Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2011

Semestr na uczelni niemal zamknięty, jutro opuszczam obecne mieszkanie, a na dniach powinienem dostać rower. Mam w końcu chwilę, aby usiąść i poukładać sobie w głowie sprawy na najbliższe tygodnie.

Mocny plan treningowy jak na razie zdaje egzamin – start na 360 od strony kondycyjnej całkiem udany, biegi na treningach coraz szybsze i mocniejsze. Trzeba więc korzystać, póki forma trzyma!

Najbliższą okazją będzie niewątpliwie Skorpion. Najprawdopodobniej oszczędzone nam (zawodnikom) będzie mierzenie się z metrowymi zaspami, tak więc będzie okazja do pobiegania.

Założenie: uczciwie przebiec cały dystans i zmieścić się <8h.

Czasu jest jeszcze trochę, a na feriach będę miał więcej czasu na treningi, więc wykonanie planu nie powinno być problemem.Za to po skorpionie kalendarz nagle robi się ciasny. Rozpoczyna się nowy semestr, a już 5.03 pod Szczecinem ma być Włóczykij.

Założenie: czas<7h

I to już raczej będzie wyzwanie. Miejmy nadzieję, że plan nie jest zbyt mocny.

Dwa tygodnie później jest RDS, impreza na którą bardzo czekam (z wielu powodów). Założeń na chwilę obecną brak, zobaczymy jak będzie się rozwijała sytuacja pod koniec lutego.

I wydawałoby się, że to wcale nie tak dużo. Tyle tylko, że dzisiaj w dziurę pomiędzy Włóczykijem, a RDSem wstawiłem spontanicznie bieg sztafetowy w Bochni – 12h biegania pod ziemią. Robi się ciasno, trzy starty w trzy weekendy. Istnieje oczywiście szansa, że nasza sztafeta nie zostanie wylosowana do wzięcia udziału w biegu, jednak na to nie liczę (wszak chciałbym pobiec!)

 

No nic, napięty grafik wymaga mocnego treningu, tak więc trzeba brać się ostro do roboty – jest cel, teraz zostaje tylko biegać…

Reklamy

Read Full Post »

No, siły podreperowane, od spraw uczelnianych chwila przerwy, można usiąść i spróbować coś napisać.

Zainteresowani wiedzą, dla reszty przypomnę, że w zeszłym tygodniu miał miejsce rajd Timex 360 – 250km AR z startem i metą w Koniakowie. Za namową Magdy zdecydowałem się na udział. Plan – przeżyć. Można śmiało powiedzieć, że został on wykonany – cała czwórka odmeldowała się na mecie w nie najgorszych nastrojach. Ale od początku:

Nie będę opisywał całej trasy. Dla mnie, przyzwyczajonego do 50tek i 100tek była ona ogromna (już sam rozmiar mapy powalał – dwustronnie zadrukowane A2). Więcej, nawet gdybym chciał opisać nasz przelot, miałbym problem, ponieważ jak człowiek nie bierze udziału w nawigacji, to później trudno mu powiedzieć co się właściwie działo. Za to wpadki jakie zaliczyliśmy pamiętam bardzo dobrze.

Przede wszystkim – rower! Jazda po górach to nie jazda po płaskim, jak mechanik mówi przed wyjazdem, że klocki hamulcowe pociągną jeszcze 300km, to znaczy, że na rajd się nie nadają. W efekcie po 30km roweru (w tym piekielny zjazd do Wisły) rolę hamulców musiały przejąć rower. Jeśli dodamy do tego oblodzony asfalt, duży ruch, brak doświadczenia i niewyspanie – aż prosiłem się o wypadek. Na szczęście obeszło się bez kolizji (bo upadków było kilka – na 50-metrowym zjeździe złapałem hattrick’a!).

Szczytem było spanie na kierownicy w czasie zjazdu. Wiedziałem, że coś takiego może mieć miejsce, ale nie spodziewałem się tego już pierwszej nocy i to w tak niekontrolowany sposób. Z odcinka przed Brenną mam poszatkowane wspomnienia sprowadzające się do: „asfalt – rower z przodu – samochody po lewej ręce”. Z tego co wiem, spaliśmy wszyscy…

Większość uczestników, jak i organizatorzy, zapamiętają zapewne z tego rajdu zadania specjalne. W przeciwieństwie do części osób (większości?) w chodzeniu po linach mam jakie takie doświadczenie. Mimo to nie udało mi się ustrzec od błędów i były momenty, w których mój PHPowiec złapałby się za głowę. I chociaż do wyczynów Maćka Więcka było mi daleko, to następnym razem dwa razy pomyślę, zanim odważę się kogoś przepinać na takim rajdzie – szkoda sumienia.

Z dumą mogę za to stwierdzić, że prawdopodobnie byłem na linach najdłużej ze wszystkich ekip – w sumie ponad 2,5h. Kiedyś powiedziałbym, że to frajda, dzisiaj wiem, że na mrozie człowieka trafia szlag.

Kontuzje – to już doświadczenie zebrane na Magdzie i Krystianie. Trudno powiedzieć, co było powodem, ale po kilku minutach rajdu (zdążyliśmy wyjść z bazy), Magdę złapały skurcze w udzie. Złapały i skubane puścić nie chciały! A to ci skurcze skubane. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy – stres. A więc, bez spinania się, bez, stresu, ale do przodu. Na szczęście udało nam się zmieścić w limicie czasu na prolog, a później poszło już ok.

Ja sam kondycyjnie czułem się ok. Patrząc na długość trasy i brak doświadczenia w MTB, mogę wręcz powiedzieć, że rajd zniosłem nad wyraz dobrze. Największym problemem okazała się psychika – gdy odpuściliśmy odcinek trekingu, straciłem całą wolę walki. Jak teraz nad tym myślę, to chyba mam ten problem od początku startów – jak coś przestaje iść zgodnie z założeniami, to wali mi się wszystko. Na szczęście tutaj byliśmy ekipą, która bardzo skutecznie zmobilizowała mnie do wstania rano na ostatni odcinek (45km „spacerku” na nartach). Zwyczajnie obudzili i zapytali czy idę. Jak powiedziałem, że nie, to zaczęli się zbierać we troje. Kochana ekipa 😀

 

Trudno mi oceniać sam rajd – nie mam porównania do innych imprez tego typu. Jednak z mojego punktu widzenia większych niedociągnięć nie było. Może tylko nie zdecydowałbym się puszczać etapu narciarskiego – szkoda sprzętu, a noszenie go było w pewnym momencie jak zawieszenie kamienia u szyi. Niemniej jednak, plan zakładał narty – więc narty były.

Makaron pyszny, ekipa miła (i równie niewyspana co uczestnicy, więc nie budziła zazdrości), we wszelkich kontaktach nie przeszkadzali i nie pomagali – tak jak być powinno (no chyba, że ktoś planował się zabić na linach, ale wtedy na szczęście ingerencje były). Bardzo miłym akcentem była meta – butelka szampana, zdjęcia, gratulacje od Igora (i dostałem buffa!) – każdy mógł się poczuć przez 5 minut jak zwycięzca.

 

Na koniec rozmowy, rozmowy, gala, pakowanie i jeszcze trochę rozmów. Miałem okazję pomagać Maćkowi zdejmować koło z roweru (ale mnie duma rozpiera :P), a z dyskusji najbardziej zapamiętam pytanie Hiubiego:

„Skąd wyście się właściwie wzięli? Bo wy jakimś nowym tworem jesteście” (możliwe, że nie słowo w słowo, jednak zaspany byłem). No a my się wzięliśmy właściwie z… nikąd. Jedna dziewczyna miała ambicję wystartować w zimowym AR i zrobiła to, zabierając przy okazji trzech facetów na spacer po górach. Wczoraj dostaliśmy od Igora maila z zaproszeniem na następny start, więc kto wie -może to nie było ostatnie słowo powiedziane przez MIKro Supernova AT…

 

Read Full Post »

No i wróciłem. Jest szansa, że napiszę coś o samych zawodach, ale póki co nie mam na to sił. Niemniej jednak, wypada kilku osobą podziękować.

 

A więc, w kolejności chronologicznej, dziękuję:

-Magdzie, za propozycję udziału i nakłonienie do tego szaleństwa.

-Magdzie, Michałowi i Panu Kaziowi za pożyczenie sprzętu (oj, było tego dużo).

-Bartkowi i jego rodzinie, za transport, nocleg oraz gościnę (po raz pierwszy od dawna mogłem się wyspać przed startem).

-Krzyśkowi, za to, że był kapitanem i razem z Magdą zwolnili mnie z nawigowania.

-Krystianowi, za rozmowy na trasie i rady co do roweru.

-Team’owi 360 za organizację, zdjęcia i super atmosferę na mecie. I za buffa 😀

-Znajomym i rodzinie, która wspierała, pytała i śledziła poczynania.

-Wszystkim innym, o których tutaj nie wspomniałem.

 

Więcej informacji niedługo, a niecierpliwych (jeżeli takowi są), odsyłam do:

http://www.team360.pl/zima_2011/frontpage

Read Full Post »

Pojechał

By przeżyć. I by wrócić. Oby.

Trzymajcie kciuki

 

http://www.team360.pl/zima_2011/

Read Full Post »

Do rajdu 360 zostało już tylko kilka dni. Podobnie sprawa ma się z zakończeniem semestru. A jako szanujący się student, szukam każdej możliwej roboty, byle by tylko udało się oderwać od nauki.Tak więc, do pisania chęci są wielkie.

W tym tygodniu pojawił się regulamin PMnO na rok 2011, chwilę wcześniej ukazał się kalendarz imprez wchodzących w skład tegorocznego pucharu. Nastąpiło przetasowanie w imprezach, które są zaliczane do pucharu i uporządkowano puchar pięćdziesiątek (obecnie wszystkie mają faktycznie 50km). Ponadto część stałych rajdów rozszerzyła swoją ofertę dodając właśnie ten krótszy dystans (np Ełcka Zmarzlina).  Kolejną zmianą jest wprowadzenie kategorii OPEN, w której liczyć ma się aż 14 startów!

Jednym słowem – zmiany, zmiany i zmiany. Widać, że organizatorzy postanowili posprzątać i nadać pucharowi profesjonalny wygląd. Trzymam kciuki, aby nie okazało się to tylko słomianym noworocznym postanowieniem.

 

A poza pucharem? Od siebie mogę dorzucić obydwa Tropiciele (edycja wiosenna i jesienna rodzimej 40stki), Wakacyjnego Tułacza (dziwnym trafem 2/3 imprezy są w pucharze, a ta nie), Mini-Nocną-Masakrę (również miejscowy rajd, wprawka do „właściwej” Masakry), oraz letni Rajd Konwalii (mam nadzieję, że organizatorzy nie poprzestaną na jednej edycji, gdyż zabawa była przednia). No i jeszcze nie-zawody, czyli Przejście Kotliny.

To w sumie daje… 25 imprez! A i to oczywiście nie wszystko, bo nie ma imprez rowerowych ani rajdów przygodowych. Oj, rośnie nam Polski świat rajdowy, rośnie. Jeszcze trochę, a co tydzień będzie można startować w jakimś miejscu Polski.

Do zobaczenia na trasie!

Read Full Post »