Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2011

Kurcze, po tak intensywnym sezonie trudno mi znieść ten zastój. Zwłaszcza, że święta i ogólny młyn zminimalizowały moje treningi…

Po burzy na forum PMNO nastała cisza. Powiedziano już chyba wszystko co można było powiedzieć, teraz pozostaje czekać na decyzję tych, którzy decydują. Plany niby snuć można ale to trochę jak błądzenie we mgle. A do Ełckiej coraz bliżej! Chociaż tutaj akurat decyzję uzależniam od życia prywatnego. Tak czy owak, wstępna lista rajdów w głowie już jest – okrojona w stosunku do ostatniego sezonu, no ale cóż…

Za to do przodu idą decyzje w innej kwestii: Zimowy Rajd 360 stopni. Przebąkiwałem już kilka razy, że mam tam być, od jakiegoś czasu wiszę na liście startowej, dzisiaj poszło wpisowe… zapowiada się dużo emocji. Przede wszystkim, na chwilę obecną Polaków na liście jest tyle co Czechów. A nacji jest w sumie pięć. Na siedem zapisanych ekip. Międzynarodowa mieszanka, nie ma co. Tylko co ja tam robię…?

Na dokładkę zima w tym roku jest jak każdy widzi. Planowałem, że w obecnym okresie pośmigam trochę na biegówkach, a tu +8 stopni. Najczarniejszy scenariusz jaki widzę, to brak śniegu i błoto uniemożliwiające jazdę na rowerze. Da to 400km z buta na 2,5 doby. W dodatku większość trasu rower na grzbiecie (zamiennie z nartami)…brrr! To ja już wolę marznąć! No, ale trzymajmy kciuki, żeby jednak Natura nam pomogła na tym rajdzie. Bo jak nie ona, to kto?

Postępy są również jeżeli chodzi o „kwestię wizualną”, czyli ciuchy na przyszły sezon. Ale o tym już kiedy indziej…

 

Reklamy

Read Full Post »

-„No, zamknąłem sezon rajdowy”

-„Świetnie! Ile masz przerwy?”

-„Aaa, będzie ze trzy tygodnie…”

-„…”

Wyszło, że trochę dłużej, niż 3 tygodnie, bo Ełcka Zmarzlina jest dopiero za miesiąc. Czasu dużo i niedużo. Ale na przemyślenia, podsumowania i zmiany nastawienia wystarczyć musi.

Podsumowanie na szczęście jest krótkie. Rok temu myśląc o pucharze typowałem pierwszą piątkę, przy dużej dozie szczęścia pierwszą trójkę. Nie przewidziałem, że konkurencja może się zmienić tak bardzo w stosunku do sezonu 2010, ale na szczęście plan udało się zrealizować – czwarte miejsce w kategorii 50km i na dokładkę ósme w kategorii open cieszą i napawają dumą. Co ciekawe, jeśli chodzi o ilość imprez byliśmy z Edkiem bezkonkurencyjni – 15 startów punktowanych do pucharu. No, ale Edek zrobił większość setek, a ja „tylko pięćdziesiątek” ;). Poza pucharem też było ciekawie – przeżycie pierwszego dużego AR, trzecie miejsce na Konwalii, bardzo dobry start w Bochni w sztafecie i jeszcze lepszy na B7D. O Gezno czy Mini-Nocnej nie wspominając.

Oczywiście były też i gorsze momenty – kontuzja złapana na RDSie, skucha na wiosennym Tułaczu czy żołądkowe problemy na WSSie… i ostatnia wtopa na Funexie. Ale z perspektywy czasu widzę, że każdy z tych startów dał mi coś dobrego – czy to możliwość poznania nowych ludzi, czy też kubeł zimnej wody, który akurat był potrzebny.

Myślę, że jest też moment na podziękowania. Dla tych, z którymi dzieliłem Trasę , czyli w szczególności dla Uli, Janka i Marcina, a także dla Jacka, drugiego Jacka, drugiego Janka, Weroniki, Adama, Bartka, Leszka, drugiego Leszka, Szymona, Edka, Marcina, Wojtka… Kurcze ile was jest – liczę, że o nikim nie zapomniałem. A każde z was czegoś mnie nauczyło! Mam nadzieję, że wy wspominacie mnie równie dobrze, co ja was.

Drugą grupą są ludzie, którzy byli poza trasą. Ci, którzy zapewniali niesamowitą atmosferę w bazach rajdów (tu już nie pokuszę się o wymienianie,  mam nadzieję, że wybaczycie), organizatorzy – ci których poznałem osobiście i ci „anonimowi”, a w końcu ci którzy zwyczajnie we mnie wierzyli, nawet gdy ja przestawałem – rodzicom i Sylwii, a także Pawłowi, Agnieszce, Monice, Justynie, Kaśce i Paulinie.

Na końcu chciałbym Podziękować tym, których pominąłem wyżej, a bez których ten sezon nie był by dla mnie – czyli sponsorowi i wszystkim, z którymi mam okazję pracować. W szczególności zaś Asi, która forsowała moją sprawę, Hani, Danielowi i Markowi, którzy zdecydowali się mnie poprzeć i w końcu wszystkim tym, którzy pytali się, jak mi idzie i pukali w głowę słysząc, co robiłem w noc z soboty na niedzielę.

Wszystkim tym i tym, o których zapomniałem: Dziękuję.

Coś się kończy. Coś się zaczyna. Ale o tym już niedługo…

P.s. Jeszcze raz wymienię Szymona, który był autorem większości zdjęć na tym blogu – jakoś umknęło mi to wcześniej. Liczę, że zobaczymy się na niejednej imprezie.

P.p.s. Napisałem, że podsumowanie będzie krótkie? Cóż, wyszło jak zawsze…;)

Read Full Post »

Nocna Masakra 2011

Masakra. Po raz trzeci. Tak jak pisałem, pojechałem na luzie. dużym luzie. Na miejscu rozmowy z chłopakami, śmiechy, zakupy w biedronce… tak jakbyśmy nie mieli spędzić nocy w błotnistym lesie. I tak się w zasadzie czułem do samego startu. Ustaliliśmy z Jankiem, że biegniemy razem – on na luzie, bo Wojtek nie przyjechał, ja też na luzie, pomimo presji w postaci Bartka. Co będzie, to będzie, nawet nie wiadomo, czy utrzymam tempo Janka, ale chcę spróbować.

Ruszyliśmy od południa, odwrotnie niż Bartek. Pierwszy przelot to długi odcinek torów, jest nas sporo, wszyscy trzymają mocne tempo. W okolice punktu wpadamy jako jedni z pierwszych, ale nie namierzamy się poprawnie. Dalej idzie już lepiej. Janek skupia się na przelotach, ja kontroluję wejścia na punkty. Idzie praktycznie bezbłędnie, a nawet jak pojawiają się błędy, to niegroźne. Powoli oddalamy się od pozostałych zawodników. Udaje mi się namówić Janka na ryzyko przeprawy przez kanał do pk3 – opłaciło się, był mostek. W okolicach punktu spotykamy ludzi z przeciwnej strony – mam nad nimi kilka kilometrów przewagi. Pojawia się presja – „może się uda?”. Mimo to dalej lecimy na spokojnie. Długi asfaltowy przelot do pk10 trochę mnie wykańcza, ale dolatujemy z Jankiem do samego punktu, znowu biorę lampion „na nos”.

Przychodzi moment decyzji – pk8 jest na północy, ale najprostsza droga jest przez rzekę. Janek kategorycznie odmawia przeprawiania się, chce lecieć dookoła. Ja nie mam sił na kolejny długi przelot asfaltem, poza tym, chcę zaryzykować i odjąć kila minut, jeśli się uda. Rozdzielamy się. Ja wchodzę na bagna, znajduję suche dojście do samej rzeki. Okazuje się, że ma dobre 10m szerokości. W głowie odzywa się głosik „bądź jak Więcek, przepłyń!”. Zaraz po nim odzywa się inny głos „bez szans – nawet jak przepłyniesz, to zamarzniesz po wyjściu”. Niezła schiza, nie ma co. Głosy w głowie gdy chcesz wskoczyć do rzeki. Dostrzegam kłodę, niestety, dopiero od połowy rzeki – przynajmniej będę miał asekurację. Prawie się decyduję, ale nagle chcę sprawdzić, czy nie ma obok innej kłody. Robię kilka kroków i… jest! piękna solidna, bez gałęzi. Tylko trochę za nisko, siedząc okrakiem mam stopy w wodzie. No, ale w porównaniu z kąpielą… Później dowiedziałem się, że Bartek lecąc od północy jednak pływał.

Morale poszły ostro w górę, pomimo rozdzielenia z Jankiem. Zaczynam spotykać piechurów z przeciwnej strony. Ostrzegają przed pk8, ponoć jest trudny. No nic, będę uważał. Uważam, uważam… i zaczyna się coś, co określiłem później słowami Wojtka Wanata – „rzeźbienie w gównie”. Docieram w okolice punktu, po drodze znowu przeprawiając się po kłodzie. Namierzam się od drogi, biegnę, mijam piechurów z naprzeciwka – „do końca” słyszę. niestety, biegnę, rozglądam się, kontroluję odległość… i nic. Dobiega w końcu do strumienia który przechodziłem po kłodzie, tu znowu spotykam ludzi. „200m do tyłu, koło ścieżki”. No to biorę namiar od strumienia, atakuję i… znowu nic. Zaczyna się irytacja. Biegam w tą i z powrotem, próbuje po poziomicach, próbuję ze skraju jeziora… Dobiega do mnie Janek. Zmienia się niewiele, poza tym, że mam komu się żalić, że nie idzie. Doganiają nas kolejni dwaj zawodnicy, teraz czeszemy już w czwórkę. Irytacja sięga szczytu. W końcu decydujemy się na telefon do Vigora, ale niewiele to zmienia. W końcu któryś z chłopaków krzyczy „Mam!” podbijamy, wpisuję czas – dokładnie 2h od ostatniego punktu. Mam dość. Lecimy z Jankiem do torów, chłopaki wybierają inny wariant. Wychodzi na nasze, ale doganiają nas na drodze. Ostatecznie biegniemy we czterech. Czuję, że wszyscy są mocniejsi ode mnie, ale mimo moich sugestii nie zostawiają mnie. następny punkt wchodzi bez problemu. Już tylko jeden… Coraz gorzej się czuję, czasami przechodzę do marszu, ciągnę się na ogonie. Za moją sugestią szukamy przecinki, nie wychodzi i tracimy trochę czasu. Odkuwam sobie przy wejściu na sam punktu, każąc się cofnąć. Teraz już tylko przelot do mety. Jest szybko, dyszymy jak parowozy, ale teraz liczy się już tylko dotrzeć do bazy… Po drodze jeszcze pomagamy chłopakowi z trasy łączonej i bawimy się z psem w centrum miasta. W końcu wpadamy na Metę, gdzie czeka już na nas Bartek z teamowym kolegą. cóż, 4 osoby na trzecim miejscu. I czwarta lokata w pucharze dla mnie.

Mimo irytacji po pk8 czuję zadowolenie. To była najlepsza masakra w moim wykonaniu i jeden z lepszych startów jakie miałem kiedykolwiek. W dużej mierze była to zasługa Janka, sporo dołożył też ktoś jeszcze… poczułem, że zrobiłem wszystko co się dało. I poczułem wielką frajdę z tego sezonu. Rozmowy, prysznic, znowu trochę rozmów… no i na trasę. Wyjeżdżając widzę wbiegającego Edka Fudro. Innych zawodników mijam jeszcze przez długi odcinek w stronę Gorzowa. Kurcze, jak to jest wszystko daleko!

Na deser dostałem jeszcze odrobinę nawigacji przez lasy – przed Skwierzyną był zablokowany ruch, trzeba czekać 2h, zanim będzie przejazd. Decyduję się objechać jakieś 40km, ale po chwili dostrzegam wjazd do lasu. Niewiele myśląc skręcam i znowu przebijam się przez lasy. udaje się, objeżdżam zator dokładając tylko kilka kilometrów. Widać błądzenie przy pk8 wyczerpało limit na tą noc.

do zobaczenia w przyszłym sezonie!

 

Read Full Post »

Noc przed „Nocną”…

Wyluzowany. Odrobinę osłabiony, odrobinę niedospany, zakręcony ciężkim tygodniem… jak to jest, że w firmie największy młyn jest zawsze przed moim zawodami? A może zwyczajnie zawsze jest młyn?… W każdym razie dawno nie byłem tak spokojny przed zawodami. Chyba udało mi się zmienić spojrzenie po funexie – nastawiam się w pierwszej kolejności na dobrą zabawę. Tym bardziej żałuję, że nie będzie kilku osób, które chciałem zobaczyć – liczę, że będzie jeszcze okazja.

Poprzednie Masakry wspominam jako trudne zawody. Bardzo trudne zawody. Dwa lata temu Daniel ściągał mnie z lasu na 90tym kilometrze. Rok temu zmieniłem dystans i udało się dotrzeć do mety (poznając przy okazji niesamowitych ludzi). Ale i wtedy zajęło nam to ponad 12h… Liczę, że teraz będzie inaczej. Pogoda z jednej strony lepsza, bo nie ma ani mrozów, ani śniegów, a z drugiej gorsza, bo będzie błoto. Prawdopodobnie dużo błota. Odrobię za nieobecność na jesiennym Harpie.

Będzie jak będzie. A jak będzie, to zapewne opiszę niebawem.

Read Full Post »

Jeśli dobrze liczę, to była to szósta edycja. W moim wykonaniu trzecia. Byłem już pod Oleśnicą, rok temu marzłem na Wieżycy. Tym razem przyszedł czas na Wały Śląskie.

Pierwszy raz miałem zawody tak bardzo pod nosem. Ma to oczywiście zalety, ale, jak się okazało, potrafi narobić sporego zamieszania. Na godzinę przed rozpoczęciem padały w domu teksty typu „a gdzie w zasadzie jest mój rower?” albo „hymm… przecież ja nie mam mapnika!”. Jakoś tak to jest, że jak człowiek jedzie na drugi koniec Polski, to ma szansę się przełączyć na tryb „zawody”. A tu – bum, leżysz na kanapie – bum i jesteś na deszczu czekając na start.

No właśnie, deszcz. Jakoś tak, organizator rzucił hasło, że o błoto będzie trudno. Tymczasem już jadąc do bazy rajdu załapałem się na pierwsze krople. Mimo to dalej nastawiałem się na przyjemną wycieczkę, nie myśląc o tym, co może się dziać w lesie. Morale poszło w górę tym bardziej, że w bazie spotkałem Jacka i ustaliliśmy, że jedziemy razem na rower, a później się zobaczy. W międzyczasie zdążyłem zgubić kartę startową – osobisty rekord, nawet jak na tą imprezę.

Rower nie jest moją specjalnością. Jacka podobno też nie. Ale mimo to jakoś nam szło. Ja miałem w głowie ogólny zarys okolicy, on miał mapnik i smykałkę do nawigacji. Tempo mieliśmy za wolne na ściganie się, ale i za szybkie na rekreację – ot, takie treningowe. zaliczyliśmy lekką wtopę na pk3, ale i tak dookoła ciągle pojawiali się jacyś ludzie. Nie tylko na rowerach (najszybsi biegacze mieli tempo porównywalne z naszym). Dopiero w okolicach pk4 zrobiło się puściej. Wyjechaliśmy na asfalt, kilometry zaczęły uciekać szybciej. Rościsławice, Wielka Lipa, Bagno… wszystko to znam i gdzieś kiedyś przejechałem. No, poza dziedzińcem klasztoru w Bagnie – nigdy nie miałem okazji zajrzeć do środka. Ale tuż po wyjechaniu z Bagna czekała mnie nielicha niespodzianka…

Przyznaję, nie wiedziałem, czym jest grodzisko. Na mapie punkt wyglądał łatwo. zmierzyliśmy, zeszliśmy z rowerów i czeszemy las. I nic. Jacek dotarł do skrzyżowania, upewnił się, gdzie jesteśmy i ponawiamy atak. I znowu nic. Dookoła pojawiają się inni zawodnicy. Też czeszą. W końcu ktoś krzyczy, że „ma”. Biegnę za głosami i wchodzę przez kamienny most na średniowieczne miejsce kultu. Noc, padający deszcz, środek lasu… atmosfera nie do podrobienia, nawet kręcący się dookoła rowerzyści nie są w stanie tego zepsuć. A ja nie miałem pojęcia, że coś takiego tu jest!

Jedziemy dalej, już bez większych przeszkód. Coraz bardziej cieszę się, że nie zdjąłem tylnego błotnika. I coraz bardziej żałuję, że siostra połamała mi przedni. W efekcie na dwa punkty przed końcem dostaję błotem po oczach i zaczynam jeździć zygzakiem. Na szczęście nie gubię soczewek. Docieramy do ostatniego punktu, gdy Jacek orientuje się, że zgubił kartę. Rozdzielamy się, ja gonię sporą grupę rowerzystów. Muszę się hamować, żeby nie dawać z siebie wszystkiego. Wpadam do bazy prawie 3h od startu. No nieźle, połowa limitu wykorzystana… Zrzucam kurtkę i wybiegam, większość uczestników patrzy jak na wariata – chyba nie zakładali, że będę robił jeszcze drugą trasę.

Pierwsze punkty wchodzą bez problemów. nie przeszkadza nawet konieczność zmieniania map (bo każdy uczestnik miał dwie). Mijam zawodników, którzy robili pętlę w drugą stronę i właśnie kończą. Wyjątkiem jest kilku chłopaków, których spotykam po pk4. Mówią, że też idą na pk5, ale nie do końca wiedzą gdzie są. Po ponad 3h? No, ale wyglądali, jakby się dobrze bawili, a to przecież najważniejsze. Jacek mówi, że widział ich między pk7 i pk8. Ja tymczasem zaliczam wpadkę na pk6 – uparcie szukam nieprzebieżnego lasu. Cóż, organizator uprzedzał, że mapa nie jest super aktualna… Dalej idzie znowu ok, aż do pk9. Sam punkt odnajduję bez problemu, z wyjściem z niego również problemu nie było. Tylko… zapomniałem, że mam jeszcze raz skręcić w lewo. No i tak sobie pobiegłem… szukam, szukam, gdzie ten dąb i pk10? Nawrotka, mierzę dystans na mapie i sprawdzam na garminie… no nie ma! Bo oczywiście być nie może… Dzwonię do orga, prosi, żebym podał moje współrzędne. Szybko odkrywa, jaki zrobiłem błąd. Widać udało mi się przysnąć na trasie, która nie trwa więcej niż jedną dobę. Zbieram się do kupy i wracam na właściwą przecinkę. Kasuję w biegu ostatnie 3 punkty i pędzę na metę. W sumie zegarek pokazuje 5h19min i około 56km. Daje to, podobnie jak w zeszłym roku, czwarte miejsce na trasie mieszanej.

Pomimo błota, pomimo deszczu, impreza była dla mnie wielką przyjemnością. Dużą zasługę miała w tym ekipa organizatorów, radosna, niemal świąteczna atmosfera w bazie i fakt, że zwiedzałem znajome rejony. Rano dowiedziałem się od rodziny, że byli nawet rowerzyści, którzy zastukali do naszego domu pytając o drogę. Jednak starty na własnym podwórku to jest to!

 

Read Full Post »

Nie, nie moja. Ja, pomimo zbesztania przez Panią Kierowniczkę, tym razem relacji nie popełnię. Bo nie, taki mam kaprys. O!

Za to uśmiech nie schodził mi z ust, jak czytałem relację. Zdecydowanie polecam. Miłej lektury 🙂

 

A na marginesie dodam, że pierwszy start w przyszłym sezonie został wpisany w kalendarz. Z przytupem. Z rozmachem. I znowu za sprawą Magdy. Szczegóły niebawem.

Read Full Post »