Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2011

Funex i inne takie…

Nie poszło. Nie ma się co rozwodzić – funexsport w moim wydaniu okazał się porażką. Wymiękłem psychicznie. Mogłem dzięki temu zaobserwować, jak zmieniło się w tym roku moje podejście do rajdów. Samo ukończenie przestało być celem startu. Widząc, że nie mam szans na dobrą lokatę, że będę musiał zostać na trasie po zmroku, straciłem całą motywację. Jest to pierwszy rajd w tym roku, na którym zszedłem z trasy. A z założenia, miał być pierwszym, który wygram. Ot, przerost oczekiwań odbija się czkawką. Przy rajdzie zostawiam znak „do poprawy”.

Niestety, nie tylko ja mam co poprawiać za rok. Nie lubię krytykować, zwłaszcza organizatorów, bo wiem, ile wysiłku wymaga przygotowanie imprezy. Ale pojawiły się rzeczy, które ewidentnie wymagają przemyśleń przed następną edycją. Znam kilka osób spośród orgów i wierzę, że wnioski wyciągną.

A teraz trochę z innej beczki:

– Ukazał się kalendarz PMNO 2012. ugięły się pode mną nogi, gdy zobaczyłem w zestawieniu 19.  „50tek”. Więcej niż setek. Czyżby nowa tendencja? Tak czy owak, będzie gdzie biegać i gdzie bić rekordy w ilości startów. Ucieszyło mnie, że w tabeli znalazł się RDS – co, mam nadzieję, zamyka sprawę wahań Huberta co do organizacji. W efekcie z listy nie zniknęła żadna impreza.

– Dostałem potwierdzenie, że sponsor mnie nie opuszcza i będziemy współpracować również w przyszłym sezonie. Zmieniamy markę, ale na szczęście pod innym logo dalej kryją się ci sami, wspierający mnie od dawna, ludzie. Więcej szczegółów niebawem.

– Z zapowiedzi Grześka Wynika, że zmienia się forma jednego z najstarszych (najstarszego?) bloga rajdowego w Polsce. Przyznam, że się cieszę – lubię zaglądać co to Grześkowi chodzi po głowie, a teraz ma być tego więcej. No i liczę, że zamyka tym samym blogowy okres, który ja określiłem „kontuzja”. Trzymam kciuki zarówno za bloga, jak i za wyniki.

Reklamy

Read Full Post »

Krwiodastwo

Od zawsze akcje typu „zbiórka pieniędzy” reklamowane na blogach budziły moje mieszane uczucia. Nie wiem dlaczego, ale po prostu tak mam, że pojawia mi się pewna nieufność.

Czym innym jest dla mnie zbiórka krwi. Może dlatego, że jak ktoś jest krwiodawcą, to i tak tą krew odda, a dzięki temu będzie wiedział chociaż dla kogo. Zawsze łatwiej robić coś, jak się widzi cel.

Tym razem trafiłem na bloga Marcina. Nie będę tu przytaczał, o co chodzi, on powiedział wszystko, co potrzeba. Sam, jeśli tylko dam radę, wybieram się w przyszłym tygodniu. Jeśli ktoś akurat ma „okres” oddawania, polecam wypełnić małą karteczkę, to boli jeszcze mniej niż ukucie igłą. Tych, którzy chcieliby pomóc spontanicznie, zachęcam tym bardziej (stałych bywalców raczej nie muszę 😉 ).

 

Read Full Post »

Nie raz już twierdziłem, że PKP mnie niczym nie zadziwi. A jednak…

Tak się złożyło, że w ten weekend los rzucił mnie do Warszawy. Na dokładkę pociągiem wyjeżdżającym 4:26 z dworca Wrocław Główny. Nocny spacer przez miasto okazał się wyprawą bardziej emocjonującą, niż niejeden nocny bieg po górach. Na szczęście tym razem kontakt z miejscowym folklorem ograniczył się do obserwacji z bezpiecznej odległości. Gdy w końcu dotarłem na dworzec przeżyłem pierwsze zaskoczenie.

Pomimo pory, okolica dworca tymczasowego pełna życia. Nie żulerskiego, nie koczujących pasażerów czekających na przesiadkę, a zwyczajnej krzątaniny. Ludzie przy sklepikach, taksówkarze, ludzie biegnący gdzieś w swoich sprawach. Nad wszystkim czuwa policja i SOKiści, ale nie rażą swoją obecnością. Dużo światła. Tak, jak to powinno wyglądać na dworcu w dużym mieście. Wszedłem do budynku. Tu otwarte 3 kasy – dokładnie tyle, żeby kasjerki miały co robić, a i ludzie nie stoją w wielkich kolejkach. Szybko docieram do okienka, proszę o bilet w dwie strony. Uśmiechnięta Pani proponuje mi, że sprzeda mi Bilet Podróżnika. I tak oto, zaoszczędzając 50zł zostałem weekendowym podróżnikiem.

Podróż była kontynuacją sytuacji z dworca. Pociąg pusty, ale nie na tyle, żeby nazwać go widmem, na przedział średnio 3 osoby. Ciepło, czysto, nie ma strachu przed wizytą w świątyni dumania… I wyspać się było można, i porozmawiać z kim. Do Warszawy pociąg dotarł z pięciominutowym opóźnieniem.

Dworzec centralny, który odwiedziłem już w swoim życiu kilka razy, też zaskoczył. Przypomniał mi Wrocław. Wszędzie remonty, tory rozkopane, obejścia, zamieszanie. Ale już widać, jak to ma wyglądać w wersji końcowej. Już widać, że będzie lepiej. No, ale oceniać można będzie, jak skończą.

Teraz, aby wpisać się w Polskie myślenie o kolei powinienem napisać, że droga powrotna była koszmarem. Ale nie była. Fakt, było ciasno, nie wszyscy załapali się na miejsce siedzące, ale był to jedyny mankament. Ucieszył mnie brak popularnych (w moich oczach) Panów chodzących przez korytarz z mantrą na ustach („Jasne, Ciemne, Jasne, Ciemne”…) i to, że nie widziałem nikogo z puszką w ręku. Może tak się tylko trafiło, a może to jednak też zmiana, tym razem u pasażerów? A do Wrocławia dojechałem punktualnie.

Daleki jestem od mówienia, że PKP dorównała moim marzeniom o pociągach w Polsce. Do tego jeszcze daleko. Ale miło widzieć, że pewne rzeczy zaczynają być czymś normalnym. Trzymam kciuki, naprawdę mocno je trzymam, żeby to nie była tylko jednorazowa „wpadka”. Bo naprawdę fajnie było być tym weekendowym Podróżnikiem.

A teraz zaczynam się na poważnie bać Funexa. W założeniach ma być szybko…

Read Full Post »

GEZnO

Do niedawna Nazwa ta nie kojarzyła mi się z niczym. Na szczęście, dzięki Uli Wojciechowskiej, miałem w ten weekend okazję nadrobić zaległości i zapoznać się z imprezą Compassu.

Droga na rajd wyjątkowo nudna, szybka i bezproblemowa – oto co niosą ze sobą autostrady. Ciekawiej zrobiło się, kiedy dojechałem w okolice Nowego Targu i załapałem się na widok na Tatry. Ale, jak się później okazało, na widoki nie mogłem w weekend narzekać.

Trudno opisać to, co działo się, gdy w końcu dojechałem i ulokowałem się w szkole. Atmosfera w takich miejscach zawsze jest wyjątkowa, ale tu było naprawdę niesamowicie. Być może wpłynął na to fakt, że nocowaliśmy w sali pełnej zabawek i odezwały się w nas wszystkich małe dzieci. Równie ciekawa była noc następna. Kto nie był, niech żałuje, to była atrakcja porównywalna z samym rajdem.

Przed startem pierwszego etapu

Zdjęcie ze strony organizatora

A rajd? Z założenia miał być treningowy. I chyba udało się założenie wykonać. Pierwszego dnia Czekał nas scorelauf. Dużo dłuższy (bo prawie dwukrotnie) niż pierwotnie zakładałem, ale za to przy optymalnej pogodzie i spokojnym tempie. Ula przechodziła samą siebie jako nawigatorka, ja bardziej skupiałem się na widokach – snujące się w dolinach chmury i tatry na horyzoncie – bajka. Do tego często, ale nie za często, spotykani inni zawodnicy, w tym sporo znajomych twarzy. Dawno nie czułem się tak lekko. Może właśnie to spowodowało, że w połowie trasy na widok Magdy zgubiłem krok i but zaliczył starcie z gałęzią. But wytrzymał, stopa już niestety nie… Mimo to udało nam się utrzymać dobre tempo i mimo straszenia Uli zrobiliśmy całą trasę przed limitem, co dało nam (nie po raz pierwszy w tym składzie) 13. lokatę.

Drugiego dnia kuśtykając doczłapałem się z Ulą na start. Przyznam, że bałem się czy stopa wytrzyma. Pocieszałem się, że czeka nas krótsza (dużo krótsza) trasa niż pierwszego dnia – do tego klasyk, więc raczej nie wpakujemy się w nic bardzo głupiego. Na start organizatorzy zapewnili nam „góreczkę”, przedsmak tej, która czekała nas w połowie trasy. Stopa na szczęście nie sprawiała problemów, podobnie jak nawigacja w wykonaniu Uli – poza delikatnym zawahaniem przy pk3 szliśmy prawie jak po sznurku. Mieliśmy nawet odcinek, na którym udało nam się urwać szybszych od nas zawodników. W połowie czekała nas wspomniana już górka. Niezły kawał podejścia, zwłaszcza, że postanowiliśmy atakować od najbardziej stromej strony. Za to na szczycie poczułem się jak zdobywca. Dalej poszło już jak z płatka, udało mi się tylko zmoczyć buty na pk 8 i wsadzić je w błoto na pk9. na finisz był piękny asfaltowy zbieg do bazy, trzymanie się za rękę i ucinanie sekund. Widać z rozwaloną stopą biegam lepiej, bo podskoczyliśmy dwa oczka w górę.

Plan został wykonany w 120%. Pobiegałem, nauczyłem się działać z partnerem (a raczej partnerką), poczułem, że nawigacja w górach to dla mnie czarna magia (na szczęście w miarę bezboleśnie). Do tego organizatorzy dorzucili porządne mapy, sprawną organizację i ładne widoki. To było warte nawet tego korka, który ciągnął się do samego Wrocławia.

Read Full Post »

Gdy dwa miesiące temu zapisywałem się na maraton w Koszalinie, miałem ambitne plany. Forma dopisywała, plan treningowy zakładał dalszy rozwój i wszystko wskazywało na to, że to będzie naprawdę szybki bieg.

Po ostatnim byczeniu się na SPA wróciłem lekko podziębiony. „To nic”, powtarzałem sobie. Mimo to, z dnia na dzień było coraz gorzej, za dnia marzyłem, aby była już noc, w nocy nie mogłem doczekać się świtu. Po przebudzeniu w środę rano przez głowę przeszło mi, że w ten weekend mam być w Koszalinie. Mocno się wahałem. W czwartek Agnieszka zaoferowała się jechać ze mną, a ja czułem się odrobinę lepiej. „pojadę, a co!”. No to pojechałem…

Polska to piękny kraj. Każdą porą roku, ale tym razem dane mi było pozachwycać się urokami jesieni. Okolice Szczecinka, tak przeze mnie ukochane, mijałem niestety nocą. „Cóż, pooglądam jak będziemy wracać”. Ulice puste, pomimo, że to długi weekend. Na miejsce docieramy bez niepotrzebnych problemów i przestojów.

Dojeżdżając na stadion zgrzytałem zębami – „to jakaś cholerna góra!”. Po rejestracji poszliśmy na pasta party ufundowane przez organizatora, gdzie dalej miałem okazję ścierać szkliwo, widząc kolejny sążny podbieg. Mocno zrewidowane po chorobie plany właśnie legły w gruzach. Na pocieszenie był makaron. Po makaronie odprawa i film w kinie – przynajmniej udało mi się na moment zapomnieć, jak bardzo będzie boleć – patrzyłem jak bolało bohatera filmu („127h”). Nie ma to jak wykorzystać cudze nieszczęście…

Przed startem podniosła się mgła, zrobiło się jakieś 5-6 stopni. Jest mi niedobrze, chcę sobie odpuścić ściganie i zrobić przebieżkę – tu na szczęście motywuje mnie Aga. Co ja bym tam bez niej zrobił tej nocy…

 

Start, jakiś taki magiczny, po ciemku na bieżni stadionu. Zaraz za stadionem dają się poznać górki, zwłaszcza zbiegi. Na pętli (a tych było osiem), były dwa – dłuuugie i całkiem strome, biorąc pod uwagę, że to nie bieg górski. Cały czas powtarzam sobie, że biegnę za szybko. Żołądek protestuje. Po pierwszym okrążeniu Aga daje mi butelkę picia. Mam problem cokolwiek przełknąć. Żołądek protestuje coraz bardziej. Nagle Łup! nie, nie upadłem, tylko poczułem, że muszę zejść z trasy. Wypatruję ciemny zaułek i załatwiam potrzebę. Nooo nie, to jakaś masakra. Chcę sobie odpuścić, zataczam się biegnąc dalej. Na stadionie nie biorę nic, oddaję tylko butelkę Adze. Przez telefon mówię jej, że może nie stać na zimnie bo i tak nic nie przełknę, postanawia dalej mnie wspierać. Tempo cały czas jest ok, ale już wiem, że niedługo zmięknę, nie dam rady trzymać go w takim stanie. Zwalniam, żołądek odrobinę się uspokaja. Na półmetku mam jakieś 3min zapasu do 3:30, po cichu zaczynam myśleć o 3:35 Po kolejnym okrążeniu myślę już o 3:40 i tej myśli trzymam się przez jeszcze dwa okrążenia. Wybiegając na ostatnie krzyczę, jak bardzo mi się nie chce – trochę pomaga. Mimo to wiem już, że na nic więcej jak 3:45 nie mam szans, a i to może nie wyjść. Podjeżdża do mnie człowiek na rowerze – Krzysiek. Jest jednym z orgów, zajmuje mnie rozmową. Pomaga utrzymać bieg, chociaż tempo jest tragiczne. Zostawia mnie jakieś 2km przed metą w dużo lepszym nastroju, udaje mi się nawet przyspieszyć. Na metę wpadam sprintem, ale jak zobaczyłem, że 3:45 już przeleciało, jakoś nie chciało mi się urywać sekund.

Bieg był niesamowity. Atmosfera nocnego Koszalina przykrytego mgłą, atrakcje i gadżety przygotowane przez organizatora, rodzinna atmosfera, jakiej nie sposób doświadczyć na dużych biegach… nie poszło tak, jak mogło by pójść. A może nie mogło pójść inaczej? Przynajmniej mam powód, żeby przyjechać za rok.

 

A polska jesienią jest naprawdę piękna!

Autorem zdjęć zamieszczonych w wpisie jest Michu Derewecki,

za które to zdjęcia bardzo dziękuję.

Read Full Post »