Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2012

Organizator: Firma zatrudniająca.

Data i miejsce imprezy: 22.02.2012, Wrocław.

Lista uczestników:

Ireneusz Kociołek

Cechy szczególne:

– scorelauf na dystansie około 20km, 4pk kontrolne

– lampiony „niesportowe” (tabliczki urzędów skarbowych), karty startowe w formie deklaracji podatkowych.

– limit czasu na każdym punkcie kontrolnym, wyznaczany przez czas pracy urzędu. Meta zamykana o godz 17:00

– brak mapy (pamięciówka, mapa na starcie, możliwość zrobienia opisówki na starcie)

– totalne zaskoczenie (cywilne ciuchy, nieprzygotowany rower).

Wyniki:

Ireneusz Kociołek – niepodbita jedna deklaracja (kara 10min), czas netto trudny do określenia (nikt nie włączył stopera), ok 2h.

wtopa nawigacyjna przy pk2 z powodu złego opisu trasy (inny adres)

A tak na poważnie: Wysłano mnie dzisiaj jako kuriera na miasto, cobym dostarczył deklaracje podatkowe do odpowiednich urzędów startowych… tfu, skarbowych. A jako że były one rozrzucone po mieście, w miejscach, które nie do końca znam, zrobiłem sobie z tego mały trening.

Reklamy

Read Full Post »

Piątek 17.02.2012

– Wiesz, ja jadę z myślą, żeby się zajechać. ale tak naprawdę mocno. niezależnie od wyniku

– Znaczy, chcesz się sponiewierać, tak?

Sponiewierać. Marcin trafił określeniem w sedno. Po ostatnich przygodach potrzebowałem dać sobie w kość. Żeby upewnić się, że jeszcze potrafię i lubię. A że prognozy zapowiadały odpowiednie ku temu warunki, byłem dobrej myśli. Wyruszyliśmy we dwóch, po drodze zabierając z Krakowa Dawida. Na miejsce (straszne odludzie, ale kierowały nas „banery z narciarzem” które skrzętnie wypatrywali chłopaki), dotarliśmy o 01.30 w nocy. Setkowicze byli na trasie już prawie 6 godzin, a Paweł Szarlip, na pytanie „jak idzie?”, rzucił tylko, że najlepsi są na półmetku… pierwszej pętli. Nie pozostało nic innego jak złapać jeszcze chwilę snu przed tym, co miało się dziać jutro.

Sobota 18.02.2012

wstaję przed budzikiem, nie dlatego, że jest głośno tylko jakoś tak sam z siebie. budziłem się zresztą całą noc, rzadko mi się to zdarza… Orientuję się, że gdzieś mi wsiąkła karta startowa, na szczęście organizatorzy łaskawie wydają mi następną. Lepiej tu, niż na trasie, ale i tak kiepski początek. Na dokładkę zapomniałem kompasu (znowu), którego na szczęście użycza mi Leszek (również znowu). Na dworze wieje, po krótkim spacerku decyduję się na jeszcze jedną koszulkę. O 7.30 idziemy na odprawę, po 11,5h dalej nie ma nikogo z setki. Będzie się dział, nie ma co. Gdy czekamy na start, podchodzi do mnie… Czech. Z Pavlem poznaliśmy się na starcie Kieratu. Wspólne zdjęcie i chowamy się do środka czekając ostatnie minuty na rozdanie map. Ktoś nagle krzyczy, że przybiegli setkowicze, ale nie widzę kto to. W końcu dostajemy mapy. szybki rzut oka, na początek przelot asfaltem, a później… te drogi i poziomice nie zachwycają. Na pozostałe punktu patrzę bardzo pobieżnie. Sygnał do startu i lecimy. I poczułem dobrze, w miejscu gdzie kończy się nasz odcinek asfaltu drogi nie ma. podbiegam jeszcze kawałek i trafiam na mniej zasypane pole. Potem… potem jest jedna z tych wpadek nawigacyjnych, które tak dobrze znam. Ostatecznie podbijam punkt z Pavlem, który również wyleciał w kosmos i całym tłumem ludzi, którzy poruszali się wolniej, za to myśleli więcej. Lecimy we dwóch, szlifując angielski, młócąc śnieg i goniąc czołówkę własnymi wariantami. Po drodze Wpadamy na różnych zawodników, ale jest to coraz rzadsze. W końcu zostajemy we dwóch, ale na szczęście, tym razem, to nie wylot poza zaplanowany wariant – sprawnie zaliczamy kolejne punkty. Wbiegając na piątkę widzę kogoś odbiegającego od lampionu, to chyba Janek Lenczowski. Podbijamy i lecimy dalej. Po kilku minutach wpadamy… na czołówkę. Już prawie zapomniałem, że przecież cały czas próbujemy ich dogonić. Chłopaki maszerują razem, nikt nie ma ochoty rwać do przodu i deptać śniegu. dołączamy do peletonu i wspólnie deptamy śnieg. Chwilowe rozciągnięcie następuje na asfalcie, ale już po chwili znowu zbijamy się w grupę na pk6, gdzie miała być herbata. Niestety, okazaliśmy się za szybcy – chłopaki dopiero się rozstawiali ze sprzętem. Widać oni też wzięli sobie do serca wyniki setkowiczów. Po punkcie następuje kilka autorskich wariantów które… ostatecznie znowu schodzą się w tramwaj. Coraz częściej słychać o tym, że koniec ścigania. Zwłaszcza, że dopiero teraz wychodzimy na pola, gdzie nawet marsz jest problemem. I tak to leci, punkt za punktem, z tyłu dołączają kolejni zawodnicy, niektórzy zmieniają się przy deptaniu, inni cicho idą z tyłu. Są rozmowy, śmiechy, wspominki… ściganiem by tego chyba nie nazwał nikt. W końcu idzie nas 11 osób, Chłopaki próbują zrobić porządek w kolejce do deptania… żeby uzmysłowić wam o co chodziło z tym deptaniem – wyobraźcie sobie piękne zadbane pole poprzegradzane co kilkadziesiąt metrów miedzą. Na polu leży śnieg, tak między połową łydki a kolanem. a na miedzach śniegu nawiane jest dużo więcej, tak do pasa. Idący przodem nie wie, ile przy danym kroku zapadnie się noga, czasami wpada tak, że musi się gramolić na rękach i wtedy cały sznurek za nim staje – albo, jeśli się zagapił, to wpada na nieszczęśnika. A teraz pomyślcie, co się dzieje, gdy ktoś próbuje po czymś takim biec – a bywało i tak… Oczywiście po pewnym czasie człowiek zaczyna dostrzegać owe miedze na polu i automatycznie je przeskakiwać. Ilość zapadnięć w śniegu maleje, ale nie do zera. Ci z tyłu patrzą tylko na kostki tego z przodu i starają się iść po jego śladach. dookoła tylko biel. I tak leci czas, kilometry, punkty…  Czasami dla odmiany trafia się jakiś las, czy inne krzaki, ale tempa to za bardzo nie zmienia.

Przełom następuje na pk11. Nawigatorzy nie zgadzają się co do wariantu, Janek Lenczowski chce iść bardziej na zachód, Stryki Byki i kilka innych osób chce lecieć do asfaltu na wschodzie. Idę z Bykami, którzy narzucają ostre tempo. Zaczęło się ściganie. Ostatecznie zostajemy we czterech, dwóch Byków, Dawid i ja. Mam problem utrzymać tempo, zaczynam marudzić chłopakom. Na szczęście dla mnie asfalt w końcu się kończy i znowu mamy deptanie. Udaje nam się złapać pk12 (ostatni) tuż przed zmrokiem. Dogania nas Janek, który wycofał się ze swojego wariantu i pognał za nami. Decydujemy w piątkę dotrzeć do mety. Na zbiegu przez śnieg mam już problem ze sobą. Usilnie myślę o tym, co mi Marcin powiedział w samochodzie, jakiego określenia użył. Nie udaje mi się odgrzebać tego z pamięci aż do mety. W końcu wpadamy na asfalt, przestaję marudzić, nabieram tempa i jakoś to się kręci. Przecież nie odpuszczę teraz, tuż przed metą. W którymś momencie Janek mówi, że ma „świeże nogi”. Śmiejemy się, że biegnie czterech skatowanych i jeden o świeżych nogach. Mimo to cały czas lecimy razem, czuję że tempo jest wyższe niż jak robiliśmy ten odcinek rano na starcie. W końcu za kolejnym zakrętem meta. Koniec. Jeszcze tylko chwila niepewności, potwierdzenie,że wszyscy mamy te same, dobre, punkty i po bólu. No dobra, nie po bólu, bo ten się dopiero zaczął…

Wygrana. Pierwsza, po około 30stu startach w rajdach, po ponad dwóch sezonach. Fakt, „nie do końca” bo w pięć osób i na końcu holowana, ale w końcu. Sponiewierałem się. Plan wykonany. W 150%.

Marcinowi też poszło niezgorzej, ale o tym to już opowie sam.

Read Full Post »

No i po 360tce…

„Klay, co się stało?”

No właśnie, co się stało? Ano… Chyba trzeba nazwać rzecz po imieniu: wystraszyłem się.

Dla tych, którzy w temacie jeszcze nie są, na rajdzie matka natura pokazała co potrafi – rekordowa zanotowana temperatura to -29 stopni (info ze strony organizatorów). Pierwszej nocy, gdy dojechaliśmy do przepaku, postanowiłem nie wychodzić na następny etap. Ani na żaden następny. Nie dlatego, że nie miałem sił. Nie dlatego, że wysiadł mi sprzęt, chociaż zamarznięty camel nie napawa optymizmem. Ale dlatego, że w głowie ciągle kołatała mi się scena z Nocnej Masakry, kiedy to z wychłodzenia nie potrafiłem wyciągnąć telefonu żeby zadzwonić po pomoc. Zdecydowałem, że nie chcę ryzykować. Widać takie wyzwania nie są jeszcze dla mnie. Może nigdy nie będą. Szkoda tylko, że żeby się o tym przekonać, musiałem zostawić grupę, z którą startowałem. Po raz kolejny ich za to przepraszam. Na szczęście, niezależnie od mojej decyzji rajd ukończyli, czego serdecznie im gratuluję i… zazdroszczę.

Niezależnie od całej sytuacji rajd był dla mnie olbrzymią dawką doświadczeń. Udało mi się wykonać owiewki, które zostały zauważone chyba przez wszystkich obecnych na rajdzie (Hiu przez telefon stwierdził wczoraj „A wiesz, że masz nowy pseudonim? Irek – Owiewka!”). Pomysł uważam za trafiony, po wywrotce straciłem prawą sztukę i miałem okazję porównać działanie wiatru. Różnica była znacząca. Szkoda tylko, że model jest mało odporny na uszkodzenia mechaniczne…

zdjęcie pod dziwnym kątem, robione "od góry"

zdjęcie ze strony organizatora

Innym doświadczeniem są kolce. Jak Igor mówi, że mamy zabrać opony z kolcami, to nie ma co się szczypać, tylko faktycznie w nie zainwestować. tam gdzie kończył się śnieg, a zaczynał lód, było niefajnie bez tego wynalazku.

Kolejnym niedopatrzeniem z mojej strony były ciuchy. Tak bardzo chciałem chronić się przed mrozem, że przestałem zwracać uwagę na oddychalność. Już po prologu, nie takim znowu szybkim, miałem pod kurtką masę wody, która dawała się we znaki na każdym postoju, momentalnie zamarzając. W połączeniu z brakiem picia miałem najszybsze w mojej historii odwodnienie. W nagrodę mogłem podziwiać piękny szron który osiadał na plecaku i części ciuchów. Temat pozostaje otwarty, bo dalej nie mam pomysłu, jak wytrzymać rower przy -20 i się nie zapocić na amen.

Doświadczeń było jeszcze wiele, ich intensywność, patrząc na czas spędzony na trasie, powala. Mimo to, temat Zimowego 360 na ten rok zamykam i na razie nie chcę do niego wracać. Może za rok. Na krótkiej trasie. Może.

P.S. A teraz pozostaje odkuć sobie na Skorpionie 🙂

Read Full Post »

Dzisiaj sytuacja wygląda lepiej niż tydzień temu – prognozy zapowiadają już -10 a nie -20 parę stopni na czas rajdu. Mimo to, nie ustaję w poszukiwaniach sposobu na walkę z zimnem, gdyż nawet -10 na przestrzeni ponad 48h będzie nie lada wyzwaniem.

Całość rozbija się głównie o rower, a dokładnie o wiatr. Wiadomo, że najważniejszymi punktami do ochrony są dłonie, stopy i głowa. To one pierwsze będą protestować i to przez nie ucieka najwięcej ciepła z organizmu. Ale nie można odpuszczać reszty. Pamiętam, jak rok temu zaczęły mi wysiadać uda – głównym powodem było właśnie wychłodzenie od ciągłego wystawienia na wiatr. A przecież było wtedy dużo cieplej, niż ma być za tydzień. Po wielu przemyśleniach zdecydowałem się na projekt „materiały budowlane”. Ocieplenia do rur, „szara taśma”… będę wyglądał jak robot na balu przebierańców w przedszkolu, ale powinno dostatecznie izolować od piekła które będzie dookoła. Sprawą otwartą są owiewki na kierownicę – ciągle waham się pomiędzy butelkami plastikowymi (artykuł na blogu Uli), a rurą kanalizacyjną przeciętą na pół (w ramach konwencji materiałów budowlanych). Ostateczna walka z tematem w poniedziałek.

Drugim istotnym czynnikiem w walce z mrozem jest zmęczenie i odwodnienie. O ile pierwszego nie da się uniknąć z założenia, to z drugim można próbować walczyć. Wiem z własnego doświadczenia, że po odwodnieniu człowiek, nawet najlepiej ubrany, zamarza. Trzeba więc pamiętać o regularnym piciu. Tu znowu problem – zabezpieczenie camela przed mrozem. Pamiętam pierwszy start na masakrze, gdy camel zamarzł zaraz po wyjściu z bazy – i nie mówię tu o rurce. Ostatecznie rozmroziłem go pod bluzą, ale spróbujcie maszerować z kawałkiem lodu na piersiach. Tym razem planuję możliwie zabezpieczyć camela wspomnianymi już środkami, prawdopodobnie wzmocnię również samą nerkę.

 

Ostatnim elementem jest skóra. Sudokrem pójdzie w ruch, chociaż od dawna go nie stosuję. Na pierwszej masakrze zdecydowałem się nałożyć grubą warstwę na twarz. Pomimo straszenia, że wysuszy mi skórę, sprawdził się – zamieniając w skorupę izolującą od wilgoci i wiatru. Sudokrem pokryje również stopy i, być może, dłonie. Do tego od ponad tygodnia hoduję gustowny zarost. Aż się boję, jak będę wyglądał na starcie.

 

A może ktoś z was ma własne patenty na jazdę w zimowym piekle?

 

P.s. Zdjęcie, autorstwa Piotrka, zrobione na MNM 2010, było wtedy w okolicach -20, a na rowerze około 20km. Sprzęt zdał egazmin, ale nie wiem, czy wytrzymałbym to dłużej.

Read Full Post »