Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2012

Czas gna do przodu. Ani się człowiek obejrzał, a od zawodów minął tydzień. A relacji jak nie było tak nie ma. Dlatego więc, na chwilę obecną podaruję sobie wpis  pod tytułem „co ja właściwie tutaj robię?” i przejdę do tego, co działo się w Barcinku.

Poranek

Godzina 6:00 am. Chłodno, mglisto. Pogoda w sam raz, żeby…

Zdjęcie: Asia

No bo co innego normalny człowiek robi w sobotę o takiej porze? Można też tak:

Zdjęcie: Asia

Nawet rozmowy były utrudnione:

Zdjęcie: Asia

Plan zakładał start w bezrękawniku, ostatecznie jednak nie zdecydowałem się na tej zimnicy zdjąć bluzy. Tuż przed startem Janek Lenczowski wrzucił mi do niej paczuszkę z nadajnikiem. Ha, będą mnie widzieć na orienttracku – nie ma się co kręcić w krzakach, bo wyśmieją. Ruszamy asfaltem przez resztki mgły do pierwszego punktu, gdzie czekają na nas mapy.

Punkty

zdjęcie: Monika Strojny

Mapę podnoszę jako pierwszy. Towarzystwo dookoła pierwszorzędne. Nie myśląc wiele lecę na zachód. W biegu patrzę na mapę dokładniej. Nasrali tych punktów jak… znaczy, dużo ich. Niby ostrzegali, że 27. Niby mówili… kurna, no, wala się ich na tej mapie w każdym możliwym kierunku. Dobrze chociaż, że same wejścia na punkt nie sprawiają na razie problemów. Po drugim ci mocniejsi zaczynają mnie wyprzedzać. Zdejmuję bluzę, robi się ciepło. Wpadam na punkt z wodą, strasznie szybko, przecież to dopiero początek. To chyba nie jest optymalny przelot… mimo to kolejne punkty wchodzą dość gładko. Czołówka ucieka, wpadam na Marcina Kargola, nie ma zaliczonej siódemki, którą mam ja. Mijamy się przez kilka punktów, czasami biegnąc razem, czasami rozłączając. Na pk 21. Pierwsza wtopa nawigacyjna, z 15min poszło w piach. W końcu naprowadzają mnie piechurzy, który idą „niepełną” trasę od drugiej strony. Na następnym pk, 23 wpadamy z Marcinem na Magdę Kozioł i Wojtka Stolarczyka. Wychodzi, że mam za sobą ponad połowę. Cały czas z Marcinem dalej. Ten wypatruje na mapie właściwą trasę przez Piechowice, ostatecznie jednak punkt zdobywamy osobno.

zdjęcie: Monika Strojny

I tak to leci. Trochę wolniej, trochę szybciej. W okolicach pk13 po raz ostatni mijam Marcina, który akurat wyleciał na moment w kosmos. Kolejne punkty lecą samotnie, chociaż dookoła coraz więcej zawodników – docieram w centrum mapy i krzyżują się tu różne warianty. Po niezbyt szczęśliwej kolejności zaliczania odcinka specjalnego wpadam na Krasusa z ekipą. Razem podbijamy pk18, wychodzi, że mają kilka potwierdzeń mniej niż ja. Rozchodzimy się w różnych kierunkach. Jest coraz cieplej, wody w bukłaku robi się coraz mniej, żele energetyczne właśnie się skończyły, a czekolada rozpłynęła. Mimo to truchtam powoli dalej patrząc na zegarek. 8 godzin… powinno się udać. W okolicach pk12 popełniam błąd i zbiegam za nisko. Za to spotykam Pawła, z którym tu przyjechałem – leci z innego kierunku i nie wygląda najlepiej. Razem wchodzimy na pk12 a ja zmuszam się do truchtu. Po pk11 pora na pk8… tak, o tym punkcie powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia. U mnie skutkuje krótką cofką, bardziej jednak jestem zainteresowany wodą w rzece. Asia dzwoni, że najlepsi zbliżają się już do mety. Patrzę na zegarek. Spoko, stracę do nich mniej niż godzinę i złapię się w 8h. No, może. Szybko kalkuluję 7/8 *50… bardziej żeby zająć czymś myśli, niż dlatego, że mi zależy na tej wiedzy. Ale wychodzi nieźle, zwłaszcza, że… nie przyjechałem tu z nastawieniem, że zrobię dobry wynik! Powłócząc nogami  przebijam się przez Kromnów i forsuję na przełaj zbocze wzgórza. Początkowo zmierzam nie do tego lasu co trzeba, jednak w końcu docieram do punktu.

Jest gorąco. Pić już dawno nie ma co, nogi bolą. Truchtam przez pięknie wybronowane (?) pole. Biegnę, kawałek maszeruję, biegnę… to już tylko jeden pk i meta. Pk odnajduję, chociaż ustawiony jest jak na mój gust złośliwie, bo w zarośniętym wąwozie bez podpowiedzi, skąd atakować. Teraz tylko trucht do mety. Przecież nie pozwolę, żeby mnie ktoś teraz wyprzedził! Przez bród na rzece wpadam na asfalt, czym wprawiam w osłupienie bawiące się tam dzieciaki. Z tyłu miga mi niebieska sportowa koszulka – biegnie, nie idzie. O tym, jak to widział Krasus, przeczytacie tutaj. A ja? Ja po prostu biegłem i próbowałem nie płakać i nie zwalniać. Wpadam na metę, mijam Asię robiącą mi zdjęcia. Budynek, stanowisko sędziego, patrzę na zegar i widzę :56. Udało się, poniżej 8h! Dzieje się dużo, nagle ktoś mnie uświadamia, że mam czas 8h56min. Konsternacja. Kurde, faktycznie. Zgubiłem gdzieś po drodze godzinę. Jak się chwilę później okazuje, przeoczyłem też skalę mapy (35000, zamiast 50000), co dziwnym trafem nie zmieniło nic w nawigacji (pytanie, jak to o mnie świadczy, pozostawiam otwarte). Podchodzi Janek i mówi, że mój wariant nie był optymalny. Dupa, ja będę go bronił murem, może poza kolejnością na OSie.

Zdjęcie: Asia

Ostatecznie – 15. Pozycja open, 13. Wśród mężczyzn. Patrząc, że ostatnimi czasy w moim dorobku przeważa NKL… tak, jestem zadowolony. A 27 (a raczej 28, bo jeszcze pk z mapami) punktów raz na jakiś czas też może być fajne. Byle by nie za często. I chciałem jeszcze pogratulować (i podziękować) Krasusowi – osobiście uważam go za najszybciej robiącego postępy zawodnika w tym sezonie. Tak dalej Krasus. I następnym razem wpadnijmy na tą metę (niemal) równo.

Zdjęcie: Asia

Reklamy

Read Full Post »

Banał. A jednak bardzo na miejscu. Gdy ponad 2 lata temu zakładałem tego bloga, nie przyszło by mi na myśl, że nabierze on takich kształtów. Mogę szczerze powiedzieć, że jestem z niego dumny  Od początku jego istnienia zaliczył ponad 13000 odświeżeń i ponad 200 komentarzy. Ten wpis zaś, jest wpisem nr. 80. Ci, którzy zaglądają tu od czasu do czasu wiedzą, że blog traktuje głównie o pieszych maratonach na orientację. Okazyjnie trafiały się też relacje z innych imprez, czasami jakieś przemyślenia, nie zawsze poważne… I z tym wszystkim przychodzi mi się dzisiaj pożegnać.

Od jakiegoś czasu pojawiały się mało jasne i krótkie informacje na temat „projektu”. W końcu, choć może nie było tego widać, po wielu staraniach, projekt ruszył. Oficjalnie tydzień temu, w mojej głowie dużo wcześniej. Ma on trwać do lipca 2014 roku, a w przypadku sukcesu jeszcze trochę dłużej. Cel – mistrzostwo europy w triatlonie na dystansie IronMan. Ale o projekcie poczytacie już w innym miejscu. Istotne jest, że, przynajmniej obecnie wyklucza on starty w zawodach takich, jak dotychczas. I tu kończy się historia. Pożegnanie, niezbyt szczęśliwe sportowo, za to w przyjemnej atmosferze miało miejsce na Rajdzie Konwalii ( na marginesie – wychodzi na to, że jestem jedynym, który wystartował na wszystkich trzech edycjach trasy extreme). Na relację zapraszam w swoim czasie tu, a liczę że i tu coś się w tej kwestii pojawi. Ja, szczerze powiedziawszy, mogę tylko napisać, że materace na sali gimnastycznej były bardzo wygodne.

Czy to znaczy, że blog umiera? Nie do końca. pozostaje owe 80. wpisów, głównie z moimi doświadczeniami z rajdowania. Liczę, że komuś się to przyda. Chciałbym również wrócić do pisania tutaj, jeśli tylko wrócę, choć na moment, do rajdów. Nie mówię „do widzenia”. Wszak nie znikam, zmieniam tylko adres. Strona internetowa, z przyczyn technicznych jeszcze nie ruszyła, ale obiecuję ścignąć kogo trzeba i do końca sierpnia ruszyć już na całego. Mówię więc „dzięki”. Za te dwa lata z hakiem.

A na koniec jeszcze dwie ciekawostki:

1) nie każdy (a może nawet nikt) wie, że blog posiada motto (to to na górze, nad grafiką). Dla mnie osobiście utwór w wykonaniu Huntera stał się hymnem tego bloga. Towarzyszył mi on również na niejednej trasie.

2) Jakiś czas temu otrzymałem od mojej lubej taką oto pracę. Przyznam szczerze, że o ile nie podobam się sam sobie w tym ujęciu, tak do obrazu przywiązałem się już bardzo. Dla porównania wzór:

Read Full Post »