr, pomimo, że zaczęliśmy od podejścia. Trochę za szybko. Czołówka nie działa tak jak powinna, muszę chyba zmienić akumulatorki, bo te już nie wytrzymują 4h. Na szczęście, jak już mówiłem, trasa jest świetnie oznaczona. Nie wyciągam mapy. Ma to spory plus, nie wiem co mnie czeka i nie mogę się przerażać. Ciemność też pomaga na strach, zwłaszcza na zbiegach, gdzie zwyczajnie nie wiem, co robię.

Mijam pierwszy pk, nawet się tam nie zatrzymuję, chwytam tylko kubek z piciem. około 5min później przez nieuwagę ląduję w błocie – nie chciało mi się podpierać kijkami, to mam za swoje. Cały mokry lecę jednak dalej. Robi się coraz jaśniej. Docieram do pierwszego na trasie długiego i stromego zbiegu. Wyprzedzam tu wiele osób, ale dopiero za dnia jest w pełni świadomy co mi grozi, jeśli gdzieś stanę nie tak, jak trzeba. Na dół docieram na szczęście cały. Pojawiają się pierwsze skurcze. Patrzę na Garmina i wiem, że tempo mam zdecydowanie za mocne, obecnie pokazuje poniżej 12h na całą trasę. Zwalniam, do przepaku docieram marszem. Tam szybkie przebieranie się w suche ciuchy, do tego odkładam obydwie bluzy, zostawiam tylko koszulkę z długim rękawem. Jest ciepło. Wydaje mi się, że się guzdram, ale wychodzę szybciej niż inni. Zegarek mówi, że zajęło mi to 5 minut. Na podejściu asfaltem podbiega do mnie słowak, szlifujemy przez spory odcinek swój angielski. Odpada, gdy wchodzimy na bardziej strome podejście. Ja też nie szarżuję, staram się dać odpocząć nogom, szykując się na następny downhill. Mijający mnie zawodnik uświadamia mnie, że najbliższy dopiero za Radziejową. Pocieszony przyspieszam przed punktem żywieniowym. Nastrój bardzo dobry. Na punkcie oparzam podniebienie herbatą, a wychodząc widzę… Grześka Łuczko! Nooo nie, znowu? Mimo, że nakazuję sobie spokój, przyspieszam. Na szczęście teren i tak by to na mnie wymusił, jest raz góra, raz dół, na krótkich odcinkach. W dół wyprzedzam ja, w górę mnie. Radziejowa okazuje się banalnie łatwa, zbieg z niej też nie jest taki zły. Ciągle tasuję się w tym samym towarzystwie. Zaczyna się kolejne podejście, tym razem na Eliaszówkę. mimo, że niższa, dużo bardziej wymagająca od Radziejowej. Zostaję sam, reszta gna do przodu. Mimo to, tempo dalej jest niezłe, średnia cały czas poniżej 8.00 minut. Zakładane 15h jest bardzo realne, zaczyna świtać myśl o 14h… za szczytem doganiają mnie Grzesiek z kolegą, na szczęście zaczyna się zbieg i znowu im uciekam. W pierwszym napotkanym domu kobieta częstuje wodą i mlekiem, nie ona pierwsza i nie ostatnia – ludzie tutaj są naprawdę niesamowici! Zaczyna się zbieg betonowymi płytami do asfaltu. Zasuwam, ale czuję, że mój brzuch już nie chce. połączenie zbiegów i nerki to za dużo dla mojej przepony. Asfaltem większość idę, delikatnie pod górkę, a ja nie chcę skurczy po zbiegu. Na punkcie znowu doganiają mnie „Grześki”, jednak siedzą tam dłużej niż ja. Nie pamiętam co było dalej… chyba to samo. Zbiegi szybciej, podejścia wolniej. Mam dość zbiegania, pomimo, że to moja jedyna przewaga nad innymi. Na następnym przepaku sytuacja niemal identyczna, ale chłopaki mówią, że Grzesiek ma kryzys. Dochodzi, gdy my wychodzimy. Mówią mi, że przed nami sążne podejście. No i dobrze, odpocznę. O ku**a! to naprawdę sążne podejście! wkładam w uszy słuchawki, odpływam i napieram mocno kijkami. Na szczycie jestem pierwszy, ale mój brzuch mówi, że to było głupie. Na grzbiecie chłopaki mnie wyprzedzają, doganiam ich na zbiegu (równie ostrym, co podejście). Boli, ale obiecuję sobie, że ten i potem już tylko ten do mety. mimo to chłopaki mnie wyprzedzają i lecą do przodu. Mam kryzys, płaczę, śpiewam i idę do przodu. Wszystko jest tak, jak być powinno, ale mam dość. Goni mnie te 14h. Jeśli będę zbiegał, to zdążę, może nawet ze sporym zapasem. Na ostatni punkt wchodzę z myślą, że nie zatrzymuję się. Chwytam kubek herbaty i decyduję się na drożdżówkę. Zjem ją na mecie, wygląda tak apetycznie… podejście na Runek i dalej ma już być prawie cały czas w dół. Szczyt, powinienem zacząć zbiegać. Dzwonię do Moniki, że lecę na dół. Zbiegam, ale to nie jest to, czego chcę. W końcu trafia mnie szlag. Przecież ja miałem łamać 15h, nie 14! Dookoła piękne widoki, a ja się katuję. Odpuszczam, przechodzę do marszu. Chłopaków już i tak nie dogonię, z resztą nie chcę walczyć, a plan i tak mam zrobiony. Dzwonię do Moniki, że będę później, potem do Agnieszki, żeby się wygadać. Robi mi się przyjemnie, już zapomniałem, jak dobrze jest chodzić po górach. Dużo myślę. Nagle na jednej pięknej polance wchodzę na grupkę znajomych twarzy. Rozmawiamy, dowiaduję się, jak poszło najlepszym. Idę jeszcze dalej, jakiś gość robi mi zdjęcie, dalej doganiam Panią fotograf, która schodzi w dół. robimy zdjęcia tym, którzy mnie wyprzedzają, spokojnie toczymy się na dół. W końcu cywilizacja. Postanawiam się jeszcze trochę zabawiać na koniec. w stronę mety idę spacerkiem, uśmiechnięty, a około 100m przed metą zaczynam sprint. dziewczyny okrywają mnie folią, wieszają mi medal. Podchodzi do mnie komentator, pyta która to moja setka. Strzelam, że dziesiąta i potem doliczam się, że mam rację. Jakiś gość pyta mnie o starty na takich dystansach, spotykam chłopaka z którym rozmawiałem na odprawie. Ktoś proponuje mi jedzenie, ktoś inny mówi o masażach i prysznicach… święto. Naprawdę, piękne, wielkie święto biegowe. Już zapomniałem, że ultra to nie tylko ból i walka. Te ostatnie kilometry okazały się jednymi z najpiękniejszych w moim życiu. Ostateczny wynik, 14.29.05 też cieszy, nawet jeśli mógł być o pół godziny lepszy. Poprawi się za rok.

Bo w tym przecież chodzi o zabawę i radość, czyż nie?

Read Full Post »