Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2010

Stało się! po raz pierwszy, po prawie roku startowania w rajdach mogę mówić o sukcesie. Obiawił się on w dotarciu do mety z kompletem DUŻYCH punktów (dlaczego dużych, o tym za chwilę). Ale po kolei:

O rajdzie dowiedziałem się od Weroniki, z którą startowałem w Przejściu kotliny w zeszłym roku. Jak tylko zobaczyłem stronę i główne informacje byłem zachwycony. 70km +kajaki na trasie extreme wydawało się idealnym krokiem pomiędzy rajdami „krótkimi” a pełnymi setkami. Później dowiedziałem się, że jeśli doliczyć zadania specjalne (BnO i etap kajakowy), to wychodzi 98km, więc już tak kolorowo nie było, ale i tak wyglądało to łatwiej niż standardowa setka.

Poza Weroniką na rajd pojechała z nami jeszcze Paulina i Paweł których namówiłem do wspólnego debiutu. Wszyscy jednak poza mną wystartowali w trasie Open (w sumie 50km). Tak więc, ja miałem startować o 21.00 w piątek, a oni z samego rana w sobotę. Mimo to czułem, że nie pojechałem sam. Po rozmowie z Weroniką ostatecznie postanowiłem nie brać na trasę plecaka (miał być przepak w środku). Do tego na starcie powiedziano, że na zadaniach specjalnych będzie można „zatankować” wodę. Super!

Na starcie mocno. było nas 21 osób, wszyscy ruszyli z kopyta, byle prędzej. „Oho! ciekawe, co będzie po 10km” pomyślałem. Niemniej potruchtałem za resztą. Pierwszy pk bez problemów, cały czas asfalt i końcówka w lesie. Za to już w drodze do pk2 zaliczyłem skok po kolana w błoto. Mało butów nie zostawiłem w mule, a okazało się, że trzy metry dalej było przejście suchą nogą… Niemniej dalej tempo było wysokie. Na pk2 musieliśmy (zdobywaliśmy go w kilka osób) już włączyć czołówki. Tam ekipa trochę zwolniła co pozwoliło wysunąć mi się do przodu. Niestety jednak, nie wstrzeliłem się w odpowiednie skrzyżowanie i pk3 znowu zdobywałem z poprzednią grupą.

Droga do pk4 była idealną prostą przez las, kawałkiem pól z wejściem na asfalt i końcówką znowu w lesie. Ponownie odstawiłem towarzyszy narzucając tempo w przecince. I ponownie wypadłem nawigacyjnie, tym razem jednak dużo boleśniej. Zamiast ściąć pola i wejść na asfalt szedłem niemal równolegle do drogi, kalecząc nogi w ostach i pokrzywach. Gdy w końcu wypadłem na asfalt (trafiłem na rzekę, której przejść już się nie dało i ona wyprowadziła mnie do mostku) po raz kolejny spotkałem… ekipę z poprzednich pk. I całe szczęście, bo uświadomili mnie oni, jak daleko zaleciałem polami. Tak więc pk4 również został zdobyty grupą.

I ponownie – pożegnaliśmy się („pewnie do następnego pk) i pobiegłem przodem. Tym razem jednak nie było wpadek nawigacyjnych i do przeprawy pontonowej dotatarłem bez większych problemów. Jedynym było zachowanie czołówki. Padały mi baterie, a do wschodu jeszcze masa czasu! postanowiłem oszczędzać ją do pierwszego zadania specjalnego i biegłem przy księżycu. gaszenie jej i zapalanie, w połączeniu z gaszeniem tylnego światła (wyłączałem je już wcześniej gdy schodziłem z asfaltów) sprawiało, że reszta towarzystwa była lekko skonfudowana moim nagłym pojawianiem się. Dostałem nawet przydomek „czerwone światełko”. Na przeprawę wpadłem jako szósty, ze świadomością, że idzie za mną co najemniej 10 kolejnych osób. Ponton okazał się maleńki i bardzo niestabilny, przy wsiadaniu w połowie zapełniłem go wodą (zimna – no i momentalnie skurcze w łydkach), a do drugiego brzegu trzeba było „pomachać łapkami” jak powiedział organizator przeprawy. No i pomachałem. wysiadłem szczęśliwy, że nie wypadłem do rzeki (jak się okazało byli i tacy, którzy zaliczyli nurkowanie). Pk5 był opisany jako grobla między stawami, jednak na mapie staw był tylko jeden. jedyne co przyszło mi do głowy, to obchodzenie go dookoła aż coś znajdę. I faktycznie, przez jego środek biegła wąziutka grobla. Znalazłem pk i pobiegłem dalej, tyle tylko, że… w złą stronę. Niemal wróciłem do przeprawy gdzie zawrócili mnie następni uczestnicy. Na szczęście niedaleko była główna droga przez las a później asfalt. Tu znowu można było potruchtać bez patrzenia na mapę. W drodze wyprzedziłem trzy osoby i wyliczyłem, że jestem piąty. Niestety, tuż przed samym pk6 znowu zboczyłem z trasy i dołożyłem spory kawałek…

pk6 – pierwsze zadanie specjalne, nocny Bno! Dostałem chip, instrukcję jego obsługi i wszedłem do lasu. To była masakra! o ile pierwszy (z dwudziestu) punktów był łatwy, o tyle po nim wylądowałem na czwartym a nie na drugim ;/. W efekcie skończyło się na tym, że pokaleczony i pokuty pokrzywami zaliczyłem tylko 4pk. Zajęło mi to prawie 1,5h. Tragedia. Mogłem zapomnieć o dobrym miejscu. Z pk wybiegłem jako czwarty, z dużo gorszym nastrojem, za to napojony.

Do pk7 droga miała wieść przez groblę między dwoma jeziorami – tak przynajmniej wynikało z mapy. Niestety, nie można było iść brzegiem, gdyż ten był zajęty przez prywatne posiadłości. W efekcie przegapiłem zejście z asfaltu i ponownie nadłożyłem drogi. Dochodziła czwarta rano, gdy udało mi się spotkać miejscowych. Nic nie wiedzieli o żadnej grobli, wspominali za to coś o moście (most przez jezioro?). Następna napotkana osoba również pokierowała mnie na ten most. Było cholernie zimno, a ja miałem właśnie kryzys, także tempo było żółwie. Postanowiłem okryć się folią NRC i maszerowałem szeleszcząc przez powoli budzące się miasto. Okazało się, że most to faktycznie owa grobla zaznaczona na mapie. przy samym pk7 spotkałem… nieśmiertelnych znajomych. Byłem gotów wracać prosto do Moch, bo zimno odebrało mi resztki woli walki. Pożegnaliśmy się, ruszyłem drogą a oni przez pola. Po chwili spotkałem kolejne osoby i przekonałem sam siebie do dalszego zdobywania punktów. Dalej poszło już łatwiej, zwłaszcza, że słońce nareszcie zaczynało trochę grzać.

Próba przebicia się przez bagna nie wypaliła, pozostawało więc obejść jezioro od południa i nadłożyć kilka kilometrów. Na szczęście udało mi się zmusić na tym odcinku do szybkiego marszu i ostatecznie rozgrzać. Bez większych przeszkód dotarłem do pk8 widząc za sobą ludzi których zostawiłem na bagnach. Wychodzi na to, że asfalt się opłacił. W dużo lepszym nastroju zacząłem iść na pk9. Analizując mapę doszedłem do wniosku, że będzie to prawdopodobnie ostatni z trudnych punktów. I miałem rację, przynajmniej w tym, że będzie on trudny. Z tego co wiem, tam wymiękła większość tych, którzy nie zaliczyli wszystkich pk. Sam kręciłem się w kółko i fartem wpadłem na… nie tym razem na innych uczestników. Z nimi już bez problemu znalazłem punkt i raźnym krokiem ruszyłem w drogę powrotną, powiem do pk10 trzeba się było sporo cofnąć. Na sam pk10 wszedłem bez gubienia się, za to zostałem poddany testowi na wytrzymałość. Droga bowiem wiodła przez jagodziska, a mi już bardzo doskwierał głód i pragnienie. Pomagała świadomość, że na pk11 będzie przepak.

praktycznie na punkcie dogonili mnie znajomi z pk9, a zaraz za nim nieśmiertelni znajomi z pierwszej części trasy. Odrobinę zbaczając z trasy w piątkę dotarliśmy do przepaku. Tu mogliśmy sobie w końcu dać trochę luzu. Podjąłem decyzję, że nie walczę z kolejnym Bno, tak więc po przebraniu się, najedzeniu i napiciu ruszyłem dalej, zostawiając za sobą towarzystwo. pk12 również nie sprawił większych problemów, chociaż poczułem, że robi się już ciut za ciepło. Na szczęście spora część trasy biegła tu w lesie.

Okazało się, że pk 12 i 13 pokrywają się z trasą open, tak więc mijałem z naprzeciwka sporo osób. I wprawiło mnie to w tak dobry nastrój, że całkowicie przestałem patrzeć na mapę. W efekcie po wyczerpującym marszu przez pola (słońce nieźle już dawało) wylądowałem nie w tej wiosce w której chciałem (w sumie dołożone około 5km). Mimo to byłem w doskonałym nastroju. Raźnie, w towarzystwie psa-przybłędy dotarłem do ostatniego ZS. Tu tylko krótka przerwa na wodę i ruszyłem na ostatni etap rajdu. Na kajaki się nie zdecydowałem, głównie ze względu na słońce. pk14 nie wymagał praktycznie żadnej nawigacji, podobnie jak pk15. Słońce paliło już naprawdę mocno, a część drogi była po otwartym terenie, jednak czułem się całkiem dobrze. Tuż przed pk15 zobaczyłem przed sobą rajdowca, miałem do niego jakieś 300-400 metrów. Wiedziałem, że to końcówka i że powinienem go gonić, dla czystej rywalizacji. Wiedziałem też jednak, że wtedy on również zacznie biec, a na walkę do ostatku sił nie miałem ochoty. Dlatego też szedłem za nim powoli zmniejszając odległość. Na polach zorientowałem się, że chce on iść drogą, zamiast ściąć przez pola. Poczułem w tym moją szansę. Na tyle szybko na ile potrafiłem pobiegłem przez pole i wpadłem do lasu w którym miał być ostatni pk. Wiedziałem, że wszystko zależy od tego, jak długo będę szukał „obniżenia terenu”. Okazało się, że trafiłem prawie bez problemu, a dookoła nie widać nikogo. Szczęśliwy wyleciałem, jak mi się wydawało, w stronę mety odległej o kilkaset metrów. Okazało sie jednak, że po raz kolejny pomyliłem kierunek i wyleciałem w innej części wioski. W pełnym biegu wpadłem na metę nie wiedząc, co mnie czeka. Udało się, jestem jako trzeci z tych, którzy przeszli całą trasę. Rywal doszedł po około 10ciu minutach. Nie liczyło się dla mnie, że nie miał jednego dużego pk, i że mój czas nie daje praktycznie nic. Byłem dumny, że zdobyłem się na ten ostatni wysiłek. Wynik: 18h 18min i około 105km na liczniku (czyli ponad 30 więcej niż założenia).

Prysznic (auć! całe nogi poharatane), jedzonko, duuużo picia. Do tego telefon do dziewczyny, rodziców i ekipy z trasy open. Potem już z czystym sumieniem spać do samochodu. Po niecałych dwóch godzinach obudziła mnie Weronika. Nie była zadowolona, zmarnowała ponad godzinę na ostatnim pk – tym samym, co na naszej trasie ( a przecież mi poszedł tak łatwo). Tuż przed limitem czasu do mety dobiegł Haq, a 12 minut po czasie pojawiła się Paulina. Niesamowity wynik, biorąc pod uwagę, że nigdy nie mieli styczności z rajdami. Oboje wykończeni (zwłaszcza Haq’u, który ostatnie trzy pk łapał w biegu) ale chyba szczęśliwi. Do tego Weronika która była pierwszą kobietą w Open. Ja osobiście wylądowałem w końcu na ósmym miejscu. Nie tak źle.

Wyjazd do domu około 22.00 i… ponowne gubienie się na trasie! Tym razem jednak nie ja nawigowałem, więc mam czyste sumienie 😉

Wnioski:

– Jeśli na trasie nie ma kilku pk z wodą, koniecznie trzeba brać camela. Pierwsze 40km można lecieć bez wody, później jest dużo gorzej.

– Da się zrobić ponad 100km w dobrym czasie. Warto jednak lecieć trochę wolniej ale za to nie plątać się w kółko. Na następnym starcie szlifowanie nawigacji.

– Każdy cel jest do zdobycia. Nawet jeśli potrzebowałem na to kilku startów, to setka została w końcu łyknięta. A jeśli nawet są jakieś wątpliwości co do dystansu – bo to przecież 70tka była – to jest motywacja na następny start.

Poniżej strona rajdu, a niedługo postaram się umieścić mapę z zaznaczoną trasą przebiegu.

http://rajdkonwalii.pl/

EDIT: obiecana trasa przebiegu. Standardowo kropki oznaczają miejsca, w których nie jestem pewien „co robiłem”. Jak widać, było trochę kluczenia.

Reklamy

Read Full Post »

Od startu w Grassorze minęło już trochę czasu, jednak ostatni miesiąc obfitował w wydarzenia i… brak internetu. Tak więc, opis tego co się działo powstaje dopiero teraz.

Z założenia miał być to łatwy start. Pogoda dopisywała, byłem w dobrej formie, a i teren zapowiadał się raczej prosty. Startowałem sam, po swojemu i dla siebie, a co ważniejsze – na dużym luzie.

Trasę układał Daniel Śmieja. Z jego spojrzeniem na nawigację mogłem się już zetknąć na Nocnej Masakrze i dochodzę do wniosku, że wszystkie jego trasy powinny mieć w nazwie właśnie słowo „masakra”. Tym razem problem zaczynał się już na starcie. Uczestnicy dostawali bowiem 4 pk zaznaczone na mapie (każdy w inną stronę świata), a o reszcie mieli dowiadywać się w czasie rajdu. Wyglądało to tak: Idziesz do pk9 na którym oprócz perforatora znajdujesz mapę z zaznaczonym pk3, pk7 i pk12. I znowu wybierasz, do którego idziesz.

Samo w sobie nie było by to takie straszne – trasa i tak przebiegała w przybliżeniu tak, jak na normalnym rajdzie. Ale w połączeniu z trudnością z odnalezieniem konkretnego pk dawało niesamowity efekt. Po 12h miałem na liczniku około 70km oraz… 7 na 17 pk. Łatwo policzyć, że na całość wychodziło mi w ten sposób 170km. Było bowiem tak, że po dojściu do miejsca w którym pk powinien się znajdować marnowałem godzinę na znalezienie odpowiedniego drzewa. I oczywiście, gdy w końcu je odkrywałem, okazywało się ono być w najprostrzym z możliwych miejsc. Nie pytajcie mnie jak to możliwe – do dzisiaj zastanawiam się, jak Daniel to robi.

Efekt – przy pk4, po ponad godzinie kręcenia się w kółko postanowiłem dać sobie spokój. Najprawdopodobniej zrezygnowałem będąc jakieś 100m od lampionu. Doszedłem bowiem do wniosku, że lepiej zejść teraz i dotrzeć do mety o własnych siłach, niż po raz kolejny być zwiezionym z trasy.W ostateczności zająłem 21 miejsce. Mogę jednak szczerze mówić o sukcesie, bo był to pierwszy samodzielny start, a przy okazji prawdziwa szkoła nawigacji (po raz pierwszy chodziłem na poziomice oraz na strefy leśne). No i po raz kolejny zetknąłem się z niesamowitą atmosferą, jaka towarzyszy rajdowaniu (powrót do bazy w środku nocy po takim marszu…)

Poniżej zamieszczam link do strony rajdu. Jest tam mapa, wyniki oraz inne warte zobaczenia i przeczytania rzeczy. Zdecydowanie polecam rajd tym, którzy nie boją się mapy i kompasu i którym znudziło się zwyczajne napieranie na „następny pk”:

http://maratony.home.pl/grassor

P.s. Wpis ukazuje się dopiero teraz ze względu na problemy z publikacją postów z domowej maszynki. Niestety, na dzień dzisiejszy  nie potrafię przeskoczyć tego problemu.

Read Full Post »