Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Nawigacja’

Jak pisałem ostatnio, Tułacze dzieliłem dotychczas na te udane (jesienne) i te, które określałem jako sromotna porażka (czyli edycja wiosenna). Jak się okazało zależność sprawdziła się i tym razem, ponieważ Wakacyjny Tułacz poszedł… średnio.

Jednak (!) na samym wstępie chcę powiedzieć, że z imprezy cieszę się niezmiernie, nawet jeśli wynik sportowy okazał się marny. Po sporym kryzysie w maju, poczułem w końcu efekty czerwcowych treningów. Nie miałem kryzysów jako takich, nawet dołożenie dodatkowych kilometrów (obstawiam, że w moim wykonaniu trasa miała około 65km) nie zrobiło na mnie wrażenia. Ba, nawet skwar i odwodnienie, tak bardzo dokuczające mi ostatnimi czasy, tym razem po prostu były (sikanie na brązowo – niesmaczne, ale prawdziwe). Więc co poszło nie tak?

W zasadzie to sam nie wiem. Może było trochę za dużo radości z imprezy? Już w drodze na pierwszy punkt dwa razy wyleciałem z planowanego wariantu, ale nie  zrobiło to na mnie wrażenia. Później ogólne założenie (dokładaj kilometrów, ułatwiaj nawigację) zaczęło zdawać egzamin. Kolejne punkty wchodziły nie za szybko, ale całkiem pewnie. asfaltowy przelot do Gdyni, a następnie na pk5 bardzo mi się spodobał (chociaż tutaj akurat strzeliłem pierwszego stowarzysza),

jeszcze bardziej podobał mi się asfaltowy odwrót w stronę Gdyni i droga na PK6. No dobra, może nie podobał, ale był bardzo zachowawczy. I nie skończyłem na przesłuchaniu wojskowych, jak (wedle plotek) niektórzy…

Później też jakoś to szło. W drodze na PK8 pomogli zawodnicy z naprzeciwka (trasa 25 i 30km), do PK10 był przyjemny przelot krętym duktem przez las, a potem… A potem wyleciałem w kosmos (dlaczego to stwierdzenie tak często gości w moich relacjach?). Nie wiem, jak to się stało. Znaczy wiem, jak zawsze, w momencie gdy przestało grać, powiedziałem sobie „jakoś to będzie” i szedłem dalej na ślepo. Żeby było ciekawiej, po drodze minąłem nawet jakiś lampion, ale skołatany umysł podpowiedział tylko „stowarzysz” i poszedłem dalej…

obudziłem się tutaj:

Prawda, że pięknie? taka okrągła dziura porośnięta zieloną trawą. Usiadłem i wydumałem, że to musi być to. Podjąłem decyzję, że nie wracam po PK11 – czas zaczynał gonić, a ja na godzinnym błądzeniu wypiłem większość tego, co chlupotało w bukłaku. Pozostaje jeszcze dodać, że znalazłem nowy, niekonwencjonalny sposób na odnalezienie się w takim totalnym zagubieniu. Otóż doszedłem do wniosku, że idąc wąwozami wzdłuż największych mokradeł (przy obecnej temperaturze oznaczało to choćby i śladowe ilości wody) dojdę w końcu do któregoś z jezior. Skuteczność metody, na podstawie powyższej mapki, oceńcie sami.

Jak już się w końcu wróciło z podróży w kosmosie, należało biec dalej. zwłaszcza, że PK12 leżał nad jeziorem, gdzie będzie coś do picia. Niezrażony niezgadzającą się drożnią i na wpół wyschniętymi mokradłami dotarłem w końcu nad brzeg jeziora… które okazało się z tej strony bagnem. No nic, jak złapię punkt, spróbuję od zachodu. Tak też się stało, szybki zbieg do brzegu i… taaak, nie ma to jak mętna, śmierdząca woda z jeziora. wypiłem z pół litra dochodząc do wniosku, że wolę rozstrój żołądka, niż sushi które mam w ustach. Na moje szczęście obyło się bez rozstroju.

sprawdzony wariant z omijaniem przewyższeń i dokładaniem drogi doprowadził mnie do PK13, gdzie spotkałem Konrada. wymiana uwag i każdy rusza swoją drogą, by znowu spotkać się w okolicy PK14 i… wspólnie wylecieć w kosmos (wybaczcie monotematyczność). Z opresji ratuje nas… rowerzysta który okazuje się swojakiem. wyprowadza nas z opresji, częstuje rozmową o Harpaganie i na moje żebranie obdarowuje dwoma butelkami wody. Tylko dlaczego, kurcze, nie zapamiętałem imienia…? Tak więc, anonimowemu wybawicielowi „dziękuję”.

razem z Konradem zaliczamy więc PK14, a następnie robimy przelot do PK15 gdzie… nie, nie wylatujemy w kosmos. Za to nie widzimy punktu. Widzimy wprawdzie stowarzysza, którego podbijają dwaj inni zawodnicy, ale tego co chcemy, nie ma. W końcu decydujemy się na BPK, co kosztuje nas na mecie 120pk karnych… No nic, bywa. Lecimy dalej, tym razem w towarzystwie chłopaków na crossach. Ostry zbieg w dół, następnie wspinaczka w górę wykańcza Konrada. Gdy docieramy do PK16, oświadcza mi, że odpuszcza 17stkę. Sam decyduję się lecieć całość, wychodzi mi, że nawet przy mizernym tempie które mam w tej chwili powinno się udać bez większych problemów. Mimo to przyspieszam i punkt podbijam po 17 minutach. W pewnym momencie dzwonię do Asi (patrz *) i nakręcam się. PK18 i PK19 to majstersztyk – dwa wzgórza po przeciwnej stronie rzeki. Docieram do głównej drogi i włączam muzykę. Lecę jak nowo narodzony, u podnóża górki spotykam Konrada, który mówi, że niezła wyrypa. Nakręcam się jeszcze bardziej i niemal biegiem forsuję zbocze. ze łzami w oczach podbijam punkt i gnam na dół. Po lekkich problemach przebijam się przez zabudowania i kolejne zbocze, które również zdobywam ostrym tempem. Tuż przed lampionem doganiam Konrada. Podbijam, lecę, byle szybciej. Nakręcony myślę tylko o tym, żeby skończyć w minimalnym czasie, na jaki mnie teraz stać. Dobiegam do PK20, ostatniego. Coś mi nie pasuje, ale stwierdzam, że za blisko właściwego miejsca na stowarzysza. Podbijam, ostry zryw i w padam na metę równo z Marcinem Hippnerem – około godzinę przed limitem.

Później okazało się, że moja końcowa szarża miała średni efekt – zarówno PK19 jak i PK20 podbiłem błędnie. Mimo to jestem z niej bardzo zadowolony. BPK na PK15 nie został nam uznany, ale nie mam zamiaru się o to sprzeczać – zaufam sędziom, że faktycznie tam był. Mimo to jestem z siebie dumny – na taką ilość punktów, wtop nie było zbyt dużo. Trasę na czysto zaliczyło 5 osób. Ja wylądowałem na dalekim 20. miejscu.

* Jakoś pominąłem to w trakcie pisania, ale podczas całego rajdu wspierała mnie moja Asia. Ona również pożyczyła mi MP3 z muzyką, która napędzała mnie na koniec. Dziękuję Asiu :*

I jeszcze na koniec Oświadczenie:

Przy okazji poprzedniego Tułacza, podobno, obsmarowałem Edwarda Fudro. Niniejszym chcę zapewnić, że Wymienionego wyżej Pana bardzo szanuję i podziwiam i z wielką radością dostaję od niego bęcki. Tylko dlaczego, skubany, znowu wygrał? 😛
Pozdrowienia Edek (mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądasz) 😉

P.s. Wybacz zdrobnienie – nie mogłem się powstrzymać.

Wzorcówka ze strony organizatora.

Reklamy

Read Full Post »

Na wstępie powiem, że nie mam pomysłu, jak opisać ostatnie dni w składnej relacji. Właśnie dni, bo wyjazd na RW połączyłem z wizytą w Jeleniej Górze, gdzie zjawiłem się już w czwartek rano.

Po aktywnym wypoczynku na wsi na początku tygodnia, czekało mnie błogie lenistwo w górach. W sumie to trochę głupio, być drugi raz w ostatnim czasie w Jeleniej i nie wyjść w góry… No, ale w końcu od czasu do czasu można się dla odmiany pobyczyć, prawda? No dobra, lenistwo było prawie pełne – w piątek Wyszedłem z Asią i jej siostrą na „trening”. Miała być grzeczna przebieżka, miał być relaks… a skończyło się trzymaniem tempa po górkach. I choć dystans skromny (6km), to udało mi się zajechać… jeden z wielu błędów które udało mi się popełnić w kontekście tego rajdu…

W sobotę wstałem wcześnie, ale wypoczęty. na dworze zamiast zapowiadanych chmur piękne słońce… czułem, że będzie prażyć, a mimo to nalałem do bukłaka tylko litr picia. drugi błąd ląduje na liście, chociaż ten akurat nie zdążył wpłynąć na wynik. Sprawne pakowanie i w obstawie Rodziny Buczek jadę do bazy, czyli Karpnik (Karpników?). Na miejscu wita nas piękne słońce i tłum znajomych twarzy. Weronika, Janek, Remik, Marcin(y), Konwalie, Adam, Darek… no i oczywiście organizatorzy, czyli Ciocia Asia i  Robert Domański,  którego ni za cholery nie mogłem poznać w nowej (dla mnie) fryzurze. Uśmiechy, zdjęcia, powitania, wspomnienia… Niby jak na każdym rajdzie, a jednak tak jakoś „bardziej”… totalny luz, piękne słońce, śmiech, a przecież za moment odprawa i trzeba ruszać na trasę!

Umówiłem się z Jankiem, że ruszymy z Jankiem, mówi, że nie jest w formie. Odprawa, ostatnie wyjaśnienia, mapy i lecimy… jak wariaci. Asfaltowy podbieg (do pierwszego pk prawie cały czas pod górkę), a peleton ciągnie masakrycznym tempem. Oj, boli… mimo to nie chcę odpuszczać Janka, wiem, że jak mi teraz ucieknie, to już go nie złapię, a BNO, które czeka na pierwszym punkcie chciałbym zrobić z kimś. Do punktu dobiegamy między dwoma dużymi grupami zawodników, zmieniamy mapy i zanim zdążę zerknąć, już lecę za Jankiem. Nie mogę się skupić, nogi coś nie podają i myślę tylko o utrzymaniu tempa. Podbijamy pk7, lecimy asfaltem dookoła pagórków do pk1, błądzimy dłuższą chwilę, w końcu Janek wykopuje lampion spod ziemi (niemal dosłownie, stał w zagłębieniu). Czuję się coraz gorzej, wiem, że nie utrzymam tempa Janka, więc puszczam go przodem i lecę sam, starając się w końcu skupić na mapie. Spotykamy się ponownie pod Skałami w okolicach pk4 i latamy niezdecydowani, gdzie jesteśmy. W końcu rozdzielamy się, ja zaliczam piękną wspinaczkę po skałach i drapanie się po głowie z kategorii „gdzie do cholery jestem?” W końcu robi się więcej ludzi, któryś z Konwalii krzyczy, że ma punkt, podbijam go równo z Jankiem, ale znowu się rozdzielamy. Większość zaczęła trasę od południa i ma nad nami sporą przewagę, przez co morale spada jeszcze bardziej. Następne punkty (pk10, pk11, pk14) idą znośnie, chociaż tempo mam raczej marne. Mijam sporo piechurów, a Asia regularnie daje sygnały z drugiego punktu głównej pętli, gdzie zjawiają się kolejni zawodnicy. No nic, ze ścigania nici, ale spróbujemy jeszcze powalczyć. W końcu został tylko jeden punkt z BNO, później będzie już łatwiej…  znowu nie mogę się skupić na mapie, na zmianę wkładam słuchawki i je wyciągam. Z pk14 lecę na azymut i… wylatuję w kosmos. Tak totalnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie wiem, co zrobić, żeby się odnaleźć, a po 20min mam już serdecznie dość. Dookoła żywej duszy, a kolejne próby odnalezienia się nie przynoszą zmiany. Po jakimś czasie wpadam na dwóch piechurów, wydaje się, że wiedzą, gdzie są, ale ponownie wylatujemy w kosmos. Rozdzielamy się, a ja podejmuję decyzję. Dzwonię do Asi i mówię, że schodzę. Ale najpierw uratuję dumę – siedzę na tym punkcie już jakieś 40min, więc w końcu go znajdę. Teraz czas nie ma już znaczenia. docieram do niebieskiego szlaku, postanawiam uderzyć do asfaltu na północy. Nim tam docieram, spotykam innych zawodników i… lampion. Cholera, trzeba to było zrobić pół godziny temu… spokojnym biegiem wracam do startu odcinka specjalnego, a stamtąd w dół asfaltem do Bazy. Słońce świeci, dookoła piękne widoki, biegnie się dobrze… i tylko kierunek nie ten, cel inny od zamierzonego. Po drodze mijam Roberta, chyba jest zdziwiony moim zachowaniem. Na mecie Ciocia zabija mnie wzrokiem i niechętnie odbiera kartę… cóż, nawet na najciekawszej i najlepiej zorganizowanej imprezie, jak się nie układa, to się nie układa. Bo właśnie impreza była ciekawa, dawno już się tak nie kręciłem po lesie, dawno też nie dostałem tak w tyłek. Zwyczajnie popełniłem błąd (największy i bijący wszystkie inne) i nie doceniłem imprezy. A pierwsze wtopy, zamiast mnie zmobilizować, totalnie mnie rozkojarzyły i zniechęciły.

No, ale coby nie było – nie smęcę. Naprawdę mi się podobało. Naprawdę cieszę się, że tam byłem. I z podwójną chęcią przyjadę za rok, na dobrą imprezę i po rewanż. Tym razem ze świadomością, że dostanę po tyłku 😉

Z tego co wiem, zawody były trudne nie tylko w moich oczach. Wyniki też sporo o tym mówią. Mam wrażenie, że po Harpaganie ludzie jakoś tak nastawili się na lekkie imprezy. A tu psikus!

A już za tydzień okazja, żeby się odkuć – sentymentalna podróż na Setkę z Hakiem…

Zdjęcia autorstwa Asi

Read Full Post »

Organizator: Firma zatrudniająca.

Data i miejsce imprezy: 22.02.2012, Wrocław.

Lista uczestników:

Ireneusz Kociołek

Cechy szczególne:

– scorelauf na dystansie około 20km, 4pk kontrolne

– lampiony „niesportowe” (tabliczki urzędów skarbowych), karty startowe w formie deklaracji podatkowych.

– limit czasu na każdym punkcie kontrolnym, wyznaczany przez czas pracy urzędu. Meta zamykana o godz 17:00

– brak mapy (pamięciówka, mapa na starcie, możliwość zrobienia opisówki na starcie)

– totalne zaskoczenie (cywilne ciuchy, nieprzygotowany rower).

Wyniki:

Ireneusz Kociołek – niepodbita jedna deklaracja (kara 10min), czas netto trudny do określenia (nikt nie włączył stopera), ok 2h.

wtopa nawigacyjna przy pk2 z powodu złego opisu trasy (inny adres)

A tak na poważnie: Wysłano mnie dzisiaj jako kuriera na miasto, cobym dostarczył deklaracje podatkowe do odpowiednich urzędów startowych… tfu, skarbowych. A jako że były one rozrzucone po mieście, w miejscach, które nie do końca znam, zrobiłem sobie z tego mały trening.

Read Full Post »