Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2011

Kończy się maj, tylko czekać czerwca. Na pięćdziesiątkach odbyło się już sześć z piętnastu imprez, w open osiem z dziewiętnastu. Do tego za nami mistrzostwa polski na obu dystansach.  Pomimo, że wszystko może jeszcze wywrócić się do góry nogami (ostatecznie liczy się przecież tylko siedem startów), można się już pokusić o pierwsze wnioski i analizy.

A z moich analiz wynika, że sezon jest… dziwny. W setkach na czele tną się mocni zawodnicy, jednak dwóch pierwszych (jeśli dobrze liczę, to dodanie kieratu nie wystarczy Michałowi na przeskoczenie wyżej) nie ma na koncie żadnego zwycięstwa. W pięćdziesiątkach jest jeszcze ciekawiej – pierwsza osoba, która ma na koncie zwycięstwo jest dopiero na… dziewiątym miejscu. Mam wrażenie, że klasyfikacja Open jest niejako przy okazji – przy regularnych startach setkowicze raczej nie muszą się obawiać o pozycję.

Na obydwu dystansach zeszłoroczni zwycięzcy oficjalnie odeszli od walki – obaj wiążą ten sezon z AR. Mimo to, ich okazjonalne starty mogą spowodować lekkie zamieszanie w wynikach reszty – Panowie pokazują, że jak już są, to na całego. I komuś może w ostatecznym rozrachunku zabraknąć tych kilku punktów.

Meritum: do chwili obecnej w najlepszej sytuacji byli zawodnicy „średni+” startujący regularnie – każdy start dawał dużo punktów których nie można było nadgonić jednym czy dwoma miejscami na podium. Ten okres jednak zbliża się do końca. To jak bardzo zmieni się sytuacja, zależy od frekwencji na najbliższych rajdach. Moimi typami są Michał Jędroszkowiak (w setkach) i Wojtek Wanat (w pięćdziesiątkach). Po pierwszym widać, że nie odpuści, nawet jeśli ostatnio kilka razy był „tuż za najlepszym”. Drugi nie ma obecnie na koncie wielu startów, ale w relacji z Dymna wspominał o walce w pucharze. A mocy ku temu na pewno mu nie brakuje.

A ja? Cóż, w życiu bym nie pomyślał, że w połowie sezonu będę na drugiej pozycji. Frajdy nie psuje nawet fakt, że jest to chwilowe. Mam swojego przeciwnika (obecny lider) i to z nim chcę walczyć do końca. mimo to liczę, że poniżej pierwszej dziesiątki nie spadnę. Przy optymistycznych wiatrach utrzymam pierwszą piątkę. Jak mówiłem, sezon jest „dziwny” i wszystko „zależy”.

P.s. dodam tylko, że blog obchodzi w maju pierwsze urodziny. Chciałem wszystkim bardzo podziękować za te 1000 odsłon, które udało się przekroczyć przed tą datą. Dziwi mnie natomiast fakt, że coraz więcej osób trafia tu szukając informacji o mnie, a nie o konkretnym rajdzie. Uważajcie, bo jeszcze woda sodowa uderzy mi do głowy 😉

Reklamy

Read Full Post »

Czwartek, godzina 21.00  – „to ja jutro mam jechać rano na rajd?!”

Piątek, godzina 07.00 – Pakowanie; Pociąg; Zakupy, Auto, Autostrada… „Ej, czy na tym termometrze asfalt ma 45 stopni?! Ale przecież zapowiadali deszcz!” Powietrze rozedrgane, około 30 stopni. Deszczu nie widać. Od Krakowa do Bochni jeden wielki korek. Od Bochni do Limanowej korka brak, ale górska droga i tak wymusza wolną jazdę. Czuję się usmażony.

Limanowa wita mnie (w końcu!) zapowiadanym deszczem. A raczej oberwaniem chmury. Miasto to jeden wielki sznurek samochodów ociekających wodą. Odnoszę wrażenie, że dzięki rajdowcom ilość samochodów na km. kwadratowy wzrosła dwukrotnie. Policja kieruje ruchem, mimo to jest jeden wielki sajgon. Nie wiem, gdzie jest LDK, więc zaliczam w tym cyrku rundkę honorową. Przynajmniej zwiedziłem miasto.

O dziwno z parkowaniem problemów nie ma. Może dlatego, że zostawiam auto koło LDK, a nie szkoły. Rejestracja również bez problemów – organizatorzy trzymają poziom, pomimo olbrzymiej ilości zawodników. Do startu dwie godziny, deszcz zaczyna przechodzić (przynajmniej tu prognozy się sprawdzają). Wyjeżdżając postanowiłem, że nie biorę na trasę plecaka, wszystko pakuję po kieszeniach. Na szczęście na trasie mają być 3 pk z wodą. Na 20min przed startem przychodzę na rynek.

Tu poznaję miłego Czecha, który postanowił spróbować swoich sił w naszym kraju. „Przecież ja nie umiem mówić po angielsku!” Mimo to próbuję kontynuować rozmowę na temat wybranych wariantów. Zaczynają się gromadzić inni zawodnicy. Spotykam kilka znajomych twarzy, między innymi zestresowaną Sabinę i jak zawsze spokojnego Maćka. „Co oni jedzą, żeby startować tak raz za razem i do tego wygrywać?”

Sygnał do startu, ruszam. Okazuje się, że mam za dużo rzeczy w kieszeniach, za bardzo mi się rzucają przy bieganiu – pomysł z Dymna się nie sprawdza. Mimo ostrego podejścia mam dobre tempo, bieg rozgrzewa łydki. Widzę, jak przede mną Maciek skręca w lewo – rzut oka na mapę (za krótki) i ruszam za nim, podobnie jak kilku innych zawodników. biegniemy asfaltem przez wioskę, zostaję z tyłu, w końcu wpadam do lasu. Nie wiem, gdzie jestem, za sobą słyszę zawodnika. Niezależnie od tego co robię, biegnie za mną. W końcu zrównuje się ze mną i mówi, że nie widzi mapy (???), więc jest zdany na mnie. „On jest szalony, przecież ja nie wiem, gdzie jesteśmy”. Ma na imię Adam i jest biegaczem górskim, to jego pierwszy bieg na orientację. Próbuję wyciągnąć nas na szlak, po drodze fundując nam piękny zjazd do parowu. W końcu wychodzimy na właściwą drogę, przy okazji wpadając na peleton. Przebijamy się przez niego aż do pk1. Postanawiamy z Adamem współpracować aż do mety, on ma trzymać tempo, ja nawigować. „Ciekawe, który z nas bardziej upadł na głowę,  że się na to zgodził”. Lecimy punkt za punktem, powoli posuwając się do przodu w stawce. Gubienia jak na razie niewiele, chociaż nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli. W pewnym momencie w kieszeni pęka mi tubka z mleczkiem zagęszczonym. „Ble, cały się kleję!”

Długi odcinek lecimy z Tomkiem i Konrad z teamu Lecha. Mocni zawodnicy, podobnie jak mój nowo poznany partner. Efekt – mocne tempo, trzymane na zmianę przez trzech biegaczy. Mnie o dziwno obdarza się coraz większym zaufaniem jeśli idzie o nawigację i na pk4 wprowadzam niezłą gromadkę. W między czasie widzę biegnącego z pk Adama Olbrysia. „I ten wariat się tu pojawił?!” Świadomość, że jesteśmy tuż za nim mobilizuje. Po uzupełnieniu wody lecimy dalej, w całkiem sporej grupie. Lechici cały czas są gdzieś obok, a w zasięgu wzroku mam kilkunastu zawodników. Zbiorowa nawigacja powoduje małe problemy (10 rajdowców którzy zamiast na południe idą na północ to nieczęste zjawisko). Mimo to kilometry lecą szybko. Przy punkcie koło wiaduktu siada mi kolano. Gubimy peleton, zwalniamy do szybkiego marszu. Na szczęście na asfalcie tempo i tak jest niezłe. wpadamy na pk7 z barszczem. Garść informacji o tym, jak czołówka (Sabina na razie pierwsza!), ciepły barszcz i miłe towarzystwo. Po wyjściu z świetlicy robi się zimno. Idziemy asfaltem na południe. Nie mam dobrego pomysłu na ten odcinek, próbuję realizować to, co wydumałem w bazie. W efekcie wpadamy do lasu nie-wiadomo-gdzie-i-po-co i zaczynamy się błąkać. Morale spada. W końcu udaje nam się odnaleźć szlak, ale dalej mamy problem wpakować się na pk. Ostatecznie bierzemy go na słuch (modląc się, żeby ten szum, to była rzeka a nie szosa). Na pk czeka żurek i większość zawodników z poprzednich przelotów. Mogło być gorzej. Dalej mój as w rękawie – przelot asfaltem dookoła gór. Podłącza się pod nas Adam Olbryś, jednak tuż przed pk wybiera inny kierunek – na jego stratę. Kolejne pk przychodzą łatwo, docieramy do pk10, gdzie po raz ostatni jest woda. Po zbyt ciepłej nocy przychodzi jeszcze bardziej ciepły dzień. Zapowiadanego deszczu na razie ni widu ni słychu. Drobne komplikacje w przelocie na pk11 kosztują nas kilka miejsc i metrów do podejścia. Dopada mnie pierwszy kryzys. Pomaga chwila postoju i zmoczenie buffa. Na szczęście przelot zielonym szlakiem jest prosty. Znowu spotykamy Adama, krzyczy, że rozwalił telefon i zostaje za nami. Szybki przelot do pk12 i znowu wchodzimy do czwartej dziesiątki zawodników, jednak po zejściu do asfaltu dopada mnie przegrzanie. Kręci mi się w głowie, boję się, że zaraz upadnę. Ostatecznie zalegam w cieniu na chłodnym asfalcie. do mety ok. 10km i ponad 10h, mimo to boję się, czy ukończę. Słychać burzę, ale deszczu dalej nie ma, jest piekielnie gorąco. telefon do znajomej stawia mnie na nogi. Okrężnym, ale bezpiecznym wariantem wchodzimy na ostatni pk. Zostało dotrzeć do mety. Po drodze kupujemy w sklepie po Big Milku i podziwiamy pioruny na wzgórzu obok. Współczuję tym, którzy jeszcze są w tamtych rejonach. Nas burza dopada 2km przed metą. Początkowo grad, później już tylko oberwanie chmury. Biegniemy przez zalewane miasto (woda miejscami po kolana), wpadamy do bazy. Niewiele ponad 20h, które okazały się najcięższymi godzinami w moich startach. Nigdy nie byłem tak wykończony. Na mecie świętują już zwycięzcy, udaje mi się złapać Maćka na krótką rozmowę – naprawdę niesamowity facet.

Szalony wyjazd. Brak plecaka na trasie. Nieprzygotowanie na temperatury. Dużo mówienia do samego siebie i łapania się za głowę. A mimo to start bardziej udany niż Dymno.  Nie potrafię tego zrozumieć. Wiem tylko, że zasłużyłem na żółte papiery. Myślę, że w takim kolorze powinny być certyfikaty ukończenia.

Teraz pora na przerwę do połowy czerwca. Trzeba dogonić życie prywatne.

Read Full Post »

Cóż… niższe tempo na Dymnie zaowocowało większą ilością zdjęć niż zazwyczaj. Poniżej zamieszczam dwa z nich, które najbardziej przypadły mi do gustu:

fot.  Szymon Szkudlarek, okolice pk A

fot. Łukasz Drażan, punkt żywieniowy (pk 6)

Read Full Post »

Ostatnie tygodnie przed zawodami dużo pracowałem nad kondycją. Dużo treningów rowerowych, długie wybiegania, szybkie przebiegi w trudnym terenie (zarówno w palącym słońcu jak i w śniegu)… wiedziałem, że jeszcze nigdy nie byłem w tak dobrej formie. Niestety – Bno ma to do siebie, że bieg traci sens, jeśli nie wie się, w którą stronę biec.

Od dawna wiem, że nawigacja nie jest moją mocną stroną. Mimo to, mogę spokojnie powiedzieć, że w ciągu ostatniego roku zrobiłem postępy. Niestety, postępy te ograniczają się do map topograficznych. Dlatego jak dzień przed wyjazdem do Sadowne zobaczyłem jaka będzie forma rajdu, niemal się popłakałem – wiedziałem, że czeka mnie masakra (i to bynajmniej nie ta fundowana w grudniu przez Daniela).

Jakby tego było mało, na rajd jechałem w kiepskich nastrojach. Całości nie poprawiała paskudna droga nr 725, którą postanowiliśmy (jechałem z Weroniką) objechać Warszawę. Do bazy rajdu dojechaliśmy o północy, około pierwszej udało mi się paść na karimatę. W międzyczasie Ula zdążyła mi przypomnieć, jak trudna trasa nas czeka. Nie tak sobie wymarzyłem start w MP…

Rano kolejne złe znaki – jeszcze przed siódmą rano na dworze jest ciepło. Już czuję ten skwar w ciągu dnia. Wychodzimy na start, organizatorzy rozdają mapy. Ble, jest ich kilka, w różnej skali i różnego typu. Do tego na części północ nie jest na północy. Pierwsza mapa jest w skali… 1:13 333. Czyste wariactwo. Sygnał startu, ludzie ruszają. Zaczynam od pk A, biegnę z kilkoma znanymi mi rajdowacami. Wpadamy do lasu, wybieram miejsce, w którym według mnie trzeba zejść z drogi. Zostaję sam. Punktu nie widać. Innych zawodników również. Postanawiam iść na krawędź lasu i próbować jeszcze raz. Cóż, dzisiaj już wiem, że kolor biały na mapach Bno to nie łąka… kręcę się w kółko, w końcu wpadam na innych zawodników. Na pk wprowadza mnie Jacek, a przy lampionie spotykam Szymona Szkudlarka i jego ekipę. Wszyscy mają już dwa pk, ja muszę jeszcze biec po B. Jacek pokazuje mi którędy. Tu jest już trochę lepiej, podobnie jak z pk C i E. Na E orientuję się, że jest jeszcze jeden pk na południu którego nie wziąłem pod uwagę przy układaniu wariantu… lecę na H i ponownie spotykam Jacka. Postanawiamy współpracować. Jest dużo lepszym nawigatorem, więc idzie lepiej, ale mimo to nie udaje nam się uniknąć błędów. Po drodze dostaję szkolenie z czytania mapy. Czuję się jak żółtodziób, ale cieszę się, że mogę nadrobić zaległości. W końcu kończymy Bno, rzucam okiem na licznik – 16,6km. Ponad 50% więcej niż założenia organizatorów – mogę zapomnieć o walce o miejsce, odpuszczam sobie rywalizację… Na szczęście dalej jest mapa topograficzna i klasyk, czyli coś dla mnie. W tym miejscu dołącza do nas Michał, debiutant w tego typu imprezie. Wybieramy zachowawcze warianty i do pk5 udaje nam się utrzymać dobre tempo bez większych wpadek. Niestety, na pk5 nie mamy pomysłu. Idziemy „na czuja” i niestety nie wychodzi. Kręcimy się w okolicach pk, ostatecznie pomagają nam inni uczestnicy (w tym rowerzyści). Teraz przelot na pk6 – punkt żywieniowy. Nie trafiamy w planowany wariant i w efekcie musimy podeptać rolnikom pole. Mimo to nie dokładamy zbyt wiele i szybko znajdujemy stertę butelek wody. W miedzy czasie dzwonię do Weroniki – jest dwa pk przed nami.  Cieszę się, że przynajmniej jej idzie, jak powinno. Na pk6 nie siedzimy długo, tyle, żeby uzupełnić zapasy wody. Droga na pk7 jest dosyć prosta, można znowu potruchtać. W tym miejscu odłącza się od nas Michał, mówiąc, że nas dogoni -więcej się nie widzieliśmy. pk7 idzie łatwo, podobnie jak pk8. Z tego etapu zostaje tylko jeden lampion. Przebijamy się do drogi, mijamy wioskę i… wchodzimy po kolana w wodę. Nasza droga znika, pozostaje nawigować się na skraj lasu. Jest duszno, tempo przebijania się przez bagnistą łąkę jest kiepskie, w dodatku nie wiemy gdzie jesteśmy. Morale spada. W końcu znajdujemy drogę w głąb lasu. Zdesperowani wchodzimy. Dalej nie wiemy, gdzie jesteśmy, a pk nie widać. Na dokładkę komary tną jak wściekłe – nie można się nawet zatrzymać i pomyśleć. Postanawiamy iść na północ i atakować od asfaltu, gdy nagle Jacek mówi, że przed nami jest lampion.  Mam problem z podbiciem karty, bo ciągle mnie coś gryzie. Uciekamy z lasu i nie zatrzymuje nas nawet rozlewisko. Na drodze spotykam znajomego – nie znalazł dziewiątki, wyszedł na asfalt spryskać się off’em i spróbować jeszcze raz. My idziemy do przejazdu kolejowego i zaczynamy kolejne Bno. Po szkoleniu na pierwszym etapie wymiatam. Szybko zaliczamy punkty, aż zostaje nam zadanie specjalne i droga powrotna. Wydma okazuje się niesamowitym miejscem – brawa dla organizatorów. Na szczęście nie sprawia nam większych problemów, jeśli nie liczyć mokrego piasku w butach. Postanawiamy podkręcić tempo, chociaż widzę, że Jacek ma już dość. Przejmuję dowodzenie i truchtamy do pk s. Rozkojarzony w biegu wpadam w iglaki, Jacek woła mnie, że poleciałem za daleko. Przy lampionie spotykamy Kubę, którego poznałem na Skorpionie. Został jeden lampion i meta. Niestety, przestrzelamy go, musimy zatoczyć małe koło, ale w końcu się udaje. Jacek zmusza się, żeby dotruchtać do mety. Ostatecznie na liczniku mam 60km i 11h15min. Mogło być gorzej, patrząc na to, jak zaczynałem. O dziwno, na mecie dowiaduję się, że nie ma Adama – zniknął gdzieś na drugim Bno.

Miała być walka o życiówkę. Miał być najlepszy start w sezonie. Miał być sukces. A wyszło… no właśnie co? W końcu nauczyłem się co znaczy Bno, pod koniec nawet mi się spodobało. Kondycyjnie czuję się świetnie, jestem gotowy na Kierat. Zaliczyłem całą trasę w limicie czasu – jeszcze rok temu było by to dla mnie niewykonalne. Wychodzi, że mam rajd do poprawy za rok, przy czym teraz będę wiedział, czego się spodziewać. Trasa była ciekawa, odkrywanie kolejnych lampionów znowu zaczęło sprawiać mi frajdę, a organizatorzy, choć złośliwi, zadbali o dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.

Po czymś takim Kierat wydaje mi się fraszką. Zobaczymy, jak będzie w rzeczywistości. 

Read Full Post »

Ostatnio kontrolnie wszedłem na stronę Rajdu DYMno. Tam też znalazłem link do takiego oto filmu:

http://www.orienteering.org.pl/index.php?w=o_co_biega

Z tego co wiem, spora część rajdowców wywodzi się z Bno, tak więc można spokojnie uznać, że są to podobne sporty. Jedną z cech wspólnych jest medialność, a raczej jej brak. Tym bardziej spodobał mi się ten film – jest on próbą zaprzeczenia tej opinii. Owszem, trudno doszukiwać się tu dynamiki, czy też emocji związanych z biegiem na 400m, ale motyw wyboru dwóch wariantów przez zawodników bardzo mi się spodobał.

I tak doszedłem do wniosku, zę w sumie, to dlaczego „mniej medialny”? Nie mam pojęcia, jak wyglądają relacje z Bno na olimpiadzie, ale wyobraziłem sobie następujący system: każdy z zawodników ma dokładny nadajnik GPS, który jest wyłapywany przez urządzenie zbiorcze w bazie biegu i automatycznie nakładany na mapę (coś w stylu tego filmy, tyle że „naprawdę”). Obliczanie różnic czasowych między zawodnikami nie jest wielkim problemem – skoro w F1 dają sobie z tym radę, to i tu można. Do tego kamery rozmieszczone na drzewach przy wszystkich możliwych wariantach (nie ma ich znowu tak wiele) i np. na głowach zawodników… Przy dobrym operatorze można nawet wycisnąć z tego niezłą dynamikę i już robi się ciekawa relacja „live”.

Że drogie i nie znalazłoby oglądalności? Po pierwsze, inne dyscypliny sportu są jeszcze droższe (wspomniana F1), a po drugie oglądalność można nakręcić, co pokazano już nie raz. Ponadto orientering ma większy potencjał niż nam się wydaje – dowodem mogą być wybory sportowca roku 2010.

Z setkami, czy tym bardziej AR problem robi się odrobinę większy – rozleglejszy teren, mniej oczywisty wybór wariantów i przede wszystkim czas trwania. Mimo to wydaje mi się, że można zrobić ciekawe relacje z tego typu rozgrywek – nawet jeśli nie „live” to „post”. Wszak pierwsze AR powstały w celu… kręcenia filmu 🙂

Być może to wszystko mrzonki. Ale mam wrażenie, że w końcu znajdzie się kilku zapaleńców, którzy przekonają media, że to da się zrobić. Pytanie brzmi: kto na tym zyska, a kto straci?

Read Full Post »