Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘rajd’

Czas gna do przodu. Ani się człowiek obejrzał, a od zawodów minął tydzień. A relacji jak nie było tak nie ma. Dlatego więc, na chwilę obecną podaruję sobie wpis  pod tytułem „co ja właściwie tutaj robię?” i przejdę do tego, co działo się w Barcinku.

Poranek

Godzina 6:00 am. Chłodno, mglisto. Pogoda w sam raz, żeby…

Zdjęcie: Asia

No bo co innego normalny człowiek robi w sobotę o takiej porze? Można też tak:

Zdjęcie: Asia

Nawet rozmowy były utrudnione:

Zdjęcie: Asia

Plan zakładał start w bezrękawniku, ostatecznie jednak nie zdecydowałem się na tej zimnicy zdjąć bluzy. Tuż przed startem Janek Lenczowski wrzucił mi do niej paczuszkę z nadajnikiem. Ha, będą mnie widzieć na orienttracku – nie ma się co kręcić w krzakach, bo wyśmieją. Ruszamy asfaltem przez resztki mgły do pierwszego punktu, gdzie czekają na nas mapy.

Punkty

zdjęcie: Monika Strojny

Mapę podnoszę jako pierwszy. Towarzystwo dookoła pierwszorzędne. Nie myśląc wiele lecę na zachód. W biegu patrzę na mapę dokładniej. Nasrali tych punktów jak… znaczy, dużo ich. Niby ostrzegali, że 27. Niby mówili… kurna, no, wala się ich na tej mapie w każdym możliwym kierunku. Dobrze chociaż, że same wejścia na punkt nie sprawiają na razie problemów. Po drugim ci mocniejsi zaczynają mnie wyprzedzać. Zdejmuję bluzę, robi się ciepło. Wpadam na punkt z wodą, strasznie szybko, przecież to dopiero początek. To chyba nie jest optymalny przelot… mimo to kolejne punkty wchodzą dość gładko. Czołówka ucieka, wpadam na Marcina Kargola, nie ma zaliczonej siódemki, którą mam ja. Mijamy się przez kilka punktów, czasami biegnąc razem, czasami rozłączając. Na pk 21. Pierwsza wtopa nawigacyjna, z 15min poszło w piach. W końcu naprowadzają mnie piechurzy, który idą „niepełną” trasę od drugiej strony. Na następnym pk, 23 wpadamy z Marcinem na Magdę Kozioł i Wojtka Stolarczyka. Wychodzi, że mam za sobą ponad połowę. Cały czas z Marcinem dalej. Ten wypatruje na mapie właściwą trasę przez Piechowice, ostatecznie jednak punkt zdobywamy osobno.

zdjęcie: Monika Strojny

I tak to leci. Trochę wolniej, trochę szybciej. W okolicach pk13 po raz ostatni mijam Marcina, który akurat wyleciał na moment w kosmos. Kolejne punkty lecą samotnie, chociaż dookoła coraz więcej zawodników – docieram w centrum mapy i krzyżują się tu różne warianty. Po niezbyt szczęśliwej kolejności zaliczania odcinka specjalnego wpadam na Krasusa z ekipą. Razem podbijamy pk18, wychodzi, że mają kilka potwierdzeń mniej niż ja. Rozchodzimy się w różnych kierunkach. Jest coraz cieplej, wody w bukłaku robi się coraz mniej, żele energetyczne właśnie się skończyły, a czekolada rozpłynęła. Mimo to truchtam powoli dalej patrząc na zegarek. 8 godzin… powinno się udać. W okolicach pk12 popełniam błąd i zbiegam za nisko. Za to spotykam Pawła, z którym tu przyjechałem – leci z innego kierunku i nie wygląda najlepiej. Razem wchodzimy na pk12 a ja zmuszam się do truchtu. Po pk11 pora na pk8… tak, o tym punkcie powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia. U mnie skutkuje krótką cofką, bardziej jednak jestem zainteresowany wodą w rzece. Asia dzwoni, że najlepsi zbliżają się już do mety. Patrzę na zegarek. Spoko, stracę do nich mniej niż godzinę i złapię się w 8h. No, może. Szybko kalkuluję 7/8 *50… bardziej żeby zająć czymś myśli, niż dlatego, że mi zależy na tej wiedzy. Ale wychodzi nieźle, zwłaszcza, że… nie przyjechałem tu z nastawieniem, że zrobię dobry wynik! Powłócząc nogami  przebijam się przez Kromnów i forsuję na przełaj zbocze wzgórza. Początkowo zmierzam nie do tego lasu co trzeba, jednak w końcu docieram do punktu.

Jest gorąco. Pić już dawno nie ma co, nogi bolą. Truchtam przez pięknie wybronowane (?) pole. Biegnę, kawałek maszeruję, biegnę… to już tylko jeden pk i meta. Pk odnajduję, chociaż ustawiony jest jak na mój gust złośliwie, bo w zarośniętym wąwozie bez podpowiedzi, skąd atakować. Teraz tylko trucht do mety. Przecież nie pozwolę, żeby mnie ktoś teraz wyprzedził! Przez bród na rzece wpadam na asfalt, czym wprawiam w osłupienie bawiące się tam dzieciaki. Z tyłu miga mi niebieska sportowa koszulka – biegnie, nie idzie. O tym, jak to widział Krasus, przeczytacie tutaj. A ja? Ja po prostu biegłem i próbowałem nie płakać i nie zwalniać. Wpadam na metę, mijam Asię robiącą mi zdjęcia. Budynek, stanowisko sędziego, patrzę na zegar i widzę :56. Udało się, poniżej 8h! Dzieje się dużo, nagle ktoś mnie uświadamia, że mam czas 8h56min. Konsternacja. Kurde, faktycznie. Zgubiłem gdzieś po drodze godzinę. Jak się chwilę później okazuje, przeoczyłem też skalę mapy (35000, zamiast 50000), co dziwnym trafem nie zmieniło nic w nawigacji (pytanie, jak to o mnie świadczy, pozostawiam otwarte). Podchodzi Janek i mówi, że mój wariant nie był optymalny. Dupa, ja będę go bronił murem, może poza kolejnością na OSie.

Zdjęcie: Asia

Ostatecznie – 15. Pozycja open, 13. Wśród mężczyzn. Patrząc, że ostatnimi czasy w moim dorobku przeważa NKL… tak, jestem zadowolony. A 27 (a raczej 28, bo jeszcze pk z mapami) punktów raz na jakiś czas też może być fajne. Byle by nie za często. I chciałem jeszcze pogratulować (i podziękować) Krasusowi – osobiście uważam go za najszybciej robiącego postępy zawodnika w tym sezonie. Tak dalej Krasus. I następnym razem wpadnijmy na tą metę (niemal) równo.

Zdjęcie: Asia

Read Full Post »

Jak pisałem ostatnio, Tułacze dzieliłem dotychczas na te udane (jesienne) i te, które określałem jako sromotna porażka (czyli edycja wiosenna). Jak się okazało zależność sprawdziła się i tym razem, ponieważ Wakacyjny Tułacz poszedł… średnio.

Jednak (!) na samym wstępie chcę powiedzieć, że z imprezy cieszę się niezmiernie, nawet jeśli wynik sportowy okazał się marny. Po sporym kryzysie w maju, poczułem w końcu efekty czerwcowych treningów. Nie miałem kryzysów jako takich, nawet dołożenie dodatkowych kilometrów (obstawiam, że w moim wykonaniu trasa miała około 65km) nie zrobiło na mnie wrażenia. Ba, nawet skwar i odwodnienie, tak bardzo dokuczające mi ostatnimi czasy, tym razem po prostu były (sikanie na brązowo – niesmaczne, ale prawdziwe). Więc co poszło nie tak?

W zasadzie to sam nie wiem. Może było trochę za dużo radości z imprezy? Już w drodze na pierwszy punkt dwa razy wyleciałem z planowanego wariantu, ale nie  zrobiło to na mnie wrażenia. Później ogólne założenie (dokładaj kilometrów, ułatwiaj nawigację) zaczęło zdawać egzamin. Kolejne punkty wchodziły nie za szybko, ale całkiem pewnie. asfaltowy przelot do Gdyni, a następnie na pk5 bardzo mi się spodobał (chociaż tutaj akurat strzeliłem pierwszego stowarzysza),

jeszcze bardziej podobał mi się asfaltowy odwrót w stronę Gdyni i droga na PK6. No dobra, może nie podobał, ale był bardzo zachowawczy. I nie skończyłem na przesłuchaniu wojskowych, jak (wedle plotek) niektórzy…

Później też jakoś to szło. W drodze na PK8 pomogli zawodnicy z naprzeciwka (trasa 25 i 30km), do PK10 był przyjemny przelot krętym duktem przez las, a potem… A potem wyleciałem w kosmos (dlaczego to stwierdzenie tak często gości w moich relacjach?). Nie wiem, jak to się stało. Znaczy wiem, jak zawsze, w momencie gdy przestało grać, powiedziałem sobie „jakoś to będzie” i szedłem dalej na ślepo. Żeby było ciekawiej, po drodze minąłem nawet jakiś lampion, ale skołatany umysł podpowiedział tylko „stowarzysz” i poszedłem dalej…

obudziłem się tutaj:

Prawda, że pięknie? taka okrągła dziura porośnięta zieloną trawą. Usiadłem i wydumałem, że to musi być to. Podjąłem decyzję, że nie wracam po PK11 – czas zaczynał gonić, a ja na godzinnym błądzeniu wypiłem większość tego, co chlupotało w bukłaku. Pozostaje jeszcze dodać, że znalazłem nowy, niekonwencjonalny sposób na odnalezienie się w takim totalnym zagubieniu. Otóż doszedłem do wniosku, że idąc wąwozami wzdłuż największych mokradeł (przy obecnej temperaturze oznaczało to choćby i śladowe ilości wody) dojdę w końcu do któregoś z jezior. Skuteczność metody, na podstawie powyższej mapki, oceńcie sami.

Jak już się w końcu wróciło z podróży w kosmosie, należało biec dalej. zwłaszcza, że PK12 leżał nad jeziorem, gdzie będzie coś do picia. Niezrażony niezgadzającą się drożnią i na wpół wyschniętymi mokradłami dotarłem w końcu nad brzeg jeziora… które okazało się z tej strony bagnem. No nic, jak złapię punkt, spróbuję od zachodu. Tak też się stało, szybki zbieg do brzegu i… taaak, nie ma to jak mętna, śmierdząca woda z jeziora. wypiłem z pół litra dochodząc do wniosku, że wolę rozstrój żołądka, niż sushi które mam w ustach. Na moje szczęście obyło się bez rozstroju.

sprawdzony wariant z omijaniem przewyższeń i dokładaniem drogi doprowadził mnie do PK13, gdzie spotkałem Konrada. wymiana uwag i każdy rusza swoją drogą, by znowu spotkać się w okolicy PK14 i… wspólnie wylecieć w kosmos (wybaczcie monotematyczność). Z opresji ratuje nas… rowerzysta który okazuje się swojakiem. wyprowadza nas z opresji, częstuje rozmową o Harpaganie i na moje żebranie obdarowuje dwoma butelkami wody. Tylko dlaczego, kurcze, nie zapamiętałem imienia…? Tak więc, anonimowemu wybawicielowi „dziękuję”.

razem z Konradem zaliczamy więc PK14, a następnie robimy przelot do PK15 gdzie… nie, nie wylatujemy w kosmos. Za to nie widzimy punktu. Widzimy wprawdzie stowarzysza, którego podbijają dwaj inni zawodnicy, ale tego co chcemy, nie ma. W końcu decydujemy się na BPK, co kosztuje nas na mecie 120pk karnych… No nic, bywa. Lecimy dalej, tym razem w towarzystwie chłopaków na crossach. Ostry zbieg w dół, następnie wspinaczka w górę wykańcza Konrada. Gdy docieramy do PK16, oświadcza mi, że odpuszcza 17stkę. Sam decyduję się lecieć całość, wychodzi mi, że nawet przy mizernym tempie które mam w tej chwili powinno się udać bez większych problemów. Mimo to przyspieszam i punkt podbijam po 17 minutach. W pewnym momencie dzwonię do Asi (patrz *) i nakręcam się. PK18 i PK19 to majstersztyk – dwa wzgórza po przeciwnej stronie rzeki. Docieram do głównej drogi i włączam muzykę. Lecę jak nowo narodzony, u podnóża górki spotykam Konrada, który mówi, że niezła wyrypa. Nakręcam się jeszcze bardziej i niemal biegiem forsuję zbocze. ze łzami w oczach podbijam punkt i gnam na dół. Po lekkich problemach przebijam się przez zabudowania i kolejne zbocze, które również zdobywam ostrym tempem. Tuż przed lampionem doganiam Konrada. Podbijam, lecę, byle szybciej. Nakręcony myślę tylko o tym, żeby skończyć w minimalnym czasie, na jaki mnie teraz stać. Dobiegam do PK20, ostatniego. Coś mi nie pasuje, ale stwierdzam, że za blisko właściwego miejsca na stowarzysza. Podbijam, ostry zryw i w padam na metę równo z Marcinem Hippnerem – około godzinę przed limitem.

Później okazało się, że moja końcowa szarża miała średni efekt – zarówno PK19 jak i PK20 podbiłem błędnie. Mimo to jestem z niej bardzo zadowolony. BPK na PK15 nie został nam uznany, ale nie mam zamiaru się o to sprzeczać – zaufam sędziom, że faktycznie tam był. Mimo to jestem z siebie dumny – na taką ilość punktów, wtop nie było zbyt dużo. Trasę na czysto zaliczyło 5 osób. Ja wylądowałem na dalekim 20. miejscu.

* Jakoś pominąłem to w trakcie pisania, ale podczas całego rajdu wspierała mnie moja Asia. Ona również pożyczyła mi MP3 z muzyką, która napędzała mnie na koniec. Dziękuję Asiu :*

I jeszcze na koniec Oświadczenie:

Przy okazji poprzedniego Tułacza, podobno, obsmarowałem Edwarda Fudro. Niniejszym chcę zapewnić, że Wymienionego wyżej Pana bardzo szanuję i podziwiam i z wielką radością dostaję od niego bęcki. Tylko dlaczego, skubany, znowu wygrał? 😛
Pozdrowienia Edek (mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądasz) 😉

P.s. Wybacz zdrobnienie – nie mogłem się powstrzymać.

Wzorcówka ze strony organizatora.

Read Full Post »

Na wstępie powiem, że nie mam pomysłu, jak opisać ostatnie dni w składnej relacji. Właśnie dni, bo wyjazd na RW połączyłem z wizytą w Jeleniej Górze, gdzie zjawiłem się już w czwartek rano.

Po aktywnym wypoczynku na wsi na początku tygodnia, czekało mnie błogie lenistwo w górach. W sumie to trochę głupio, być drugi raz w ostatnim czasie w Jeleniej i nie wyjść w góry… No, ale w końcu od czasu do czasu można się dla odmiany pobyczyć, prawda? No dobra, lenistwo było prawie pełne – w piątek Wyszedłem z Asią i jej siostrą na „trening”. Miała być grzeczna przebieżka, miał być relaks… a skończyło się trzymaniem tempa po górkach. I choć dystans skromny (6km), to udało mi się zajechać… jeden z wielu błędów które udało mi się popełnić w kontekście tego rajdu…

W sobotę wstałem wcześnie, ale wypoczęty. na dworze zamiast zapowiadanych chmur piękne słońce… czułem, że będzie prażyć, a mimo to nalałem do bukłaka tylko litr picia. drugi błąd ląduje na liście, chociaż ten akurat nie zdążył wpłynąć na wynik. Sprawne pakowanie i w obstawie Rodziny Buczek jadę do bazy, czyli Karpnik (Karpników?). Na miejscu wita nas piękne słońce i tłum znajomych twarzy. Weronika, Janek, Remik, Marcin(y), Konwalie, Adam, Darek… no i oczywiście organizatorzy, czyli Ciocia Asia i  Robert Domański,  którego ni za cholery nie mogłem poznać w nowej (dla mnie) fryzurze. Uśmiechy, zdjęcia, powitania, wspomnienia… Niby jak na każdym rajdzie, a jednak tak jakoś „bardziej”… totalny luz, piękne słońce, śmiech, a przecież za moment odprawa i trzeba ruszać na trasę!

Umówiłem się z Jankiem, że ruszymy z Jankiem, mówi, że nie jest w formie. Odprawa, ostatnie wyjaśnienia, mapy i lecimy… jak wariaci. Asfaltowy podbieg (do pierwszego pk prawie cały czas pod górkę), a peleton ciągnie masakrycznym tempem. Oj, boli… mimo to nie chcę odpuszczać Janka, wiem, że jak mi teraz ucieknie, to już go nie złapię, a BNO, które czeka na pierwszym punkcie chciałbym zrobić z kimś. Do punktu dobiegamy między dwoma dużymi grupami zawodników, zmieniamy mapy i zanim zdążę zerknąć, już lecę za Jankiem. Nie mogę się skupić, nogi coś nie podają i myślę tylko o utrzymaniu tempa. Podbijamy pk7, lecimy asfaltem dookoła pagórków do pk1, błądzimy dłuższą chwilę, w końcu Janek wykopuje lampion spod ziemi (niemal dosłownie, stał w zagłębieniu). Czuję się coraz gorzej, wiem, że nie utrzymam tempa Janka, więc puszczam go przodem i lecę sam, starając się w końcu skupić na mapie. Spotykamy się ponownie pod Skałami w okolicach pk4 i latamy niezdecydowani, gdzie jesteśmy. W końcu rozdzielamy się, ja zaliczam piękną wspinaczkę po skałach i drapanie się po głowie z kategorii „gdzie do cholery jestem?” W końcu robi się więcej ludzi, któryś z Konwalii krzyczy, że ma punkt, podbijam go równo z Jankiem, ale znowu się rozdzielamy. Większość zaczęła trasę od południa i ma nad nami sporą przewagę, przez co morale spada jeszcze bardziej. Następne punkty (pk10, pk11, pk14) idą znośnie, chociaż tempo mam raczej marne. Mijam sporo piechurów, a Asia regularnie daje sygnały z drugiego punktu głównej pętli, gdzie zjawiają się kolejni zawodnicy. No nic, ze ścigania nici, ale spróbujemy jeszcze powalczyć. W końcu został tylko jeden punkt z BNO, później będzie już łatwiej…  znowu nie mogę się skupić na mapie, na zmianę wkładam słuchawki i je wyciągam. Z pk14 lecę na azymut i… wylatuję w kosmos. Tak totalnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie wiem, co zrobić, żeby się odnaleźć, a po 20min mam już serdecznie dość. Dookoła żywej duszy, a kolejne próby odnalezienia się nie przynoszą zmiany. Po jakimś czasie wpadam na dwóch piechurów, wydaje się, że wiedzą, gdzie są, ale ponownie wylatujemy w kosmos. Rozdzielamy się, a ja podejmuję decyzję. Dzwonię do Asi i mówię, że schodzę. Ale najpierw uratuję dumę – siedzę na tym punkcie już jakieś 40min, więc w końcu go znajdę. Teraz czas nie ma już znaczenia. docieram do niebieskiego szlaku, postanawiam uderzyć do asfaltu na północy. Nim tam docieram, spotykam innych zawodników i… lampion. Cholera, trzeba to było zrobić pół godziny temu… spokojnym biegiem wracam do startu odcinka specjalnego, a stamtąd w dół asfaltem do Bazy. Słońce świeci, dookoła piękne widoki, biegnie się dobrze… i tylko kierunek nie ten, cel inny od zamierzonego. Po drodze mijam Roberta, chyba jest zdziwiony moim zachowaniem. Na mecie Ciocia zabija mnie wzrokiem i niechętnie odbiera kartę… cóż, nawet na najciekawszej i najlepiej zorganizowanej imprezie, jak się nie układa, to się nie układa. Bo właśnie impreza była ciekawa, dawno już się tak nie kręciłem po lesie, dawno też nie dostałem tak w tyłek. Zwyczajnie popełniłem błąd (największy i bijący wszystkie inne) i nie doceniłem imprezy. A pierwsze wtopy, zamiast mnie zmobilizować, totalnie mnie rozkojarzyły i zniechęciły.

No, ale coby nie było – nie smęcę. Naprawdę mi się podobało. Naprawdę cieszę się, że tam byłem. I z podwójną chęcią przyjadę za rok, na dobrą imprezę i po rewanż. Tym razem ze świadomością, że dostanę po tyłku 😉

Z tego co wiem, zawody były trudne nie tylko w moich oczach. Wyniki też sporo o tym mówią. Mam wrażenie, że po Harpaganie ludzie jakoś tak nastawili się na lekkie imprezy. A tu psikus!

A już za tydzień okazja, żeby się odkuć – sentymentalna podróż na Setkę z Hakiem…

Zdjęcia autorstwa Asi

Read Full Post »

Przelot na PK4. Tomek Grabowski poleciał do przodu, jest ode mnie mocniejszy. Na horyzoncie widzę też dwójkę innych zawodników. Wpadamy na asfalt, Tomek wchodzi na pola i przebija się do przodu. Dwójka z przodu robi to samo kawałek dalej. Lecę zaplanowanym wariantem, wpadam na drogę, której nie ma na mapie – dobiegam nią w okolicę pk. Z naprzeciwka wylatuje Rafał – „jesteś już blisko, jest bardzo łatwy, chyba jesteśmy pierwsi”. Wybiegam na ścieżkę, rozglądam się, lampionu nie ma. Nauczony Włóczykijem zwalniam i odwracam się – jest, zdążyłem go minąć. Przechodzę przez strumień i podbijam punkt. 

Wrażenia zupełnie inne niż dwa tygodnie temu. A raczej zupełnie inne podejście. Pojechaliśmy w czwórkę, poza Marcinem zabrał się z nami Darek, a jako wsparcie i fotograf pojechała Asia. Na miejsce docieramy około 1.00 – standardowo już na RDSie Noc to czas rozmów, ja jednak pasuję, chcę złapać jeszcze trochę snu. Mimo zmęczenia rano znowu budzę się przed budzikiem. Pakowanie, rozdanie map, odprawa… decyduję się robić pętlę w przeciwną stronę niż Marcin. Na starcie jest jeszcze chłodno, ale już czuć, że słońce przygrzewa. mimo to zabieram cienką bluzę. Ruszamy, lecę autorskim wariantem na pk1, w efekcie wpadam na punkt równo z pozostałymi zawodnikami. W drodze na pk2 doganiam Tomka Grabowskiego, postanawiamy pobiec na razie razem. Czeszemy las przy pk2, mimo mocnego tempa cały czas dookoła jest wielu zawodników. W drodze do pk3 znowu odstawiamy autorski wariant, nie wychodzi nam to na złe, ale przy punkcie widzimy z przodu innych zawodników. Podbijamy punkt, słońce przygrzewa. Od dawna lecę w bezrękawniku, a mimo to mam problem. „Jak Tomek może biec w długim rękawie?”. W drodze na most dopada mnie zmęczenie, zaczynam odpuszczać i Tomek leci przodem. Wychodzi brak treningów połączony z dużym skokiem temperatury. Mimo to biegnę, a dzięki odrobinie szczęścia wpadam na punkt przed pozostałymi. Półmetek z głowy, trzeba biec dalej. Na pk5 pomaga mi zawodnik lecący z przeciwka, idzie sprawnie. Droga na pk6 to tuptanie asfaltu. Po drodze zaliczam gospodarstwo, gdzie gospodarze udostępniają mi kran – zmoczenie buffa pomaga i raźniej biegnę dalej. W końcu podbijam pk6, ale biegnie się coraz gorzej, co jakiś czas przechodzę do marszu. Nie widzę nikogo dookoła, zaczynam dochodzić do wniosku, że musieli mnie powyprzedzać jak zszedłem do gospodarstwa. Następna miejscowość, znowu zatrzymuję się w gospodarstwie – dostaję dwa kubki zimnej wody. Nie pomaga już tak bardzo, do mostu nad Sanem maszeruję. Zerkam na zegarek, zaczynam liczyć – 6h już raczej nie złamię, ale może chociaż życiówkę bym urwał… sprawnie podbijam pk7 za mostem, wracając mijam Tomka Kogucika. Biegnę wałem, Tomek mnie nie dogania, jestem skonsternowany. W końcu docieram do „jeziorka”. Teraz już tylko jeden pk i krótki przelot do mety. Mimo to zatrzymuję się po raz trzeci po wodę – tym razem w sklepie w Pączku. Na pk9 czeka Asia, chwila rozmowy, zbieram się do ostatniego odcinka – 2km i 18 min do złamania życiówki. Powinno się udać…

Przelot do mety – autorstwa Asi

już nawet nie czuję gorąca, jestem po prostu zmęczony. Mimo to jestem zadowolony – dociera do mnie, że właśnie zrobię życiówkę. Łapią mnie skurcze, kręci mi się w głowie, ale zabudowania w zasięgu wzroku pomagają. Dobiegam do gospodarstw, nie ryzykuję i lecę wzdłuż głównej drogi. W końcu wpadam do szkoły, oddaję kartę. Hiu mówi, że jestem drugi…

 

Ostatnio pisałem, że jadę po trofeum. Przed startem podszedł do mnie Paweł i wręczył zaległe trofeum za Skorpiona. Nie spodziewałem się jednak, że uda się przywieźć coś jeszcze. Jestem tym bardziej szczęśliwy, bo planuję obecnie zrobić przerwę w startowaniu – wyszedł więc piękny akcent na zamknięcie tej części sezonu. Do zobaczenia!

Read Full Post »

Dzisiaj przejrzałem ponownie zdjęcia z Skorpiona. I trafiłem na taką o to piękną pracę:

Przyznam, że nie zapisałem, kto zrobił zdjęcie

autora proszę o kontakt 🙂

Na sztuce się nie znam, ale landszafcik ładny jak dla mnie. Interesujące są dwie postacie – kropki które można dostrzec po prawej stronie. Jak się człowiek przyjrzy, to jedna jest wysoka, szczupła i sprawia wrażenie jakby przez śnieg przebijała się z pełnymi gracji skokami. druga postać-kropka jest bardziej przygarbiona,  sprawia wrażenie bardziej sponiewieranej. Ktoś obdarzony wyobraźnią mógłby dostrzec żółty odcień na głowie i kanciastą bryłę nerki biegowej na biodrach. Cóż, konkursu „przebijamy się przez śnieg z gracją” to ta postać by nie wygrała. Ale co poradzić…

A na marginesie – w tym tygodniu opłaciłem wpisowe na B7D. Uprzejmie proszę wszystkich o trzymanie kciuków, żeby pogoda była równie piękna co ostatnio. A w piątek jedziemy (i to w sporym składzie!) na RDS, skąd mam zamiar przywieść trofeum (co najmniej jedno) i piękne zdjęcia. Ale o tym po weekendzie 😉

Read Full Post »

Tropiciel IV

Jedno podejście do 145km. Cztery podejścia do 100km. Przygotowania, masa rozważań, treningów i kasy włożonej w sprzęt. I pasmo porażek. Raz odpadłem kondycyjnie, trzy razy pokonały mnie warunki pogodowe, a ostatnio wymiękła partnerka na trasie.

W związku z tym, bardzo ucieszyło mnie zaproszenie na rajd o nazwie Tropiciel, które dostałem jakiś miesiąc temu od znajomego z sekcji. 40km w 12h w porównaniu z poprzednimi startami nie wydawało się takie straszne. Lżejszy plecak, tereny płaskie, niewymagające nawigacyjnie. Do tego rzut beretem od domu, bo w Żmigrodzie. Łatwiej być nie mogło. Jedyne, co mnie odstraszało, to konieczność startu drużynowego, ale tym już miał się zająć kumpel.

Startować mieliśmy w pięcioosobowej ekipie. Poza Bartkiem, który mnie zaprosił nie znałem wcześniej nikogo, wiedziałem tylko, że nie są to ludzie nastawieni na zwycięstwo za wszelką cenę. Cieszyło mnie to, bo wiedziałem, że w razie czego nie zostawią mnie w środku lasu. Zresztą, godzina kary za zgubienie zawodnika była wystarczającą gwarancją.

Po przyjeździe na miejsce, okazało się, że jednak znam więcej niż jedną osobę. Poza Bartkiem, z sekcji startował jeszcze Mariusz (w innej ekipie), a w bazie spotkałem sporo osób z PWR. robiło się coraz fajniej. Po chwili znalazłem swoją ekipę. Oprócz Bartka, miałem maszerować z Malwiną, Markiem oraz chłopakiem którego imienia nie zapamiętałem. Obecność dziewczyny w drużynie zdziwiła mnie, ale nie zaniepokoiła, na trasie potrafią być lepsze niż niejeden facet. Dostaliśmy numer 19. i tej nocy mieliśmy być od siebie zależni. Pozostało nam już tylko ruszać na trasę.

Na losowaniu pierwszego pk trafiliśmy wersję 1B. Rzut oka na mapę powiedział, że to źle. do pk1A wiódł asfalt, nasza droga wiodła przez las plątaniną dróg. A z doświadczenia wiedziałem, że te często nie są aktualizowane na mapach. Tak też było i tutaj, dzięki czemu już przed pierwszym punktem mieliśmy spotkanie z bagnami i chodzenie na azymut. mimo to czas i nastroje na samym punkcie dopisywały. Nie przeszkadzała też świadomość, że do pk2 znowu musimy wejść w bagno.

Po wyjściu z bagien popełniliśmy zasadniczy błąd i nie spojrzeliśmy na kompas. Nie patrzyliśmy na niego długi czas, a gdy wreszcie to zrobiliśmy, okazało się, że idziemy na północ a nie na wschód. Co gorsza, po obu stronach mieliśmy rozległe stawy. Jeszcze gorsze, było to, że nie mogliśmy tych stawów znaleźć na mapie. Jak się później okazało, wyszliśmy poza obszar mapy, więc znaleźć się zwyczajnie nie mieliśmy szans. Na szczęście spotkany po drodze stróż uświadomił nas gdzie wylądowaliśmy. Pokrzepieni powrotem na mapę uderzyliśmy pk2 od północy, nadkładając około 1,5km. Sędziowie odmeldowali nas w okolicach dwudziestej ekipy.

Droga między pk2 a pk3 nie wymagała nawigacji, polegała na marszu asfaltem na południe. Udało nam się kawałek podbiec, a ja stwierdziłem, że lekki plecak to jednak fajna rzecz. Nie było porównania z bieganiem na ostatniej setce. W pewnym momencie ekipa stwierdziła, że wystarczy biegania. Szkoda, bo planowaliśmy przebiec cały odcinek. Mimo to tempo utrzymaliśmy dobre i po pewnym czasie dogoniliśmy kolejną ekipę. Tu postanowiliśmy, że ja i gość-którego-imienia-nie-pamiętam pobiegniemy na pk3 i zaliczymy zadanie specjalne, a w tym czasie reszta dojdzie. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, na pk3 odmeldowaliśmy się jako 11 drużyna, strzelanie było łatwe, więc nie musieliśmy zaliczać karnego pk. reszta dotarła akurat jak pozapinałem plecak.

Nawigacja do Pk4 również nie była wymagająca. patrząc na mapę odniosłem wrażenie, że poza pk1B trasa była dosyć oczywista, a chodzenie na przełaj raczej nieopłacalne ze względu na bagna, które porobiły się na polach po ostatnich deszczach. przed punktem ponownie zastosowaliśmy taktykę z poprzedniego pk, tym razem podbiegłem z Bartkiem. I znowu wyszło idealnie, dzięki czemu oszczędziliśmy siły i przeskoczyliśmy kolejne kilka ekip.

Pk5 leżał większy kawałek od cywilizacji, na szczęście jednak, tym razem mapa okazała się pokazywać to, co jest w rzeczywistości. Bez większych problemów dotarliśmy do samego pk, chociaż tępo nieco spadło. Na pk5 czekało nas strzelanie z łuku, zadanie przypadło Malwinie. Brak trafień nie zmartwił nas, gdyż nic nie traciliśmy (za trafienia odejmowano minuty od czasu końcowego), a pozostałym ekipom szło podobnie.Na dodatek odmeldowaliśmy się na punkcie jako czwarta ekipa!

Po pk5 zaczęły się schody. Najpierw wylecieliśmy z pk nie patrząc właściwie gdzie idziemy, co kosztowało nas 10 minut wałęsania się po bagnach i wyjście nie na tą drogę co chcieliśmy. Malwina i Marek wyraźnie zaczęli zostawać z tyłu, a gdy zapytaliśmy, czy mogą przyspieszyć, odfuknęli, że nie. Sytuacja zrobiła się nieciekawa, w efekcie chłopaki szli 100 metrów przede mną, a Malwina z Markiem 100 metrów za mną – jedni obrażeni na drugich. Został nam jeden pk, w dodatku po drodze do mety. Pachniało finiszem, ale reszta chyba o tym zapomniała. W efekcie po pewnym czasie oddałem kartę Bartkowi i kazałem iść do pk6, zaliczyć go i czekać na nas na skrzyżowaniu dróg (czyli powtórka z poprzednich pk). Ja zostałem, żeby nawigować tylną parę.

gdy do pk6 zostało nam jakieś 3km zadzwonił Bartek. Powiedział, że przed nami jest woda po kostki, ale po pewnym czasie znowu jest sucho, więc mamy się nie przejmować. Gdy po 15 minutach dotarliśmy do wspomnianej wody, Bartek zadzwonił ponownie. Powiedział, że tym razem mają wody po kolana. Podjęliśmy decyzję, że mają iść dalej, bo powrót oznaczałby dodatkowe 5km. Dosyć szybko dotarliśmy do wody o której mówili, a jeszcze szybciej doszliśmy do nich samych. Okazało się, że z naprzeciwka szedł facet i mówił, że woda jest do pasa. krótka narada i stwierdziliśmy, że mimo to idziemy. Szedłem na przedzie, żeby pilnować drogi. Wody faktycznie było miejscami po pas, tempo znacznie spadło. Mimo to wiedzieliśmy, że sporo zyskamy w stosunku do reszty. Jeśli przejdziemy…

po około 0,5km wyszliśmy z lasu. W teorii powinniśmy iść przez pola, jednak dookoła była tylko woda. wrażenie było niesamowite, można powiedzieć, że szliśmy przez staw. Na szczęście woda nie była tak strasznie zimna i dopóki maszerowaliśmy (?) było nawet ciepło. Ponadto cały czas było widać drogę, a dokładnie jej środkowy grzbiet (zejście z niego oznaczało 40 cm wody wyżej). W takich warunkach przeszliśmy kolejny kilometr i znaleźliśmy się na wysokości pk6.

Tak blisko, a tak daleko. Chyba wszyscy podświadomie czuliśmy, że tak się to skończy. dojście do punktu wymagało zejścia z drogi na pole (do stawu?) i przejścia nim około 0,5km. Podjąłem decyzję, że sprawdzę. Oddałem Markowi plecak i zrobiłem dwa kroki w lewo. Kosztowało mnie to zanurzenie po piersi. Następnego kroku już nie zrobiłem, na dodatek mało nie zostawiłem buta w mule na dnie. Wróciłem na drogę. Staliśmy i było coraz zimniej. Wiedzieliśmy, co nas czeka – kolejne 1,5km przedzierania się przez wodę, po kostki w mule. W końcu ruszyliśmy, milczący i źli. Wiedzieliśmy, że musimy spadać, bo w końcu ktoś się wyziębi i będzie poważnie.

tuż przed powrotem do lasu napatoczyła się inna ekipa, która wybrała nasz wariant. Byli równie hardzi, co my na początku, ale nasze miny i słowa trochę ich przystopowały. W efekcie również zawrócili. Gdy dobrnęliśmy do asfaltu było nas w sumie trzy ekipy i mogliśmy widać wschodzące słońce. Gdyby nie woda, już bylibyśmy na mecie.

Zmarznięte mięśnie nie chciały pracować, ledwo zginałem kolana. Reszta również nie miała się najlepiej. Wiedziałem jednak, że jedyne co może pomóc, to ruch. Nie czekając aż reszta się ogarnie, powoli ruszyłem do przodu. Po dojściu do wioski doszedłem do wniosku, że w ten sposób nie dojdę. Wziąłem kartę od Bartka i powiedziałem, że pobiegnę na pk6, a oni mają iść prosto na Żmigród. To oznaczało, że mam jakieś 2km więcej niż oni. Słuchawki w uszy i zacząłem truchtać. Na początku wyglądało to strasznie, kolana i ścięgna protestowały. Jednak zmiana tempa, muzyka i wschodzące słońce pomogło. Zacząłem wymijać grupki ludzi, okazało się, że przed nami szedł cały wielki peleton. Patrzyli na mnie jak na zjawę, bo większość była w podobnym stanie co my i ostatnie o czym myśleli to bieganie. Na pk6 wpadłem niemal sprintem. Sędzia spisał, że byłem sam, ale teraz miałem to już gdzieś. I tak nie mieliśmy szans na dobrą lokatę. Zacząłem biec z powrotem do drogi. Okazało się, że moi właśnie minęli skrzyżowanie. O ile od wyjścia z wody mój nastrój się poprawił, o tyle ich spadł. Po chwili maszerowania z nimi postanowiłem pobiec na metę i tam na nich poczekać. Nie protestowali. Biegło mi się dobrze, czułem ten miły luz, który przychodzi, gdy już nic nie można skopać. Po drodze minąłem jeszcze sześć ekip.

Na mecie spotkałem fizyków z mojego wydziału. Mijaliśmy ich na trasie trzy razy, za każdym razem mając większą przewagę. Jednak przez przygodę z wodą to oni byli ostatecznie górą. Mimo to, dobry nastrój mnie nie opuszczał. Porozmawiałem z sędziami, zjadłem zupę i kiełbaskę z grilla, żartowałem z tymi, którzy wchodzili na metę. Moich wciąż nie było widać. doszli po około 45 minutach, najpierw chłopaki, na koniec Marek i Malwina. Odmeldowaliśmy się z czasem około 10h 30min. Nie najgorzej, patrząc na końcówkę. Nawet myśl, że sam zrobiłbym to prawdopodobnie poniżej 8h nie psuła mi nastroju. Startowaliśmy jako ekipa i skończyliśmy jako ekipa, nawet jeśli odrobinę podzielona. „Leśne Dziadki” miały więc powody, do świętowania.

A ja? A ja spakowałem się do auta i pojechałem pod Poznań, gdzie czekało mnie spotkanie z przyjaciółką, wesele i, jak się okazało, następna przygoda i nieprzespana noc.

P.s. w przyszłości postaram się wrzucić skan mapy i wyniki (mają być opublikowane do końca tego tygodnia).

Read Full Post »