Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2011

Plan zakładał, że po Harpaganie pojadę (w ramach wyjazdu firmowego) wypocząć na SPA. Harp przeszedł mi bokiem, ale na SPA udało mi się załapać.

Poza zabiegami (Joga, sauny, masaże) , dodatkową atrakcją miał być spinning. Jak szybko mnie uświadomiono, nie chodzi o wędkowanie, tylko o pedałowanie na rowerze stacjonarnym. Początkowo byłem nastawiony dosyć sceptycznie – miałem wypocząć, a oni mi każą pedałować? Po chwili główkowania doszedłem do wniosku, że jednak nie będzie tak źle – przecież nie zrobią godzinnej masakry dla ludzi, którzy na co dzień siedzą za biurkiem. Zacząłem się więc nastawiać na spokojne, senne pedałowanie, dla odmiany w sali, a nie na zimnie.

Zajęcia miały się zacząć o 10.00 rano, po hucznej imprezie poprzedniego wieczoru. Z głową pełną tłuczonego szkła, zataczając się, dotarłem do salki z rowerami. Wpinam się w pedały, czuję się trochę lepiej – w końcu zdarzało mi się już pedałować w czasie snu! Instruktorka ma ładnie wyrzeźbione mięśnie, wpadam w lekkie kompleksy. Na szczęście tak jak przewidziałem, obciążenia które zaleca nie są „z górnej półki”, więc mogę sobie pozwolić na wysoką kadencję. I w tym momencie… dostaję po uszach. Nie dosłownie, bo Pani była przypięta do roweru i nie sięgała. Polecenie: „do tego co mówię, dorzuć 3”. No i się zaczęło. Z każdą minutą zaczynam coraz bardziej  sapać. W dodatku instruktorka doszła do wniosku, że sama jazda przez 40min będzie nudna i zaczęła dokładać elementy aerobiku. Wymachy, skłony, jazda obok siodełka, znowu wymachy. Leje się ze mnie jakbym siedział w saunie. Zaczynam odliczać czas do końca, a intensywność cały czas rośnie… nareszcie koniec, teraz rozciąganie. Gdy udaje mi się uspokoić oddech stwierdzam, że nie było tak źle. Wysiłek był rozłożony na całe ciało, więc już po chwili dochodzę do siebie i czuję nową energię w mięśniach. Postanawiam dopisać się do popołudniowej grupy na drugą rundę.

 

Nie wiem, czy potrafiłbym regularnie „trenować” w ten sposób. Wątpię też, aby taki trening dał, na dłużą metę, lepsze efekty niż trenażer na zmianę z siłownią czy aerobikiem. Niemniej jako odskocznia od zwykłego, czasami nudnego planu treningowego jest jak znalazł. Mi przypomniał, że jazda na rowerze, nawet stacjonarnym, może być ciekawa. A przecież trening powinien przynosić fun.

Na zakończenie dodam, że grupa popołudniowa miała typową „jazdę” z różnymi odciążeniami, bez aerobiku. Nie wiem, która forma zajęć jest „poprawna”, ale na mnie wrażenie zrobiła zdecydowanie ta pierwsza.

Reklamy

Read Full Post »

Uczelnia. Uczelnia. Uczelnia. U… No właśnie.

Miało być pięknie, miałem wyjechać w piątek rano i spokojnie dojechać na miejsce. Okazało się jednak, że moja alma mater bardzo chce mnie zatrzymać, żebym postał w kolejce w dziekanacie. Patrzę na rozpiskę, dziekan przyjmuje od dwunastej. Szybka analiza trasy – zdążę, na styk, ale uda się. Najwyżej nic nie zjem. Z mocnym postanowieniem załatwienia sprawy staję w kolejce z nr 1 o 11.00.

I tak sobie czekam, aż tu o 11.55 dowiaduję się, że jednak dziekan przyjmuje od 13.00… Jestem spokojnym człowiekiem, ale tu miałem ochotę kląć na środku dziekanatu. Zrozpaczony czekam dalej. o 13.05 wchodzę i okazuje się, że brakuje mi jednego podpisu – mam przyjść w poniedziałek. Nie myśląc wiele wybiegam i wsiadam do auta. 13.32 – zdążę, dam radę. Jadę, korek, znowu jadę i potem znowu w sznurku. Patrzę na zegarek – masakra. Dojeżdżam do Jarocina, znowu korek. Wymiękam. Zajeżdżam do Mc’donalda, zamawiam trochę chemii i rozmyślam. To drugi rajd na który nie dałem rady dojechać w tym sezonie. Niby nic, ale jednak boli. Kończę jedzenie, pakuję się  do auta i wracam do domu, w nie najfajniejszych nastrojach.

Read Full Post »

Dopiero teraz zorientowałem się, że te dwie imprezy dają ten sam skrót. Niech żyje zamieszanie w świecie PMNO 🙂

Od wizyty pod Stargardem nie minął tydzień, a już trzeba było pakować manatki i jechać do Wejherowa. Naprawdę miałem pietra przed tą imprezą. W głowie wciąż miałem obrazy z wiosny, te wszystkie bagna, rzeczki, strumyczki i wszechobecną mgłę. I to gnanie do mety, byle by zmieścić się w limicie, tnąc po drodze kolejne pk. I jeszcze podbicie stowarzysza zamiast wpisu bpk… no, nie miałem dobrych wspomnień.

Mimo to starałem się myśleć pozytywnie. Pogoda piękna, od dawna nie pada. Tydzień temu poszło naprawdę szybko, więc biegać raczej potrafię. 500km trasy to też coś, co mnie już nie przeraża. Trzeba się tylko bardzo skupić i będzie dobrze…

Do bazy dojeżdżam jako pierwszy, podobnie jak przed tygodniem. Jak się ma taki kawał drogi i zakłada korki, to nie ma bata, trzeba jechać z zapasem (oj, ten dojazd na Oriento!). Jak zawsze na tułaczu, kręcę się przy organizatorach, pomagając im załatwić ostatnie drobiazgi. Powoli zjeżdżają się kolejni zawodnicy, robi się ciemno. Na odprawie nic nowego, a ja mam jeszcze 1,5h do startu. Rozmawiam z Marcinem, ten jak zawsze spokojny i opanowany. A ja na tyłku nie mogę usiedzieć ze stresu. No, ale on potrafi czytać mapę… W końcu przychodzi moja kolej, pakuję zapasowe baterie i wybiegam z bazy. „hym… nie wygląda źle, przynajmniej początek dali łatwy”… Oj, co za ignorancja! Pierwszy pk był masakrą dla większości zawodników i mocno obniżył morale. Ja miałem na głowie coś innego – jak tylko wpadam do lasu, okazuje się, że moja czołówka świeci jakby chciała, a nie mogła. drżącymi rękoma wymieniam baterie – no, tak lepiej. Tylko jak ja dotrzymam do końca na jednym zestawie? zaaferowany i pełen złych przeczuć biegnę za dwoma zawodnikami, którzy sprawiają wrażenie, jakby wiedzieli, gdzie są. Podbijamy punkt, mi przez głowę przechodzi tylko myśl o stowarzyszu…

Nie pytajcie mnie, co było potem. Przyznam, że nie wiem do końca gdzie byłem, kiedy byłem i dlaczego tam byłem. O ile jeszcze pk2 zdobywam w grupie, to już od pk3 zaczyna się praca solo. Idzie to wszystko opornie, nastroje mam bardzo mieszane. Nie zawsze jestem pewny, czy to co podbijam, jest ok. Ciekawym przerywnikiem okazuje się cmentarz w środku lasu. Dodam, że cmentarz z zapalonymi zniczami. O dziwo, nie straszył, a jakoś tak… wyciszał. Gdzieś w okolicach pk5 znowu wpadam na większą grupę biegaczy. Ostatecznie łączę siły z Łukaszem. Od tej pory lecimy razem. Jest jakoś łatwiej, punkty są gęściej i to o dziwo pomaga skupić się na nawigacji. Mimo to zaliczamy kilka wtop – podbijamy stowarzysza (o czym dowiaduję się dopiero w poniedziałek) na pk 8. I pakujemy się (na moje życzenie) w bagno w drodze na pk9. Organizator mówił, że bagien tu prawie nie ma – to dlaczego ja jestem w jednym po pas? No, ale przed startem tymbark powiedział „bądź sobą”.

W okolicach dziesiątki doganiamy Andrzeja Buchajewicza i kilku innych zawodników. Wszyscy kilkukrotnie namierzamy się na pk. Podbijamy go wspólnie i wylatujemy znowu osobno. Tu zaczyna się cyrk na kółkach. Przelot do pk11 nie jest problemem, ale już znalezienie lampionu sprawia nam problem. Po lesie gania sporo osób, atakujemy z różnych stron i nic. W końcu oznajmiam Łukaszowi, że wpisuję BPK. Niechętnie robi to samo, podobnie jak Panowie z ekipy 506 z którymi mijam się od startu. Markotnieję. Patrzę na rozpiskę kilometrową i nie wygląda to dobrze. Ostatecznie wysiadam, gdy nie odnajdujemy się na pk12 i lądujemy na mokradłach. MAM DOŚĆ!  Tydzień temu o tej godzinie byłem już na mecie. Zrezygnowany ustalam z Łukaszem, że idziemy na południe i próbujemy znaleźć naszą drogę. W myślach powtarzam, że jak to nie wyjdzie, to idę na metę. Szkoda tylko, że jestem tak daleko na północy, kiepski moment na wycof. Na moje szczęście znajdujemy pk, na dokładkę znowu robi się dookoła dużo ludzi.

Dalej znowu mam dziurę w pamięci. Wydaje mi się, że gdzieś w okolicach 13. łączymy siły i lecimy już w piątkę – my z Łukaszem, Andrzej z Robertem i Bartek. Nawigacyjnie bywa różnie, ale tempo zdecydowanie rośnie – jednak nie ma to jak presja grupy, każdy trzyma mocne tempo, żeby nie pokazać słabości. Staramy się wybierać warianty dookoła, po głównych drogach, tak żeby móc pobiegać i łatwiej wchodzić na punkty. Z grubsza działa, zwłaszcza, że faktycznie staramy się kontrolować co robimy. Wychodzi na to, że powinniśmy się zmieścić w czasie. Od siebie do nawigacji dorzucam rozpoznanie stowarzysza na pk 17 i kompletne wyłączenie się na pk 15. Jak teraz patrzę na wzorcówkę i ilość stowarzyszy w tej okolicy, to dziękuję losowi za bieganie w grupie. Grupa zaś od pk17 poszerza się o Edwarda Fudro.

Robi się jasno, na ostatnie punkty wchodzimy bez problemu. Ba, na ostatni, to Andrzej wprowadza nas niemal jakby sam go ustawiał. Szczęśliwi i pełni energii biegniemy na metę, każdy swoim tempem. Ja dyskutuję z Bartkiem, a za nami ostatkiem sił ciągnie Robert. To był dla niego debiut na tego typu imprezie i chyba ma już serdecznie dość. W sumie, to mu się nie dziwię, te bagna potrafiły zajść za skórę. Sam czuję się dobrze. Przed bazą przelatuje obok nas Adam Olbryś – trzeba przyznać, że robi wrażenie, jak leci z taką prędkością. Ostatnie metry też przyspieszamy i kończymy całość po 760 minutach od rozpoczęcia zawodów. odejmując moje 91 minut daje to jeszcze spory zapas. Szybki prysznic, krótkie pożegnanie i za kółko.

Okazuje się, że to jeszcze nie finał. Około 11. rozmawiam przez telefon z Marcinem. Mówi, że mam tylko jednego stowarzysza, co na chwilę obecną daje mi pierwsze miejsce. Roznosi mnie energia – przecież tak się bałem tych zawodów, a tu jeszcze szansa, że wygram. Dzisiaj już wiem, że nie – Edek, jako senior miał wydłużony limit czasu i w tym limicie udało mu się zamknąć. Ostatecznie przegrałem o 15 punktów. No nic, Idzie Funex, jest powód, żeby walczyć o pierwszą lokatę – no bo musi mi się w końcu udać w tym sezonie. A radość z wyniku i z tego że nie odpuściłem pozostaje. Nawet, jeśli złożyło się na to wiele pomyślnych zbiegów okoliczności.

Read Full Post »