Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2010

Tropiciel IV

Jedno podejście do 145km. Cztery podejścia do 100km. Przygotowania, masa rozważań, treningów i kasy włożonej w sprzęt. I pasmo porażek. Raz odpadłem kondycyjnie, trzy razy pokonały mnie warunki pogodowe, a ostatnio wymiękła partnerka na trasie.

W związku z tym, bardzo ucieszyło mnie zaproszenie na rajd o nazwie Tropiciel, które dostałem jakiś miesiąc temu od znajomego z sekcji. 40km w 12h w porównaniu z poprzednimi startami nie wydawało się takie straszne. Lżejszy plecak, tereny płaskie, niewymagające nawigacyjnie. Do tego rzut beretem od domu, bo w Żmigrodzie. Łatwiej być nie mogło. Jedyne, co mnie odstraszało, to konieczność startu drużynowego, ale tym już miał się zająć kumpel.

Startować mieliśmy w pięcioosobowej ekipie. Poza Bartkiem, który mnie zaprosił nie znałem wcześniej nikogo, wiedziałem tylko, że nie są to ludzie nastawieni na zwycięstwo za wszelką cenę. Cieszyło mnie to, bo wiedziałem, że w razie czego nie zostawią mnie w środku lasu. Zresztą, godzina kary za zgubienie zawodnika była wystarczającą gwarancją.

Po przyjeździe na miejsce, okazało się, że jednak znam więcej niż jedną osobę. Poza Bartkiem, z sekcji startował jeszcze Mariusz (w innej ekipie), a w bazie spotkałem sporo osób z PWR. robiło się coraz fajniej. Po chwili znalazłem swoją ekipę. Oprócz Bartka, miałem maszerować z Malwiną, Markiem oraz chłopakiem którego imienia nie zapamiętałem. Obecność dziewczyny w drużynie zdziwiła mnie, ale nie zaniepokoiła, na trasie potrafią być lepsze niż niejeden facet. Dostaliśmy numer 19. i tej nocy mieliśmy być od siebie zależni. Pozostało nam już tylko ruszać na trasę.

Na losowaniu pierwszego pk trafiliśmy wersję 1B. Rzut oka na mapę powiedział, że to źle. do pk1A wiódł asfalt, nasza droga wiodła przez las plątaniną dróg. A z doświadczenia wiedziałem, że te często nie są aktualizowane na mapach. Tak też było i tutaj, dzięki czemu już przed pierwszym punktem mieliśmy spotkanie z bagnami i chodzenie na azymut. mimo to czas i nastroje na samym punkcie dopisywały. Nie przeszkadzała też świadomość, że do pk2 znowu musimy wejść w bagno.

Po wyjściu z bagien popełniliśmy zasadniczy błąd i nie spojrzeliśmy na kompas. Nie patrzyliśmy na niego długi czas, a gdy wreszcie to zrobiliśmy, okazało się, że idziemy na północ a nie na wschód. Co gorsza, po obu stronach mieliśmy rozległe stawy. Jeszcze gorsze, było to, że nie mogliśmy tych stawów znaleźć na mapie. Jak się później okazało, wyszliśmy poza obszar mapy, więc znaleźć się zwyczajnie nie mieliśmy szans. Na szczęście spotkany po drodze stróż uświadomił nas gdzie wylądowaliśmy. Pokrzepieni powrotem na mapę uderzyliśmy pk2 od północy, nadkładając około 1,5km. Sędziowie odmeldowali nas w okolicach dwudziestej ekipy.

Droga między pk2 a pk3 nie wymagała nawigacji, polegała na marszu asfaltem na południe. Udało nam się kawałek podbiec, a ja stwierdziłem, że lekki plecak to jednak fajna rzecz. Nie było porównania z bieganiem na ostatniej setce. W pewnym momencie ekipa stwierdziła, że wystarczy biegania. Szkoda, bo planowaliśmy przebiec cały odcinek. Mimo to tempo utrzymaliśmy dobre i po pewnym czasie dogoniliśmy kolejną ekipę. Tu postanowiliśmy, że ja i gość-którego-imienia-nie-pamiętam pobiegniemy na pk3 i zaliczymy zadanie specjalne, a w tym czasie reszta dojdzie. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, na pk3 odmeldowaliśmy się jako 11 drużyna, strzelanie było łatwe, więc nie musieliśmy zaliczać karnego pk. reszta dotarła akurat jak pozapinałem plecak.

Nawigacja do Pk4 również nie była wymagająca. patrząc na mapę odniosłem wrażenie, że poza pk1B trasa była dosyć oczywista, a chodzenie na przełaj raczej nieopłacalne ze względu na bagna, które porobiły się na polach po ostatnich deszczach. przed punktem ponownie zastosowaliśmy taktykę z poprzedniego pk, tym razem podbiegłem z Bartkiem. I znowu wyszło idealnie, dzięki czemu oszczędziliśmy siły i przeskoczyliśmy kolejne kilka ekip.

Pk5 leżał większy kawałek od cywilizacji, na szczęście jednak, tym razem mapa okazała się pokazywać to, co jest w rzeczywistości. Bez większych problemów dotarliśmy do samego pk, chociaż tępo nieco spadło. Na pk5 czekało nas strzelanie z łuku, zadanie przypadło Malwinie. Brak trafień nie zmartwił nas, gdyż nic nie traciliśmy (za trafienia odejmowano minuty od czasu końcowego), a pozostałym ekipom szło podobnie.Na dodatek odmeldowaliśmy się na punkcie jako czwarta ekipa!

Po pk5 zaczęły się schody. Najpierw wylecieliśmy z pk nie patrząc właściwie gdzie idziemy, co kosztowało nas 10 minut wałęsania się po bagnach i wyjście nie na tą drogę co chcieliśmy. Malwina i Marek wyraźnie zaczęli zostawać z tyłu, a gdy zapytaliśmy, czy mogą przyspieszyć, odfuknęli, że nie. Sytuacja zrobiła się nieciekawa, w efekcie chłopaki szli 100 metrów przede mną, a Malwina z Markiem 100 metrów za mną – jedni obrażeni na drugich. Został nam jeden pk, w dodatku po drodze do mety. Pachniało finiszem, ale reszta chyba o tym zapomniała. W efekcie po pewnym czasie oddałem kartę Bartkowi i kazałem iść do pk6, zaliczyć go i czekać na nas na skrzyżowaniu dróg (czyli powtórka z poprzednich pk). Ja zostałem, żeby nawigować tylną parę.

gdy do pk6 zostało nam jakieś 3km zadzwonił Bartek. Powiedział, że przed nami jest woda po kostki, ale po pewnym czasie znowu jest sucho, więc mamy się nie przejmować. Gdy po 15 minutach dotarliśmy do wspomnianej wody, Bartek zadzwonił ponownie. Powiedział, że tym razem mają wody po kolana. Podjęliśmy decyzję, że mają iść dalej, bo powrót oznaczałby dodatkowe 5km. Dosyć szybko dotarliśmy do wody o której mówili, a jeszcze szybciej doszliśmy do nich samych. Okazało się, że z naprzeciwka szedł facet i mówił, że woda jest do pasa. krótka narada i stwierdziliśmy, że mimo to idziemy. Szedłem na przedzie, żeby pilnować drogi. Wody faktycznie było miejscami po pas, tempo znacznie spadło. Mimo to wiedzieliśmy, że sporo zyskamy w stosunku do reszty. Jeśli przejdziemy…

po około 0,5km wyszliśmy z lasu. W teorii powinniśmy iść przez pola, jednak dookoła była tylko woda. wrażenie było niesamowite, można powiedzieć, że szliśmy przez staw. Na szczęście woda nie była tak strasznie zimna i dopóki maszerowaliśmy (?) było nawet ciepło. Ponadto cały czas było widać drogę, a dokładnie jej środkowy grzbiet (zejście z niego oznaczało 40 cm wody wyżej). W takich warunkach przeszliśmy kolejny kilometr i znaleźliśmy się na wysokości pk6.

Tak blisko, a tak daleko. Chyba wszyscy podświadomie czuliśmy, że tak się to skończy. dojście do punktu wymagało zejścia z drogi na pole (do stawu?) i przejścia nim około 0,5km. Podjąłem decyzję, że sprawdzę. Oddałem Markowi plecak i zrobiłem dwa kroki w lewo. Kosztowało mnie to zanurzenie po piersi. Następnego kroku już nie zrobiłem, na dodatek mało nie zostawiłem buta w mule na dnie. Wróciłem na drogę. Staliśmy i było coraz zimniej. Wiedzieliśmy, co nas czeka – kolejne 1,5km przedzierania się przez wodę, po kostki w mule. W końcu ruszyliśmy, milczący i źli. Wiedzieliśmy, że musimy spadać, bo w końcu ktoś się wyziębi i będzie poważnie.

tuż przed powrotem do lasu napatoczyła się inna ekipa, która wybrała nasz wariant. Byli równie hardzi, co my na początku, ale nasze miny i słowa trochę ich przystopowały. W efekcie również zawrócili. Gdy dobrnęliśmy do asfaltu było nas w sumie trzy ekipy i mogliśmy widać wschodzące słońce. Gdyby nie woda, już bylibyśmy na mecie.

Zmarznięte mięśnie nie chciały pracować, ledwo zginałem kolana. Reszta również nie miała się najlepiej. Wiedziałem jednak, że jedyne co może pomóc, to ruch. Nie czekając aż reszta się ogarnie, powoli ruszyłem do przodu. Po dojściu do wioski doszedłem do wniosku, że w ten sposób nie dojdę. Wziąłem kartę od Bartka i powiedziałem, że pobiegnę na pk6, a oni mają iść prosto na Żmigród. To oznaczało, że mam jakieś 2km więcej niż oni. Słuchawki w uszy i zacząłem truchtać. Na początku wyglądało to strasznie, kolana i ścięgna protestowały. Jednak zmiana tempa, muzyka i wschodzące słońce pomogło. Zacząłem wymijać grupki ludzi, okazało się, że przed nami szedł cały wielki peleton. Patrzyli na mnie jak na zjawę, bo większość była w podobnym stanie co my i ostatnie o czym myśleli to bieganie. Na pk6 wpadłem niemal sprintem. Sędzia spisał, że byłem sam, ale teraz miałem to już gdzieś. I tak nie mieliśmy szans na dobrą lokatę. Zacząłem biec z powrotem do drogi. Okazało się, że moi właśnie minęli skrzyżowanie. O ile od wyjścia z wody mój nastrój się poprawił, o tyle ich spadł. Po chwili maszerowania z nimi postanowiłem pobiec na metę i tam na nich poczekać. Nie protestowali. Biegło mi się dobrze, czułem ten miły luz, który przychodzi, gdy już nic nie można skopać. Po drodze minąłem jeszcze sześć ekip.

Na mecie spotkałem fizyków z mojego wydziału. Mijaliśmy ich na trasie trzy razy, za każdym razem mając większą przewagę. Jednak przez przygodę z wodą to oni byli ostatecznie górą. Mimo to, dobry nastrój mnie nie opuszczał. Porozmawiałem z sędziami, zjadłem zupę i kiełbaskę z grilla, żartowałem z tymi, którzy wchodzili na metę. Moich wciąż nie było widać. doszli po około 45 minutach, najpierw chłopaki, na koniec Marek i Malwina. Odmeldowaliśmy się z czasem około 10h 30min. Nie najgorzej, patrząc na końcówkę. Nawet myśl, że sam zrobiłbym to prawdopodobnie poniżej 8h nie psuła mi nastroju. Startowaliśmy jako ekipa i skończyliśmy jako ekipa, nawet jeśli odrobinę podzielona. „Leśne Dziadki” miały więc powody, do świętowania.

A ja? A ja spakowałem się do auta i pojechałem pod Poznań, gdzie czekało mnie spotkanie z przyjaciółką, wesele i, jak się okazało, następna przygoda i nieprzespana noc.

P.s. w przyszłości postaram się wrzucić skan mapy i wyniki (mają być opublikowane do końca tego tygodnia).

Reklamy

Read Full Post »