Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Koszalin’

godzina 1:30 temperatura w okolicach -3 stopnie. Przebieramy się w Aucie, po czym ruszamy na stadion. Szatnie zabite po brzegi, grzeję się chwilę w ciepłym, ale ciągle ktoś przechodzi i nie mogę nawet porządnie zawiązać butów. W końcu wychodzimy na mróz, chociaż do startu jeszcze 20min. Oddajemy worek do depozytu, trochę zamieszania powoduje fakt, że chcemy mieć jeden worek na dwie osoby, ale w końcu wszystko udaje się załatwić. Nie wiedząc co z sobą zrobić zaczynamy… tańczyć. Tak, Asia miała rację, jesteśmy psychiczni. weekend, noc, mróz, a my zamiast spać w ciepłym łóżku, podskakujemy na tartanie i śmiejemy do siebie.

W końcu pora iść na linię startową. Asia staje z tyłu, ja w drugim rzędzie. Słuchawki w uszy, garmin odpalony, pozostaje czekać. Nawet muzyka nie potrafi zagłuszyć odliczania, w końcu ruszamy. Nie daję się porwać tłumowi, ale i tak wybiegając ze stadionu widzę na zegarku 4:37. Powoli odsuwa się ode mnie peleton. Przypominam sobie, że przecież biegną też ludzie na połówkę, więc jest ok. I tak spokojnie leci pierwsze okrążenie. No, prawie spokojnie, bo coś tam w brzuchu burczy i przewraca się. Na końcówce okrążenia mijam się z Panią w ładnej niebieskiej spódniczce założonej na leginsach. Biegnie szybko, ciut za szybko jak dla mnie, ale co tam, postanawiam się podłączyć, na szczęście nie ma nic przeciwko. W połowie drugiej pętli widzę Asię biegnącą z naprzeciwka. Przybijamy piątkę, wygląda dobrze, więc jestem spokojny. Kolejne kilometry lecą i tylko co jakiś czas coś się odzywa z brzucha. Dogania nas jeszcze jedna kobieta, ponoć jakaś dobra zawodniczka. Podczepiamy się pod nią i lecimy w trójkę, a momentami nawet w większej grupce. Niebieska spódniczka biegnie tylko połówkę, szkoda, bo naprawdę łatwiej się biegnie w takim towarzystwie. Kończymy trzecią pętlę, a garmin pokazuje równe 4:40. Wszystko ok, nogi idą jak powinny. Tylko coś jest nie tak z brzuchem. Kurcze no, chyba jednak dam radę, nie jest przecież tak źle. Nagle, mniej więcej w 1/3 czwartej pętli czuję, że nie wytrzymam. Skręcam między budynki, jakieś 100m dalej niż rok temu i… i zaliczam awaryjne WC za jakimś marketem. Błe… słaniając się wracam na trasę. Momentalnie łapią mnie skurcze, w brzuchu dalej się przewraca, po Paniach oczywiście ani śladu. Jeszcze próbuję, ale już wiem, że to koniec. Postanawiam chociaż dogonić Asię, bo przecież powinna być gdzieś przede mną, niedaleko. Zataczając się dopadam do stadionu, a jej dalej nie widać. Boję się, czy przypadkiem coś się nie stało. kończę czwarte okrążenie, gdy na zegarze wybija 1h40min. Dostaję medal, oddaję, dostaję następny… szukam Asi, nie widzę jej nigdzie. Idę po depozyt, okazuje się, że nie odebrała go, więc musi być gdzieś na trasie. Dzwonię, odbiera. Ma niedługo skończyć trzecią pętlę.

Normalnie to byłby dla mnie koniec. Wkurzony zszedłbym do przebieralni, wsiadł w auto i pojechał do domu. Jednak tym razem było coś jeszcze do zrobienia. Przykryty kocem, z czarnym workiem w ręku stoję na wbiegu na stadion i czekam. Jest, biegnie. wygląda całkiem dobrze. Dołączam i truchtam obok niej. Ojjjjj… skurcz na skurczu, nie jestem w stanie dotrzymać jej tempa, a przecież to tylko trucht. bierzemy herbatę i przechodzimy do marszu. Została jedna pętla. Jedna długa pętla dla nas obojga. Maszerujemy, oboje nie mamy siły na bieg, chociaż ja staram się tego nie pokazywać. Rozmawiamy, uśmiechamy się do wolontariuszy i kawałek po kawałku rozprawiamy się z  trasą. Ja pod zielonym kocem, Asia pod folią NRC. Ja z workiem na śmieci pod pachą, Asia w pięknej czerwonej chustce na głowie. Ramię w ramię. To było niesamowite przeżycie, chociaż to tylko marsz. W połowie pętli zaczynam liczyć. Wychodzi, że powinniśmy się zamknąć w 3h. Jest dobrze. Asia prosi, żebyśmy biegli tylko ostatnią prostą na stadionie, ale jak wpadam na tartan, przechodzimy do truchtu. Zegar na mecie potwierdza – zmieściliśmy się. A Asia bała się, że nie wyrobi w 4h… oj, moja mała wojowniczka. medal na szyję i padamy sobie w objęcia.

I wiecie co? Cieszę się, że tam pojechaliśmy. Że nie leżeliśmy w tym czasie w ciepłym łóżku.  Że byliśmy tam, żeby świętować Asi sukces i żeby tańczyć na mrozie. I jej, z okazji pierwszych ukończonych zawodów dedykuję ten wpis. Gratulację, moja biegająca kobieto 🙂

A poniżej mistrzowie drugiego planu, czyli jak załapać się na zdjęcia, niekoniecznie do nich pozując:

 

Adam Kazimierski

P.s. Następnym razem złamię te 3:20. A nawet lepiej. Wiem że mogę. Tylko jeszcze nie wyszło 🙂

P.p.s. Asia też swoje przeżyła z żołądkiem na tych zawodach. Nie wierzę w fatum, ale te zawody nie przynoszą szczęścia w tej kwestii. A na wszelki wypadek nie zamawiam więcej cebulowej przed startem.

Reklamy

Read Full Post »

Przydługi tytuł, ale też i ostatni wyjazd obfitował w sporo wydarzeń. Zgodnie z planem stanąłem w Niedzielny poranek (??) na starcie Koszalińskiego maratonu Nocna Ściema. I w zasadzie to tylko to było zgodne z planem.

Ostatnie próby poskładania jakiejś sensownej formy biegowej szły dobrze. Nie rewelacyjnie, ale dobrze. Pracowałem nad odzyskaniem szybkości, skupiłem się na dystansie 5km, Na tydzień przed startem wyglądało to już całkiem dobrze – ocierałem się o 20min i czułem, że do granicy jeszcze sporo brakuje. A potem przyszedł masakryczny tydzień w pracy, została nas połowa składu. Jak wracałem do domu, to ostatnie o czym myślałem, to bieganie. I w efekcie nie przebiegłem nic. Totalnie nic. Nawet nie wypróbowałem opasek kompresyjnych które zamówiłem u Grześka. Mimo to twardo nastawiałem się na 3:20. Czułem się dobrze, nic nie bolało, brakowało tylko dłuższych wybiegań – może się uda…

Na kilka dni przed wyjazdem Paweł stwierdził, że nie wyrobi czasowo. W sumie się nie dziwię – studia zaoczne plus młyn który ma w pracy… No, ale wiadomość  przykra, w końcu to miał być jego pierwszy maraton. Pomagała myśl, że nie zostanę sam, w końcu miała jechać ze mną Asia. Coś tam się licytowała ze mną, że zrobię ten maraton szybciej, niż ona połówkę i to ja będę czekał na mecie…

W końcu przyszła sobota. Śnieżna sobota. Sobota zimna. I na dokładkę wietrzna. Niby prognozy zapowiadały, niby wiedzieliśmy, że ma być śnieg… dobrze chociaż, że zimówki już były w aucie, bo było by krucho. Co ciekawe, taka pogoda towarzyszyła nam tylko do Poznania – dalej jak ręką odjął, czysto i cicho. A ponoć Wrocław to najcieplejsze miasto w Polsce. Korzystając z tego, że warunki bardziej sprzyjały wyjściu z auta, postanowiliśmy zatrzymać się na jedzenie. „O, to ta knajpa, w której zatrzymałem się rok temu! zawracamy!” No i zawróciliśmy. Traf chciał, że w zajeździe odbywały się… gody. Nigdy nie byłem na takiej imprezie, ale wyglądało dla mnie jak spokojniejsza odmiana wiejskiego wesela. Na szczęście znalazło się dla nas miejsce na uboczu. Standardowe ruskie, a na pierwsze danie… cebulowa! Jadłem ją rok temu, więc dlaczego tym razem nie?… no nie…? ehh…

W końcu dotarliśmy do Koszalina. Zapas czasu spory, a przecież mieliśmy co robić: rejestracja, spacer do pizzeri, pyszny makaron ze szpinakiem, kolejny spacer, znowu wizyta w rejestracji, przygotowanie sprzętu… z każdą chwilą robiło się chłodniej, a przynajmniej tak to odbieraliśmy. W końcu, nie mając się gdzie podziać, poszliśmy do centrum handlowego, gdzie w multikinie miała się odbyć odprawa oraz… seans filmowy. Podobnie jak rok temu, tak i tym razem można się było trochę oderwać od myśli o maratonie i obejrzeć film na dużym ekranie. Trochę, bo film, rzecz jasna, traktował o bieganiu. Town of Runners, dokument opowiadający o bieganiu w Etiopii. Więcej o nim kiedy indziej, w każdym razie historia dzieci biegających w afryce zostawiła u mnie mieszany nastrój na nadchodzący wysiłek. Nie pozostawało jednak nic innego jak wstać z przyjemnego fotela i wrócić na mróz…

Zdjęcie Autorstwa Adama Kazimierskiego

C.D.N.

Read Full Post »