Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

Z lekkim opóźnieniem, ale w końcu jest:

http://www.Iroman.pl

Do zobaczenia!

Read Full Post »

Banał. A jednak bardzo na miejscu. Gdy ponad 2 lata temu zakładałem tego bloga, nie przyszło by mi na myśl, że nabierze on takich kształtów. Mogę szczerze powiedzieć, że jestem z niego dumny  Od początku jego istnienia zaliczył ponad 13000 odświeżeń i ponad 200 komentarzy. Ten wpis zaś, jest wpisem nr. 80. Ci, którzy zaglądają tu od czasu do czasu wiedzą, że blog traktuje głównie o pieszych maratonach na orientację. Okazyjnie trafiały się też relacje z innych imprez, czasami jakieś przemyślenia, nie zawsze poważne… I z tym wszystkim przychodzi mi się dzisiaj pożegnać.

Od jakiegoś czasu pojawiały się mało jasne i krótkie informacje na temat „projektu”. W końcu, choć może nie było tego widać, po wielu staraniach, projekt ruszył. Oficjalnie tydzień temu, w mojej głowie dużo wcześniej. Ma on trwać do lipca 2014 roku, a w przypadku sukcesu jeszcze trochę dłużej. Cel – mistrzostwo europy w triatlonie na dystansie IronMan. Ale o projekcie poczytacie już w innym miejscu. Istotne jest, że, przynajmniej obecnie wyklucza on starty w zawodach takich, jak dotychczas. I tu kończy się historia. Pożegnanie, niezbyt szczęśliwe sportowo, za to w przyjemnej atmosferze miało miejsce na Rajdzie Konwalii ( na marginesie – wychodzi na to, że jestem jedynym, który wystartował na wszystkich trzech edycjach trasy extreme). Na relację zapraszam w swoim czasie tu, a liczę że i tu coś się w tej kwestii pojawi. Ja, szczerze powiedziawszy, mogę tylko napisać, że materace na sali gimnastycznej były bardzo wygodne.

Czy to znaczy, że blog umiera? Nie do końca. pozostaje owe 80. wpisów, głównie z moimi doświadczeniami z rajdowania. Liczę, że komuś się to przyda. Chciałbym również wrócić do pisania tutaj, jeśli tylko wrócę, choć na moment, do rajdów. Nie mówię „do widzenia”. Wszak nie znikam, zmieniam tylko adres. Strona internetowa, z przyczyn technicznych jeszcze nie ruszyła, ale obiecuję ścignąć kogo trzeba i do końca sierpnia ruszyć już na całego. Mówię więc „dzięki”. Za te dwa lata z hakiem.

A na koniec jeszcze dwie ciekawostki:

1) nie każdy (a może nawet nikt) wie, że blog posiada motto (to to na górze, nad grafiką). Dla mnie osobiście utwór w wykonaniu Huntera stał się hymnem tego bloga. Towarzyszył mi on również na niejednej trasie.

2) Jakiś czas temu otrzymałem od mojej lubej taką oto pracę. Przyznam szczerze, że o ile nie podobam się sam sobie w tym ujęciu, tak do obrazu przywiązałem się już bardzo. Dla porównania wzór:

Read Full Post »

Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda… Niestety przeprowadzka okazała się tematem trudniejszym niż myślałem i ten na przykład internet zawitał na nową kwaterę dopiero dzisiaj – a i to po wielkich bojach z moją awersją do sieci. Przepraszam więc za ostatnią ciszę w sieci.

Obiecanej relacji z Mazovii 12h niestety nie zamieszczę – zwyczajnie nie miałem kiedy jej napisać. Powiem więc tylko w skrócie: Mazovia 1:0 Irek. Totalny żółtodziób dostał ostrą szkołę i wyciągnął wnioski. Runda druga już w sobotę, na Mazovii 24h. Mocno wierzę, że będzie lepiej, zwłaszcza, że okres między tymi startami przyniósł naprawdę sporo kilometrów w siodle.

I jeszcze powrót do tematu który gdzieś tam pojawił się jeszcze w czerwcu – projekt, roboczo nazwany „IROman” rusza już od sierpnia. Sponsor potwierdził budżet, plan w miarę ułożony, dogrywam ostatnie formalności… będzie się działo! Szczegóły (odpukać) niebawem.

Read Full Post »

Niestety, w związku z przeprowadzką wpis o Mazovi się opóźni… miłego dnia

Read Full Post »

Już za tydzień poczytacie, jak Irek Pojechał do Warszawy i co z tego wynikło. Dlaczego dwa kółka są lepsze, a dlaczego gorsze od dwóch nóg? I co robi z człowiekiem wczesno-letnie Polski słońce w ciągu dwunastu godzin? Czy był pot, czy były łzy i czy polała się krew? O tym wszystkim już niebawem, w relacji z Mazovia 12h

A tymczasem wszystkiego najlepszego z okazji pierwszego dnia lata. Oby słońce nie spadło nam na głowy!

Read Full Post »

Jak pisałem ostatnio, Tułacze dzieliłem dotychczas na te udane (jesienne) i te, które określałem jako sromotna porażka (czyli edycja wiosenna). Jak się okazało zależność sprawdziła się i tym razem, ponieważ Wakacyjny Tułacz poszedł… średnio.

Jednak (!) na samym wstępie chcę powiedzieć, że z imprezy cieszę się niezmiernie, nawet jeśli wynik sportowy okazał się marny. Po sporym kryzysie w maju, poczułem w końcu efekty czerwcowych treningów. Nie miałem kryzysów jako takich, nawet dołożenie dodatkowych kilometrów (obstawiam, że w moim wykonaniu trasa miała około 65km) nie zrobiło na mnie wrażenia. Ba, nawet skwar i odwodnienie, tak bardzo dokuczające mi ostatnimi czasy, tym razem po prostu były (sikanie na brązowo – niesmaczne, ale prawdziwe). Więc co poszło nie tak?

W zasadzie to sam nie wiem. Może było trochę za dużo radości z imprezy? Już w drodze na pierwszy punkt dwa razy wyleciałem z planowanego wariantu, ale nie  zrobiło to na mnie wrażenia. Później ogólne założenie (dokładaj kilometrów, ułatwiaj nawigację) zaczęło zdawać egzamin. Kolejne punkty wchodziły nie za szybko, ale całkiem pewnie. asfaltowy przelot do Gdyni, a następnie na pk5 bardzo mi się spodobał (chociaż tutaj akurat strzeliłem pierwszego stowarzysza),

jeszcze bardziej podobał mi się asfaltowy odwrót w stronę Gdyni i droga na PK6. No dobra, może nie podobał, ale był bardzo zachowawczy. I nie skończyłem na przesłuchaniu wojskowych, jak (wedle plotek) niektórzy…

Później też jakoś to szło. W drodze na PK8 pomogli zawodnicy z naprzeciwka (trasa 25 i 30km), do PK10 był przyjemny przelot krętym duktem przez las, a potem… A potem wyleciałem w kosmos (dlaczego to stwierdzenie tak często gości w moich relacjach?). Nie wiem, jak to się stało. Znaczy wiem, jak zawsze, w momencie gdy przestało grać, powiedziałem sobie „jakoś to będzie” i szedłem dalej na ślepo. Żeby było ciekawiej, po drodze minąłem nawet jakiś lampion, ale skołatany umysł podpowiedział tylko „stowarzysz” i poszedłem dalej…

obudziłem się tutaj:

Prawda, że pięknie? taka okrągła dziura porośnięta zieloną trawą. Usiadłem i wydumałem, że to musi być to. Podjąłem decyzję, że nie wracam po PK11 – czas zaczynał gonić, a ja na godzinnym błądzeniu wypiłem większość tego, co chlupotało w bukłaku. Pozostaje jeszcze dodać, że znalazłem nowy, niekonwencjonalny sposób na odnalezienie się w takim totalnym zagubieniu. Otóż doszedłem do wniosku, że idąc wąwozami wzdłuż największych mokradeł (przy obecnej temperaturze oznaczało to choćby i śladowe ilości wody) dojdę w końcu do któregoś z jezior. Skuteczność metody, na podstawie powyższej mapki, oceńcie sami.

Jak już się w końcu wróciło z podróży w kosmosie, należało biec dalej. zwłaszcza, że PK12 leżał nad jeziorem, gdzie będzie coś do picia. Niezrażony niezgadzającą się drożnią i na wpół wyschniętymi mokradłami dotarłem w końcu nad brzeg jeziora… które okazało się z tej strony bagnem. No nic, jak złapię punkt, spróbuję od zachodu. Tak też się stało, szybki zbieg do brzegu i… taaak, nie ma to jak mętna, śmierdząca woda z jeziora. wypiłem z pół litra dochodząc do wniosku, że wolę rozstrój żołądka, niż sushi które mam w ustach. Na moje szczęście obyło się bez rozstroju.

sprawdzony wariant z omijaniem przewyższeń i dokładaniem drogi doprowadził mnie do PK13, gdzie spotkałem Konrada. wymiana uwag i każdy rusza swoją drogą, by znowu spotkać się w okolicy PK14 i… wspólnie wylecieć w kosmos (wybaczcie monotematyczność). Z opresji ratuje nas… rowerzysta który okazuje się swojakiem. wyprowadza nas z opresji, częstuje rozmową o Harpaganie i na moje żebranie obdarowuje dwoma butelkami wody. Tylko dlaczego, kurcze, nie zapamiętałem imienia…? Tak więc, anonimowemu wybawicielowi „dziękuję”.

razem z Konradem zaliczamy więc PK14, a następnie robimy przelot do PK15 gdzie… nie, nie wylatujemy w kosmos. Za to nie widzimy punktu. Widzimy wprawdzie stowarzysza, którego podbijają dwaj inni zawodnicy, ale tego co chcemy, nie ma. W końcu decydujemy się na BPK, co kosztuje nas na mecie 120pk karnych… No nic, bywa. Lecimy dalej, tym razem w towarzystwie chłopaków na crossach. Ostry zbieg w dół, następnie wspinaczka w górę wykańcza Konrada. Gdy docieramy do PK16, oświadcza mi, że odpuszcza 17stkę. Sam decyduję się lecieć całość, wychodzi mi, że nawet przy mizernym tempie które mam w tej chwili powinno się udać bez większych problemów. Mimo to przyspieszam i punkt podbijam po 17 minutach. W pewnym momencie dzwonię do Asi (patrz *) i nakręcam się. PK18 i PK19 to majstersztyk – dwa wzgórza po przeciwnej stronie rzeki. Docieram do głównej drogi i włączam muzykę. Lecę jak nowo narodzony, u podnóża górki spotykam Konrada, który mówi, że niezła wyrypa. Nakręcam się jeszcze bardziej i niemal biegiem forsuję zbocze. ze łzami w oczach podbijam punkt i gnam na dół. Po lekkich problemach przebijam się przez zabudowania i kolejne zbocze, które również zdobywam ostrym tempem. Tuż przed lampionem doganiam Konrada. Podbijam, lecę, byle szybciej. Nakręcony myślę tylko o tym, żeby skończyć w minimalnym czasie, na jaki mnie teraz stać. Dobiegam do PK20, ostatniego. Coś mi nie pasuje, ale stwierdzam, że za blisko właściwego miejsca na stowarzysza. Podbijam, ostry zryw i w padam na metę równo z Marcinem Hippnerem – około godzinę przed limitem.

Później okazało się, że moja końcowa szarża miała średni efekt – zarówno PK19 jak i PK20 podbiłem błędnie. Mimo to jestem z niej bardzo zadowolony. BPK na PK15 nie został nam uznany, ale nie mam zamiaru się o to sprzeczać – zaufam sędziom, że faktycznie tam był. Mimo to jestem z siebie dumny – na taką ilość punktów, wtop nie było zbyt dużo. Trasę na czysto zaliczyło 5 osób. Ja wylądowałem na dalekim 20. miejscu.

* Jakoś pominąłem to w trakcie pisania, ale podczas całego rajdu wspierała mnie moja Asia. Ona również pożyczyła mi MP3 z muzyką, która napędzała mnie na koniec. Dziękuję Asiu :*

I jeszcze na koniec Oświadczenie:

Przy okazji poprzedniego Tułacza, podobno, obsmarowałem Edwarda Fudro. Niniejszym chcę zapewnić, że Wymienionego wyżej Pana bardzo szanuję i podziwiam i z wielką radością dostaję od niego bęcki. Tylko dlaczego, skubany, znowu wygrał? 😛
Pozdrowienia Edek (mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądasz) 😉

P.s. Wybacz zdrobnienie – nie mogłem się powstrzymać.

Wzorcówka ze strony organizatora.

Read Full Post »

Że blog umiera. Dawno już nie było tak długiej przerwy. A przecież nie jest tak, że nie dzieje się nic. Bo dzieje się dużo. Mam nadzieję, że już w piątek będę mógł powiedzieć coś więcej.
Tak, jestem tajemniczy… 😉

A tymczasem – idzie Wakacyjny Tułacz. Brałem już udział w edycjach jesiennych i jednej wiosennej – ta ostatnia nie przyniosła mi szczęścia, pozostałe wręcz przeciwnie.  Zobaczymy, jak będzie tym razem. A niezależnie od tego, będzie to dla mnie ważny start – ale o tym już opiszę więcej przy relacji. Tak więc – do zobaczenia w przyszłym tygodniu!

A na koniec fotka wygrzebana w ramach sprzątania archiwum. Na uwagę zasługuje postać na drugim planie, czyli nie kto inny jak Jacek Wieszaczewski. W momencie robienia zdjęcia postać całkowicie dla mnie nie znana, a tu proszę – już wtedy pozował ze mną do zdjęcia 😉

A dlaczego Skorpion? Nie mam pojęcia, ale spodobało mi się to zdjęcie 😛

Read Full Post »

Na wstępie przepraszam wszystkich zniecierpliwionych – weekend nie okazał się najlepszym momentem do pisania. Kto dotrzymał do tego momentu, może wreszcie zaspokoić ciekawość 😉

Na trasę ruszyłem o 19.30. Tuż przed startem dowiedziałem się, że jest już pierwsza osoba na pk1. Podobno gość leci na lekko, rzeczy wiezie mu obok kolega na rowerze (?!). Mimo to staram się nie rwać do przodu. Do punktu droga daleka, świeci słońce, jest ciepło… leci się dobrze, lekko, dookoła piękne pola. Nawigacyjnie raczej bez problemu, z rzadka mijam piechurów. Na punkt wpadam o 20.30, zastając tam całkiem sporą grupkę ludzi. Dwóch z nich leci za mną i w trójkę zaliczamy lekkie zagubienie na leśnej drodze – w efekcie dwukrotnie mijamy sporą grupę piechurów, którzy uśmiechają się na to pod nosem. Jeden z chłopaków zaczyna zostawać z tyłu, aż w końcu całkowicie się odłącza. Drugi, zdobywca korony maratonów, biegnie wytrwale, ale słyszę, że sapie jak lokomotywa – cóż, myślę, niektórzy tak po prostu mają. Mijamy kolejnych zawodników, robi się ciemno. Na długim asfaltowym przebiegu kolega jednak stwierdza, że tempo za ostre dla niego i podłącza się pod maszerującą grupę. Ja lecę dalej swoim tempem. W międzyczasie kontakt z Pawłem i Asią oraz, o dziwo, Ciocią Asią. Mijam kolejnych zawodników, między innymi chłopaka z supportem (też maszeruje) i, trochę niepewnie wpadam na punkt tuż za innym zawodnikiem – jesteśmy jako pierwsi. Lecimy kawałek we dwóch, on marszobiegiem, ja staram się jednolitym tempem. Przeszliśmy już na drugą część mapy, co jest dobrym bodźcem dla psychiki – spory kawałek za nami. Znowu lekkie zawahanie nawigacyjne, nie skupiam się na dystansie i dokładam na szukanie jakieś 300m. mimo to po chwili wyprzedzam kolegę z pk2 (Dawid Tkacz) i sprawnie dobiegam do trójki. Nie biegnie się już tak lekko jak na początku, ale nie jest źle, a spory kawałek już za mną.

I tak lecą kolejne kilometry. Od czasu do czasu kontakt z Pawłem i Asią (która mimo późnej pory dotrzymywała mi towarzystwa), raz z muzyką z telefonu, innym razem w ciszy. Czasami mijają mnie organizatorzy jadący na następny punkt, czasami czuję się sam na świecie… na horyzoncie szaleje burza, ale tu, gdzie jestem, powietrze jest lepkie, ciężkie i pełne owadów, które co jakiś czas połykam. Przez większość trasy mówię o powietrzu jako o kisielu. Mimo to bez większych problemów docieram do pk4, a następnie, po lekkim kryzysie, do pk5. Tu robi się lekkie zamieszanie nawigacyjne, chłopak na punkcie mówi, że wiadukt (biegnę starym nasypem kolejowym), jest zerwany, ale założyli taśmy, żebym go ominął. Ogólnie „torami” mam biec aż do miasta, gdzie jest przepak. A „tory” miejscami są kompletnie zachaszczone, miejscami rozjechane spychaczami. mimo to jestem z siebie dumny, tempo jest dobre, a raczej nikt za mną nie biegnie w tym terenie szybciej. Nie przeszkadzają nawet szramy na łydkach, pokrzywy i kolejna porcja połkniętych owadów. W końcu docieram do miasta, gdzie z trudem (oraz delikatną pomocą) odnajduję przepak. Od połykania owadów jest mi niedobrze, powietrze cały czas ma status „kisiel”. Cały się lepię, jest mi gorąco i nie myśląc odtrącam bluzę, którą podaje mi Paweł na następny etap. Łapczywie piję gorącą herbatę, żeby spłukać owady. Tuż przed wyjściem dowiaduję się, że ktoś leci asfaltem równolegle do torów, co strasznie mnie demotywuje – byłem taki dumny z tego odcinka, a tu proszę, takie coś. Szybko zabieram się z powrotem na trasę, chociaż po postoju nogi są zdecydowanie cięższe. Licznik pokazuje już 56km, a organizator potwierdza mi, że cała trasa ma około 102km. W mieście mijam trójkę biegaczy, Paweł telefonicznie uspokaja, że wystartowali 50min przede mną, a w bazie jedzą posiłek.

Tempo robi się kiepskie, coraz więcej maszeruję, coraz mniej biegnę. robi się zimno, klnę, że jednak nie zabrałem bluzy. Gubię się przy stawach, o których mówi opisówka, nie widzę żadnego strumienia. Droga którą idę, już zarośnięta, kończy się zupełnie. Przeskakuję przez jakiś drut kolczasty i łapie mnie skurcz w udzie. siadam, żeby go rozciągnąć, zamykam oczy i tkwię w takiej pozycji kilka minut na skraju przytomności. Niedobrze… w końcu wstaję i postanawiam uderzać na azymut, zwłaszcza że widzę światła tam, gdzie powinna być wioska. Gdy przebijam się w końcu przez pola, okazuje się, że to jakieś wielkie gospodarstwo, pewnie PGR, i trzeba je obejść. Zaczyna świtać. Trafiam na drogę do wioski, przebiegam na kolejne pola, biegnę… i znowu się gubię. Noż… wyciągam NRCtę, owijam się i kładę na drodze. Przekimam najgorszy moment, kiedy świta, to będzie mi lepiej…

Po około pół godziny budzi mnie telefon od Pawła oraz zbliżający się zawodnicy. Podczepiam się pod nich, to ci którzy mijali mnie w mieście. Od Marcina dostaję kurtkę, w biegu szybko się w niej rozgrzewam, za to później lecę z kurtką i NRCtą pod pachą. Mimo zagubienia tempo w czwórkę jest zdecydowanie lepsze. Spadamy przez pole do wioski,  sprawdzamy nazwę ulicy (zadanie specjalne), i lecimy dalej – raz marszem, raz biegiem. Kilometry lecą, nie za szybko, ale też nie tak źle. Chłopaki wiedzą, że mam nad nimi przewagę, mówią, że wygram… aż w końcu Marcin, a następnie Dawid się urywają. Jakoś nie mam sił ich gonić, kalkuluję ile mogę do nich tracić, i przechodzę do mocniejszego marszobiegu. Kolega (przepraszam, ale imię mi wyleciało, a na liście wyników niestety nie mogę odnaleźć), zostaje w tyle, a tych z przodu nie widać. Zbiegam do wioski, gdzie zaliczam punkt bonusowy jako… pierwszy. Cóż, pewnie go minęli, żeby nie tracić czasu. Biegnę do kolejnej miejscowości, napotkany miejscowy mówi, że nikogo nie widział. konsternację przerywa mi ulewa, przed którą chowam się pod dachem jednego z domów. W międzyczasie dogania mnie ów czwarty kolega i z nim maszeruję do pk 8. Idzie to opornie, nie mam już woli walki, chcę tylko dojść do mety, już przecież niedaleko, niecałe 20km. W końcu punkt, gdzie… jesteśmy pierwsi! Abstrakcja. Człowiek z obsługi punktu daje mi bluzę, co przy obecnej pogodzie (wiatr z padającym co jakiś czas deszczem) ratuje mi skórę. Do mety w teorii jakieś 14km, a my jesteśmy pierwsi. Na wzajem się motywujemy, chociaż jak patrzę na mapę, to wygląda to podejrzanie… po chwili mijają nas w biegu chłopaki, lecąc od „dupy strony”. mówią, że bardzo mocno wtopili, a patrząc na tempo chyba faktycznie sporo musieli dołożyć, bo gnają jak szaleni. Staramy się zachować spokój, kolega nawiguje, ja tylko rzucam okiem na mapę i potwierdzam skręt w pola. idziemy rozmawiamy i… NOŻ KUTWA JEGO MAĆ! Gdzieśmy wylądowali? Wystrzeliliśmy na wschód zamiast na północ. Dołożyliśmy niezły kawałek. wkurzony, zziębnięty, maszeruję asfaltem pod wiatr. zaczynam się telepać, próbuję podbiegać, ale nie idzie. kolega z trudem wlecze się kilkaset metrów za mną. Nie udaje mi się wrócić na trasę, mapa się nie zgadza, w końcu tnę pole na azymut. jest mokro, wietrznie, zimno. w końcu docieram do właściwej drogi przez pola, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Staję i dzwonię do Asi się wyżalić. Namawia mnie, żebym szedł dalej. Podnoszę się z ziemi i ruszam dalej przez pola, trzęsący, przeszyty zimnym wiatrem, z coraz bardziej obolałą nogą. Gdzieś w tych rejonach pada mi GPS, miałem coś poniżej 95km. czas nie jest zły, ale jestem totalnie wypruty z sił. W dodatku teraz widzę, że kilometrów jest duuużo więcej niż zapewniał organizator, nawet odejmując moje gubienie się. Mijam wioskę, wchodzę na jakąś ścieżkę i czuję, że znowu się gubię. Poddaję się. Wlokę się jakieś 2-3km na godzinę, do mety jeszcze kawał drogi, mam dość. Tak totalnie. Dzwonię po Pawła, żeby mnie zwiózł, w tym czasie sam wracam do ostatniej wioski. Siadam na skrzyżowaniu i zaczynam ryczeć. Jest mi niedobrze, zimno, wszystko mnie boli i mam cholernie dość. Obiecuję sobie, że to był ostatni raz. I że nie napiszę relacji. Dawno już nie miałem takich myśli, a tu wróciły z niesamowitą mocą. Gdy w końcu z trasy zwozi mnie Paweł, nic nie mówię i staram się powstrzymać łzy. Dawno nie czułem się tak do dupy…

Dzisiaj oczywiście emocje już opadły. W bazie dano mi herbaty, ogrzałem się, później przekimałem, a równo ze mną zwieziono kolegę który szedł za mną. W czasie, gdy spałem, na metę wpadli zwycięzcy (Marcin i Dawid). Przed wyjazdem dostałem nawet torbę z podarkami i medal (dalej nie mogę zrozumieć tradycji dawania medali za udział) i nie pozostało nic innego, jak wracać do domu…

Samą imprezę oceniam bardzo dobrze. Miłe (jak wspominałem, również dla oka) harcerki (no i oczywiście harcerze), dbali, by wszystko było najlepiej, jak się dało. Coś, co dla mnie było niedociągnięciami, dzisiaj odbieram jako turystyczny charakter imprezy. Nauczony, ze świadomością, co mnie czeka (bo właśnie tego zabrakło mi tym razem), postaram się przyjechać jeszcze raz za rok, tym razem już na całą trasę. Bo oczywiście słowa „ostatni raz”, po raz kolejny puszczam w niepamięć 😉

Zdjęcia  Iwona „Bobek” Błażków

Read Full Post »

Driving away from home…

Nie, nie wygrałem Harpagana. Nie musiałem.

Marcin rzucił się na trasę 100km i tym razem nie mieliśmy jak zgrać transportu. Ale nie miałem powodów do narzekań – towarzystwa dotrzymała mi moja Asia oraz Nika. 370km przez piękną, wiosenną Polskę, najpierw przy zachodzącym słońcu, później przy deszczowej i burzowej nocy. towarzyszyła nam jeszcze muzyka, między innymi ta podlinkowana wyżej. I dobrego nastroju nie zdołał nawet zepsuć kontakt z podstarzałymi weselnikami, nie do końca jadalne pierogi, czy w końcu wtopa nawigacyjna tuż przed metą.

Na miejsce dojechaliśmy w środku nocy i szybko znaleźliśmy sobie kawałek korytarza odgrodzonego taśmami – organizatorzy stwierdzili, że sklepik już się zwinął i możemy się rozłożyć, co bardzo nas robiło. Matrix puszczony na notebooku odrobinę utrudniał sen, ale przecież wolontariusze to też ludzie – muszą jakoś przetrwać tą noc. W efekcie nie wiem, ile przespałem, ile przeleżałem, ale rano obudziłem się w dobrym nastroju około 6.00

Mógłbym opisywać, ile pozytywnej energii otrzymałem od dziewczyn przed startem. mógłbym godzinami wracać w myślach do momentu, jak przed startem leżeliśmy przytuleni do siebie i jak ładowałem baterie. Ale słowa tego nie oddają. W końcu trzeba było wyjść na mokry poranek (prognoza mówiła o pięknym słońcu i wysokiej temperaturze). Przed wyjściem spotkałem Krasusa, idąc do strefy startowej wpadłem na Konwalie, tym razem w składzie ograniczonym do Marka i Władka.

Rozdanie map, rzut oka na pierwszy Pk, sygnał do startu i lecimy. Mocno. Czuję się naprawdę dobrze i jestem głodny rajdowania. Wiem, że będę cierpiał z powodu tego mocnego początku, ale mimo to lecę na czele peletonu. Konwalie coś się krzywią, że „znowu” czym oczywiście jeszcze bardziej mnie podjudzają. Przed pk równa się ze mną Piotrek na którym tempo wydaje się nie robić wrażenia. Pk1 podbijam jako pierwszy i niewiele myśląc zbiegam na bagna, gdzie… utykam. tak totalnie, padający deszcz zrobił swoje. Mimo to ogarnia mnie błogostan. Rajdy to narkotyk? Zdecydowanie na mojej twarzy było to widać, gdy zanurzyłem się po pas w błocie. Jeeezu, jak mi tego ostatnio brakowało. W końcu wychodzę i razem z Piotrkiem i Tomkiem Grabowskim próbuję bagien kawałek dalej. Wyglądało to tak: bagienko, strumień, bagno, bagno, rów, bagno, droga. No, ale w końcu przeszliśmy, może nie optymalnie, ale tak jak zaplanowałem. No dobra, nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy, więc jednak nie o to chodziło… lecimy przecinką do „drogi na skarpie”, która okazuje się… rzeczką. Cóż, kolejne zanurzenie, tym razem z czystym dnem, więc jest nawet przyjemnie i buty się czyszczą z błota. Chłopaki wprowadzają mnie na pk, podbijamy i lecimy. Sugeruję inny przelot niż oni, po chwili myślenia na skrzyżowaniu lecimy po mojemu. W drodze odłącza się Piotrek, chce lecieć swoim wariantem. Nawiguję ja, Tomek od czasu do czasu wyraża swoje zdanie. Lecimy do „skraju lasu”, takiego ładnego, równego, w dodatku leci wzdłuż niego droga… ale coś jest nie tak, za długo go nie ma. Wypadamy na polankę, spotykamy rowerzystów, pytają o pk. lecimy kawałek dalej, widać namiot i lampion. O co kurna kaman?… … … ups… to nie był skraj lasu, tylko łączenie map. No nic, mieliśmy farta i wyszło samo. Do pk4 przelot na pierwszy rzut oka skomplikowany, ale w efekcie na drogi wpadamy całkiem zgrabnie, tempo cały czas bardzo mocne. Prawie nie piję, wylewam picie z bukłaka, nic jeszcze nie zjadłem, a baterie trzymają. Dziwne, ale podoba mi się. Podbijamy pk4, Tomek ucieka za potrzebą, ja myślę nad mapą, w tym momencie lecą z naprzeciwka Konwalie – my tak prujemy, a oni są tak blisko, niedobrze… do pk5 tempo jeszcze rośnie, a ja wykonuję zaplanowany wariant… prawie do końca. Lekkie zawahanie przed punktem, ale w końcu między drzewami dostrzegam namiot. Na punkt wbiegam śpiewając „jestem zaje*isty”. Zegarek sugeruje abstrakcyjny czas <5h cóż, zobaczymy. Jak staję, jest już niefajnie, mięśnie są z kamienia. ale mimo to biegnę. Przecież nie damy się zjeść Konwaliom, prawda?

Mam wytartą mapę przy zgięciu, więc nie wiem, jak zrobić przelot. Tomek mówi, że na rzecze w miejscu o które pytam jest mostek. Super, nie będziemy pływać. Lecimy, ciut wolniej, ale lecimy. jedna rzeka, w lewo, druga rzeka… ups, mostku nie ma, jest tylko dojazd. Tomek nie myśląc dużo wskakuje do wody. Idę za nim wydając dźwięki które zdziwiły mnie samego. W końcu brakuje mi dna pod stopami, trzeba pływać. mam z tym problem, ale docieram do brzegu. Mam problem złapać oddech z szoku temperatur, mam masę wody w nerce i butach a na dokładkę zalałem mapę. Gdyby Tomek nie wszedł tak bezmyślnie stałbym tam i myślał 10min. A tak mamy to za sobą.

Od tej pory Tomek nawiguje, ja się trochę wyłączam. Podbijamy pk6, nie mam już ochoty się ścigać, utrzymuję tylko tempo, w końcu wyłączyły się baterie. Coraz częściej myślę o tym, że na mecie czekają dziewczyny, to pomaga. Trochę się kręcimy, Tomek chyba nie może się zdecydować na jeden wariant. Wpadamy na Konwalie, którzy lecą z przeciwnej strony i łączymy się w kupę. Ok, nie będzie ścigania, przynajmniej na razie. Mijamy wioskę, wpadamy na pola… patrzę na kompas i coś mi nie gra. W końcu odłączamy się z Tomkiem, ale wychodzi, że też lecimy źle. kręcenie się w kółko trwa, w końcu Tomek się odnajduje i wracamy w stronę pk. Niedobrze, spora wtopa. O 5h można zapomnieć. Na wyjściu z pk dzwoni Nika, mówię jej, że zepsuła mi śmierć, bo właśnie umierałem, oraz że będę za około 1h. nie nawiguję, trzymam się chłopaków. W pewnym momencie puszczam muzykę, zaczynam śpiewać. Lecę na oparach, na psychice a nie na nogach, w pewnym momencie to nawet ja dyktuję tempo. Niestety, do mety to nie wystarcza, odpadam a Tomek oddaje mi mapę. Dogania mnie Piotrek który kieruje mnie na właściwą drogę, a później Marek który odpadł kawałek przede mną. We dwóch turlamy się do mety i podbijamy karty w tej samej chwili, z czasem… no właśnie jakim?

Tuż przed metą Marek mówi mi, że zmieścimy się poniżej 6h. Coś mi nie pasuje, ale już nie umiem myśleć. Oddając kartę i patrząc na wydruk widzę 5:24. Co jest? No tak, Marek się pomylił. Tak więc poprawiłem życiówkę o 40min. A przynajmniej tak uparcie powtarzam. No bo przecież między 5:24 a 6:14 jest 40min prawda? No właśnie.

Na mecie czekały na mnie dziewczyny. Przytuliły, zaprowadziły za rączkę do budynku, porozciągały, wysłały pod prysznic… tak można umierać. Po prysznicu posiłek z Jankiem Lenczowskim który przyjechał testować nowy system śledzenia zawodników, i Tomkiem który przybiegł na metę 11min przede mną. Od wyjazdu z Wrocławia cały ten czas byłem szczęśliwy. Powodów do radości miałem dużo, od towarzystwa, przez dobry wynik, po świadomość, że przerwa dobrze mi zrobiła. I nie musiałem wygrywać Harpagana, żeby czuć się wygranym.

A po tym wszystkim było znowu 370km przez piękną Polskę i kolejna przygoda, która nie jest już tematem tego wpisu…

Zdjęcia Autorstwa Asi

Read Full Post »

Na komentarz Tomsona do poprzedniego wpisu chciałem odpowiedzieć komentarzem. Ale w trakcie pisania wyszło, że… nie mieszczę się tam. Tak więc pora na moje spojrzenie na „problem pięćdziesiątek”

Przykład 1)

Weźmy Pana „A” i Pana „B”. Ten pierwszy jest z siebie dumny – przebiegł już kilka maratonów, każdy z nich był dla niego wyzwaniem, za trzecim razem pobiegł słabiej niż za pierwszym, ale i tak był szczęśliwy, że dotarł do mety.
„B” na słowo maraton mówi że to nie dla niego, że nie ma jeszcze tyle powera. Na razie ogranicza się do półmaratonu. Przebiegł ich już kilka, powoli zbiera się w sobie, że może by jednak ten maraton pobiec, ale czuje, że jeszcze nie pora.
Możemy z dużą pewnością stwierdzić, że „A” jest mocniejszym zawodnikiem niż „B”.

Przykład 2)

Weźmy teraz Pana „X” oraz Pana „Y”. Pan „X” jest naprawdę mocnym zawodnikiem – wygrywa większość maratonów w których startuje. Pan „Y” też jest mocny – startuje w półmaratonach, również często wygrywa. Gdyby wystartował na maratonie z Panem „X” to raczej nie miałby szans, ale na swoim gruncie czuje się pewnie – czuje, że miałby duże szanse wygrać z nim półmaraton. Ale „X” nie lubi biegać półmaratonów, a „Y” nie czuje satysfakcji „kończąc” maraton, „ukończyć” to dla niego za mało.

Jak porównać takich zawodników?

 

Koniec przykładów.

I chociaż rzeczywistość jest dużo bardziej prozaiczna – zawodnicy z setek są naprawdę mocniejsi od tych z pięćdziesiątek (zdarza się, że na półmetku zwycięzca setki jest szybciej niż zwycięzca pięćdziesiątki na mecie), to jednak pięćdziesiątki stały się (bo nie miały takie być w założeniu) pełnoprawnym dystansem. I można mówić, że pięćdziesiątka na Harpie to kpina, że to nie Harpagan. Bo faktycznie, dla tych, którzy chcą przetrwać 100km, coś takiego jest pójściem na skróty. Ale są jeszcze tacy którzy chcą się pościgać w innej kategorii.

Nie wiem, w której grupie jestem. ukończenie setki dalej jest dla mnie wyzwaniem (ba, to dotyczy też pięćdziesiątek!), w zeszłym sezonie zaliczyłem 4 i we wszystkich byłem przeszczęśliwy, że dotarłem na metę. A jednak samo kończenie to dla mnie już trochę za mało. Dlatego wybieram dystans, na którym przy odpowiednim złożeniu wszystkich rzeczy (również tego, że nie startują wymiatacze), mogę powalczyć o wysoką lokatę. I pierwsza trójka na 50tce na Harpie dała by mi dużo większą satysfakcję niż bycie 30. na trasie 100km. Jeśli dla kogoś jest to kpina – rozumiem. Niemniej ja wybieram trasę krótką. „krótką” a nie „krótszą”.

 

Do zobaczenia na Harpie.

 

P.s. dzisiaj blog świętuje 10000 odświeżeń. chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają – rok temu nie pomyślałbym o takiej frekwencji.

 

Read Full Post »

Older Posts »