Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2012

Oczywiście, niezależnie od tytułu, będę wdzięczny za każdą odpowiedź. Niemniej jednak najbardziej obeznani będą użytkownicy wszelakich serwisów typu Endomondo oraz ci, którzy prowadzą własny „dzienniczek treningowy”

Chodzi mianowicie o wprowadzanie do takiego dzienniczka aktywności, które nie są strikte treningiem. Bo jak na przykład ugryźć pracę przy wycince drzewa? Nie powiem sobie, że nic nie robiłem w ten dzień, a przecież nie wpiszę do dzienniczka „praca przy drzewie, 6h”. I na dokładkę jeszcze wpływ na regenerację…

Albo taka jazda rowerem po mieście. W sumie człowiek natrzaska nawet kilkadziesiąt kilometrów, ale przecież nie napiszę, że jechałem rowerem 30km przez 5h. A rozdzielanie tego na 6 treningów po 5km każdy…

I jeszcze inaczej: idę na siłownię, wsiadam na rower stacjonarny. według wskazań licznika, robię w pół godziny 32,5km. Jak to przełożyć na „normalny trening”?

Efekt z tego taki, że po raz trzeci założyłem profil na Endomondo i po raz trzeci zrezygnowałem. Bo jak tak podsumować wszystko, czego nie potrafię zanotować, to wychodzi, że prawie nic nie robię, pomimo, że ostatni tydzień trenuję naprawdę intensywnie.

Macie pomysł, jak jednak wcisnąć w ramy dziennika takie „treningi”?

 

P.s. Pytanie oczywiście z kategorii „z przymrużeniem oka” 😉

Reklamy

Read Full Post »

Życzenia dla tych, którzy żyją aktywnie – aby korby się kręciły, ścieżki deptały a kontuzje były tylko bajką do straszenia świeżych sportowców. Aby wiosna przyniosła nową energię po ciemnej zimie i jeszcze aby była tak wiosenna jak w ostatnich dniach – aż do czerwca.

Życzenia również dla tych, którzy jeszcze aktywnie nie żyją – niech wiosna stanie się impulsem do zmiany, tym, co wybawi nas na dwór. Aby ci aktywni mogli z uśmiechem na twarzy patrzeć, jak stawiacie pierwsze kroki na ścieżkach biegowych i żeby były to kroki nie tylko męczące, ale i przyjemne.

Wszystkim naraz – udanej wiosny!

 

P.s. Właśnie uaktualniłem dział wyniki – tak w ramach wiosennych porządków 🙂

Read Full Post »

Przelot na PK4. Tomek Grabowski poleciał do przodu, jest ode mnie mocniejszy. Na horyzoncie widzę też dwójkę innych zawodników. Wpadamy na asfalt, Tomek wchodzi na pola i przebija się do przodu. Dwójka z przodu robi to samo kawałek dalej. Lecę zaplanowanym wariantem, wpadam na drogę, której nie ma na mapie – dobiegam nią w okolicę pk. Z naprzeciwka wylatuje Rafał – „jesteś już blisko, jest bardzo łatwy, chyba jesteśmy pierwsi”. Wybiegam na ścieżkę, rozglądam się, lampionu nie ma. Nauczony Włóczykijem zwalniam i odwracam się – jest, zdążyłem go minąć. Przechodzę przez strumień i podbijam punkt. 

Wrażenia zupełnie inne niż dwa tygodnie temu. A raczej zupełnie inne podejście. Pojechaliśmy w czwórkę, poza Marcinem zabrał się z nami Darek, a jako wsparcie i fotograf pojechała Asia. Na miejsce docieramy około 1.00 – standardowo już na RDSie Noc to czas rozmów, ja jednak pasuję, chcę złapać jeszcze trochę snu. Mimo zmęczenia rano znowu budzę się przed budzikiem. Pakowanie, rozdanie map, odprawa… decyduję się robić pętlę w przeciwną stronę niż Marcin. Na starcie jest jeszcze chłodno, ale już czuć, że słońce przygrzewa. mimo to zabieram cienką bluzę. Ruszamy, lecę autorskim wariantem na pk1, w efekcie wpadam na punkt równo z pozostałymi zawodnikami. W drodze na pk2 doganiam Tomka Grabowskiego, postanawiamy pobiec na razie razem. Czeszemy las przy pk2, mimo mocnego tempa cały czas dookoła jest wielu zawodników. W drodze do pk3 znowu odstawiamy autorski wariant, nie wychodzi nam to na złe, ale przy punkcie widzimy z przodu innych zawodników. Podbijamy punkt, słońce przygrzewa. Od dawna lecę w bezrękawniku, a mimo to mam problem. „Jak Tomek może biec w długim rękawie?”. W drodze na most dopada mnie zmęczenie, zaczynam odpuszczać i Tomek leci przodem. Wychodzi brak treningów połączony z dużym skokiem temperatury. Mimo to biegnę, a dzięki odrobinie szczęścia wpadam na punkt przed pozostałymi. Półmetek z głowy, trzeba biec dalej. Na pk5 pomaga mi zawodnik lecący z przeciwka, idzie sprawnie. Droga na pk6 to tuptanie asfaltu. Po drodze zaliczam gospodarstwo, gdzie gospodarze udostępniają mi kran – zmoczenie buffa pomaga i raźniej biegnę dalej. W końcu podbijam pk6, ale biegnie się coraz gorzej, co jakiś czas przechodzę do marszu. Nie widzę nikogo dookoła, zaczynam dochodzić do wniosku, że musieli mnie powyprzedzać jak zszedłem do gospodarstwa. Następna miejscowość, znowu zatrzymuję się w gospodarstwie – dostaję dwa kubki zimnej wody. Nie pomaga już tak bardzo, do mostu nad Sanem maszeruję. Zerkam na zegarek, zaczynam liczyć – 6h już raczej nie złamię, ale może chociaż życiówkę bym urwał… sprawnie podbijam pk7 za mostem, wracając mijam Tomka Kogucika. Biegnę wałem, Tomek mnie nie dogania, jestem skonsternowany. W końcu docieram do „jeziorka”. Teraz już tylko jeden pk i krótki przelot do mety. Mimo to zatrzymuję się po raz trzeci po wodę – tym razem w sklepie w Pączku. Na pk9 czeka Asia, chwila rozmowy, zbieram się do ostatniego odcinka – 2km i 18 min do złamania życiówki. Powinno się udać…

Przelot do mety – autorstwa Asi

już nawet nie czuję gorąca, jestem po prostu zmęczony. Mimo to jestem zadowolony – dociera do mnie, że właśnie zrobię życiówkę. Łapią mnie skurcze, kręci mi się w głowie, ale zabudowania w zasięgu wzroku pomagają. Dobiegam do gospodarstw, nie ryzykuję i lecę wzdłuż głównej drogi. W końcu wpadam do szkoły, oddaję kartę. Hiu mówi, że jestem drugi…

 

Ostatnio pisałem, że jadę po trofeum. Przed startem podszedł do mnie Paweł i wręczył zaległe trofeum za Skorpiona. Nie spodziewałem się jednak, że uda się przywieźć coś jeszcze. Jestem tym bardziej szczęśliwy, bo planuję obecnie zrobić przerwę w startowaniu – wyszedł więc piękny akcent na zamknięcie tej części sezonu. Do zobaczenia!

Read Full Post »

Dzisiaj przejrzałem ponownie zdjęcia z Skorpiona. I trafiłem na taką o to piękną pracę:

Przyznam, że nie zapisałem, kto zrobił zdjęcie

autora proszę o kontakt 🙂

Na sztuce się nie znam, ale landszafcik ładny jak dla mnie. Interesujące są dwie postacie – kropki które można dostrzec po prawej stronie. Jak się człowiek przyjrzy, to jedna jest wysoka, szczupła i sprawia wrażenie jakby przez śnieg przebijała się z pełnymi gracji skokami. druga postać-kropka jest bardziej przygarbiona,  sprawia wrażenie bardziej sponiewieranej. Ktoś obdarzony wyobraźnią mógłby dostrzec żółty odcień na głowie i kanciastą bryłę nerki biegowej na biodrach. Cóż, konkursu „przebijamy się przez śnieg z gracją” to ta postać by nie wygrała. Ale co poradzić…

A na marginesie – w tym tygodniu opłaciłem wpisowe na B7D. Uprzejmie proszę wszystkich o trzymanie kciuków, żeby pogoda była równie piękna co ostatnio. A w piątek jedziemy (i to w sporym składzie!) na RDS, skąd mam zamiar przywieść trofeum (co najmniej jedno) i piękne zdjęcia. Ale o tym po weekendzie 😉

Read Full Post »

Włóczykij 2012

Relację dedykuję Michałowi Jędroszkowiakowi. Chciałbym mieć tyle frajdy z rajdowania, co on. 

Przelot na PK14. Wyprzedzam ekipę Konwalii, czuję, że biegowo jestem mocniejszy.W dodatku chyba jestem pierwszy, ale to trudno określić, bo start nie był masowy. Dystans powoli, ale równomiernie się zwiększa, w pewnym momencie odwracam się i widzę już tylko dwóch chłopaków, reszta musi być z tyłu. Lecę dalej, wpadam na skrzyżowanie. „Gdzie jest ten kopiec?”

Zdjęcie – Szymon Szkudlarek

W zasadzie, to w tym momencie skończyłem rajd. Nie, nie zszedłem z trasy. Pobłądziłem 20min, Konwalia w tym czasie pognała dalej, w końcu odnalazłem się i cofnąłem do punktu, obok którego przefrunąłem. Mimo to, psychicznie już mi się nie chciało. Puściły mi nerwy. Poczułem się zmęczony tym wszystkim, bieganiem, ściganiem się, bólem, cholernym niedoleczonym katarem… Psychicznie to zdecydowanie nie był mój dzień. Szkoda tylko, że takie dni trafiają się ostatnio coraz częściej…

Rajd oczywiście ani na tym się nie zaczął, ani na tym nie skończył. Na starcie stawiło się kilka dawno nie widzianych przeze mnie osób, między innymi wspomniane „Konwalie” – którym gratuluję rewelacyjnego wyniku. Pojawił się Remik Nowak, z którym po raz kolejny zamieniłem tylko kilka słów, był Szymon Szkudlarek, był Daniel Śmieja i masa innych osób. Rośnie Włóczykij, nie ma dwóch zdań. Całą szczęśliwą „gromadkę” (około 200 osób) przewieziono autobusami na start, gdzie start odbył się w trzech grupach.

Zdjęcie ze strony organizatora (galeria Kasi Sztangret i Piotra Brzęczek) 

Początek poszedł naprawdę dobrze. Do wspomnianego PK14 było naprawdę fajnie. Później też nie było tak źle, jak chciałem to widzieć, na „Pit Stop” w Widuchowej (tradycyjnie na Włóczykiju, punkt, gdzie można „zatrzymać czas” na godzinę), wpadliśmy w dużej grupie, tracąc do czołówki max pół godziny. Po pk14 połączyliśmy siły z Marcinem, a wiadomo, że we dwóch zawsze łatwiej. Mimo to , po wyjściu z świetlicy (na której zaserwowano masę smakowitości) nie szło nam za dobrze. Ja odparzyłem sobie palca, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego, w dodatku kompletnie straciłem wolę walki. Marcin za to… cóż, to zależało, czy akurat miał kryzys. Raz potrafił świetnie prowadzić i trzymać mocne tempo, innym razem sadził głupie błędy i kompletnie mnie ignorować. Widać nie tylko ja miałem zły dzień. Tak to turlaliśmy się lepiej bądź  gorzej do ostatnich trzech punktów, które były zbite w grupkę. Na pierwszym wylecieliśmy w kosmos, na szczęście nakierowaliśmy się na innych „zagubionych” i razem wyczesaliśmy lampion. Na drugi pewnie wprowadził Marcin, a trzeci… Cóż, mi przestało się spieszyć. Marcin poleciał przodem, ja zostałem z tyłu. Przy wyjściu na asfalt doganiają mnie jacyś zawodnicy, któryś mija mnie i pyta co u mnie. Na moje burknięcie, że rozmyślam, rzuca, że będzie niezła relacja. Sprawnie wchodzimy na punkt, w sumie w pięć osób. Rozpoznaję Andrzeja Buchajewicza. Wracając coś tam sobie rozmawiamy o mecie, do rozmowy próbuje się włączyć zawodnik, który wcześniej pytał co u mnie. Dopiero w tym momencie dociera do mnie, że to Michał Jędroszkowiak. Wracamy na asfalt. Postanawiam truchtać do mety z przygodnym zawodnikiem, przez pewien odcinek towarzyszy nam Michał. Jak zawsze, uśmiechnięty, rozgadany… a przecież ma w nogach dużo więcej niż ja. Wkrótce on i pozostali setkowicze (wśród nich jeszcze Piotr Szaciłowski – kurcze, trafiłem na śmietankę biegową w środku lasu), skręcają w swoją stronę. Oni mają jeszcze 3pk, nam został tylko asfalt do mety. Spokojnie truchtamy z Marcinem (ów przygodny zawodnik), na koniec nawet mamy obstawę w postaci mieszkańców Gryfina. Jeden z nich uparcie próbował biec z nami, gdy nie dawał rady, dosiadał się do kolegów w aucie. I tak cztery razy, aż do samego dom kultury. Bardzo przyjemny akcent na koniec, do tego „piątka” za dobiegnięcie do mety, i oddajemy karty. Dwudziesta pozycja to nie było to, co zakładałem, mimo to mogło być gorzej…

Po RDSie chyba zrobię sobie trochę luzu w kalendarzu startowym.

Read Full Post »