Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Jelenia Góra’

Czas gna do przodu. Ani się człowiek obejrzał, a od zawodów minął tydzień. A relacji jak nie było tak nie ma. Dlatego więc, na chwilę obecną podaruję sobie wpis  pod tytułem „co ja właściwie tutaj robię?” i przejdę do tego, co działo się w Barcinku.

Poranek

Godzina 6:00 am. Chłodno, mglisto. Pogoda w sam raz, żeby…

Zdjęcie: Asia

No bo co innego normalny człowiek robi w sobotę o takiej porze? Można też tak:

Zdjęcie: Asia

Nawet rozmowy były utrudnione:

Zdjęcie: Asia

Plan zakładał start w bezrękawniku, ostatecznie jednak nie zdecydowałem się na tej zimnicy zdjąć bluzy. Tuż przed startem Janek Lenczowski wrzucił mi do niej paczuszkę z nadajnikiem. Ha, będą mnie widzieć na orienttracku – nie ma się co kręcić w krzakach, bo wyśmieją. Ruszamy asfaltem przez resztki mgły do pierwszego punktu, gdzie czekają na nas mapy.

Punkty

zdjęcie: Monika Strojny

Mapę podnoszę jako pierwszy. Towarzystwo dookoła pierwszorzędne. Nie myśląc wiele lecę na zachód. W biegu patrzę na mapę dokładniej. Nasrali tych punktów jak… znaczy, dużo ich. Niby ostrzegali, że 27. Niby mówili… kurna, no, wala się ich na tej mapie w każdym możliwym kierunku. Dobrze chociaż, że same wejścia na punkt nie sprawiają na razie problemów. Po drugim ci mocniejsi zaczynają mnie wyprzedzać. Zdejmuję bluzę, robi się ciepło. Wpadam na punkt z wodą, strasznie szybko, przecież to dopiero początek. To chyba nie jest optymalny przelot… mimo to kolejne punkty wchodzą dość gładko. Czołówka ucieka, wpadam na Marcina Kargola, nie ma zaliczonej siódemki, którą mam ja. Mijamy się przez kilka punktów, czasami biegnąc razem, czasami rozłączając. Na pk 21. Pierwsza wtopa nawigacyjna, z 15min poszło w piach. W końcu naprowadzają mnie piechurzy, który idą „niepełną” trasę od drugiej strony. Na następnym pk, 23 wpadamy z Marcinem na Magdę Kozioł i Wojtka Stolarczyka. Wychodzi, że mam za sobą ponad połowę. Cały czas z Marcinem dalej. Ten wypatruje na mapie właściwą trasę przez Piechowice, ostatecznie jednak punkt zdobywamy osobno.

zdjęcie: Monika Strojny

I tak to leci. Trochę wolniej, trochę szybciej. W okolicach pk13 po raz ostatni mijam Marcina, który akurat wyleciał na moment w kosmos. Kolejne punkty lecą samotnie, chociaż dookoła coraz więcej zawodników – docieram w centrum mapy i krzyżują się tu różne warianty. Po niezbyt szczęśliwej kolejności zaliczania odcinka specjalnego wpadam na Krasusa z ekipą. Razem podbijamy pk18, wychodzi, że mają kilka potwierdzeń mniej niż ja. Rozchodzimy się w różnych kierunkach. Jest coraz cieplej, wody w bukłaku robi się coraz mniej, żele energetyczne właśnie się skończyły, a czekolada rozpłynęła. Mimo to truchtam powoli dalej patrząc na zegarek. 8 godzin… powinno się udać. W okolicach pk12 popełniam błąd i zbiegam za nisko. Za to spotykam Pawła, z którym tu przyjechałem – leci z innego kierunku i nie wygląda najlepiej. Razem wchodzimy na pk12 a ja zmuszam się do truchtu. Po pk11 pora na pk8… tak, o tym punkcie powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia. U mnie skutkuje krótką cofką, bardziej jednak jestem zainteresowany wodą w rzece. Asia dzwoni, że najlepsi zbliżają się już do mety. Patrzę na zegarek. Spoko, stracę do nich mniej niż godzinę i złapię się w 8h. No, może. Szybko kalkuluję 7/8 *50… bardziej żeby zająć czymś myśli, niż dlatego, że mi zależy na tej wiedzy. Ale wychodzi nieźle, zwłaszcza, że… nie przyjechałem tu z nastawieniem, że zrobię dobry wynik! Powłócząc nogami  przebijam się przez Kromnów i forsuję na przełaj zbocze wzgórza. Początkowo zmierzam nie do tego lasu co trzeba, jednak w końcu docieram do punktu.

Jest gorąco. Pić już dawno nie ma co, nogi bolą. Truchtam przez pięknie wybronowane (?) pole. Biegnę, kawałek maszeruję, biegnę… to już tylko jeden pk i meta. Pk odnajduję, chociaż ustawiony jest jak na mój gust złośliwie, bo w zarośniętym wąwozie bez podpowiedzi, skąd atakować. Teraz tylko trucht do mety. Przecież nie pozwolę, żeby mnie ktoś teraz wyprzedził! Przez bród na rzece wpadam na asfalt, czym wprawiam w osłupienie bawiące się tam dzieciaki. Z tyłu miga mi niebieska sportowa koszulka – biegnie, nie idzie. O tym, jak to widział Krasus, przeczytacie tutaj. A ja? Ja po prostu biegłem i próbowałem nie płakać i nie zwalniać. Wpadam na metę, mijam Asię robiącą mi zdjęcia. Budynek, stanowisko sędziego, patrzę na zegar i widzę :56. Udało się, poniżej 8h! Dzieje się dużo, nagle ktoś mnie uświadamia, że mam czas 8h56min. Konsternacja. Kurde, faktycznie. Zgubiłem gdzieś po drodze godzinę. Jak się chwilę później okazuje, przeoczyłem też skalę mapy (35000, zamiast 50000), co dziwnym trafem nie zmieniło nic w nawigacji (pytanie, jak to o mnie świadczy, pozostawiam otwarte). Podchodzi Janek i mówi, że mój wariant nie był optymalny. Dupa, ja będę go bronił murem, może poza kolejnością na OSie.

Zdjęcie: Asia

Ostatecznie – 15. Pozycja open, 13. Wśród mężczyzn. Patrząc, że ostatnimi czasy w moim dorobku przeważa NKL… tak, jestem zadowolony. A 27 (a raczej 28, bo jeszcze pk z mapami) punktów raz na jakiś czas też może być fajne. Byle by nie za często. I chciałem jeszcze pogratulować (i podziękować) Krasusowi – osobiście uważam go za najszybciej robiącego postępy zawodnika w tym sezonie. Tak dalej Krasus. I następnym razem wpadnijmy na tą metę (niemal) równo.

Zdjęcie: Asia

Read Full Post »

Na wstępie powiem, że nie mam pomysłu, jak opisać ostatnie dni w składnej relacji. Właśnie dni, bo wyjazd na RW połączyłem z wizytą w Jeleniej Górze, gdzie zjawiłem się już w czwartek rano.

Po aktywnym wypoczynku na wsi na początku tygodnia, czekało mnie błogie lenistwo w górach. W sumie to trochę głupio, być drugi raz w ostatnim czasie w Jeleniej i nie wyjść w góry… No, ale w końcu od czasu do czasu można się dla odmiany pobyczyć, prawda? No dobra, lenistwo było prawie pełne – w piątek Wyszedłem z Asią i jej siostrą na „trening”. Miała być grzeczna przebieżka, miał być relaks… a skończyło się trzymaniem tempa po górkach. I choć dystans skromny (6km), to udało mi się zajechać… jeden z wielu błędów które udało mi się popełnić w kontekście tego rajdu…

W sobotę wstałem wcześnie, ale wypoczęty. na dworze zamiast zapowiadanych chmur piękne słońce… czułem, że będzie prażyć, a mimo to nalałem do bukłaka tylko litr picia. drugi błąd ląduje na liście, chociaż ten akurat nie zdążył wpłynąć na wynik. Sprawne pakowanie i w obstawie Rodziny Buczek jadę do bazy, czyli Karpnik (Karpników?). Na miejscu wita nas piękne słońce i tłum znajomych twarzy. Weronika, Janek, Remik, Marcin(y), Konwalie, Adam, Darek… no i oczywiście organizatorzy, czyli Ciocia Asia i  Robert Domański,  którego ni za cholery nie mogłem poznać w nowej (dla mnie) fryzurze. Uśmiechy, zdjęcia, powitania, wspomnienia… Niby jak na każdym rajdzie, a jednak tak jakoś „bardziej”… totalny luz, piękne słońce, śmiech, a przecież za moment odprawa i trzeba ruszać na trasę!

Umówiłem się z Jankiem, że ruszymy z Jankiem, mówi, że nie jest w formie. Odprawa, ostatnie wyjaśnienia, mapy i lecimy… jak wariaci. Asfaltowy podbieg (do pierwszego pk prawie cały czas pod górkę), a peleton ciągnie masakrycznym tempem. Oj, boli… mimo to nie chcę odpuszczać Janka, wiem, że jak mi teraz ucieknie, to już go nie złapię, a BNO, które czeka na pierwszym punkcie chciałbym zrobić z kimś. Do punktu dobiegamy między dwoma dużymi grupami zawodników, zmieniamy mapy i zanim zdążę zerknąć, już lecę za Jankiem. Nie mogę się skupić, nogi coś nie podają i myślę tylko o utrzymaniu tempa. Podbijamy pk7, lecimy asfaltem dookoła pagórków do pk1, błądzimy dłuższą chwilę, w końcu Janek wykopuje lampion spod ziemi (niemal dosłownie, stał w zagłębieniu). Czuję się coraz gorzej, wiem, że nie utrzymam tempa Janka, więc puszczam go przodem i lecę sam, starając się w końcu skupić na mapie. Spotykamy się ponownie pod Skałami w okolicach pk4 i latamy niezdecydowani, gdzie jesteśmy. W końcu rozdzielamy się, ja zaliczam piękną wspinaczkę po skałach i drapanie się po głowie z kategorii „gdzie do cholery jestem?” W końcu robi się więcej ludzi, któryś z Konwalii krzyczy, że ma punkt, podbijam go równo z Jankiem, ale znowu się rozdzielamy. Większość zaczęła trasę od południa i ma nad nami sporą przewagę, przez co morale spada jeszcze bardziej. Następne punkty (pk10, pk11, pk14) idą znośnie, chociaż tempo mam raczej marne. Mijam sporo piechurów, a Asia regularnie daje sygnały z drugiego punktu głównej pętli, gdzie zjawiają się kolejni zawodnicy. No nic, ze ścigania nici, ale spróbujemy jeszcze powalczyć. W końcu został tylko jeden punkt z BNO, później będzie już łatwiej…  znowu nie mogę się skupić na mapie, na zmianę wkładam słuchawki i je wyciągam. Z pk14 lecę na azymut i… wylatuję w kosmos. Tak totalnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie wiem, co zrobić, żeby się odnaleźć, a po 20min mam już serdecznie dość. Dookoła żywej duszy, a kolejne próby odnalezienia się nie przynoszą zmiany. Po jakimś czasie wpadam na dwóch piechurów, wydaje się, że wiedzą, gdzie są, ale ponownie wylatujemy w kosmos. Rozdzielamy się, a ja podejmuję decyzję. Dzwonię do Asi i mówię, że schodzę. Ale najpierw uratuję dumę – siedzę na tym punkcie już jakieś 40min, więc w końcu go znajdę. Teraz czas nie ma już znaczenia. docieram do niebieskiego szlaku, postanawiam uderzyć do asfaltu na północy. Nim tam docieram, spotykam innych zawodników i… lampion. Cholera, trzeba to było zrobić pół godziny temu… spokojnym biegiem wracam do startu odcinka specjalnego, a stamtąd w dół asfaltem do Bazy. Słońce świeci, dookoła piękne widoki, biegnie się dobrze… i tylko kierunek nie ten, cel inny od zamierzonego. Po drodze mijam Roberta, chyba jest zdziwiony moim zachowaniem. Na mecie Ciocia zabija mnie wzrokiem i niechętnie odbiera kartę… cóż, nawet na najciekawszej i najlepiej zorganizowanej imprezie, jak się nie układa, to się nie układa. Bo właśnie impreza była ciekawa, dawno już się tak nie kręciłem po lesie, dawno też nie dostałem tak w tyłek. Zwyczajnie popełniłem błąd (największy i bijący wszystkie inne) i nie doceniłem imprezy. A pierwsze wtopy, zamiast mnie zmobilizować, totalnie mnie rozkojarzyły i zniechęciły.

No, ale coby nie było – nie smęcę. Naprawdę mi się podobało. Naprawdę cieszę się, że tam byłem. I z podwójną chęcią przyjadę za rok, na dobrą imprezę i po rewanż. Tym razem ze świadomością, że dostanę po tyłku 😉

Z tego co wiem, zawody były trudne nie tylko w moich oczach. Wyniki też sporo o tym mówią. Mam wrażenie, że po Harpaganie ludzie jakoś tak nastawili się na lekkie imprezy. A tu psikus!

A już za tydzień okazja, żeby się odkuć – sentymentalna podróż na Setkę z Hakiem…

Zdjęcia autorstwa Asi

Read Full Post »