Feeds:
Wpisy
Komentarze

Na czym to stanęliśmy? Ah tak, poszliśmy spać. Rano faktycznie okazało się, że za kwaterę przyszło nam zapłacić, jednak udało się stargować cenę o połowę (wszak spaliśmy tylko pół nocy 😉 ). Przygotowywanie jedzenia, ciuchów, roweru… prawie jak na starcie PMNO, a jednak jakoś inaczej. Pewnie przez brak noclegu na sali gimnastycznej. Idę dopełnić rejestracji, dostaję chipa, a na widok mojej miny Pani w biurze dokłada mi do niego instrukcję montażu. jeszcze wizyta na serwisie (darmowym) w celu wymiany klocków i jestem gotów do jazdy. niepokoi mnie tylko informacja o błocie na trasie – no bo skąd ono tam ma być, jak od tygodnia skwar? Pewnie jakieś dwie kałuże a oni tak tylko marudzą… Ustawiam rower w wyznaczonym miejscu a następnie maszeruję na start.

I tu zaczyna się problem. Relacja wygląda zupełnie inaczej z punktu widzenia żółtodzioba i inaczej dla kogoś kto o tego typu ściganiu ma chociaż minimalne pojęcie. Stąd też obok mrożącej krew w żyłach opowieści o trudach na trasie pojawia się ironiczny uśmiech na widok rażących błędów. W efekcie opis wyszedł trochę… dualny.

Stoimy na linii startu. Słońce już przyświeca mocno, a to dopiero 9.00. W końcu sygnał do startu. Biegnę w oszalałym tłumie, mając na nogach SPDy i dopadam swojego roweru (Idiota, co ci da te kilka sekund przewagi które tu zdobędziesz). Ruszam ostro, podobnie jak reszta zawodników (Tylko że oni mają dużo więcej pary w nogach i mogą sobie pozwolić) i telepię się po wertepach pola na którym jest strefa zmian. Wypadam na szuter, później na asfalt tempo około 25km/h (czyli dużo za dużo), w pewnym momencie wyprzedzam dwóch chłopaków i jadę jako pierwszy w grupie. Tak skutecznie że wylatuję z trasy, nie zauważając skrętu z powrotem w pole. Nawrotka, wpadam w tłum przez który próbuję się uparcie przebijać. I tu pojawia się błoto. I koleiny. I jeszcze więcej błota. I zatory na trasie, bo ktoś tam z przodu nie wyrobił i zwolnił do zera. To pewnie ten błotny odcinek o którym słyszałem na starcie, nie potrwa długo (naiwny…). Dalej przebijam się obok wolniejszych zawodników nie zważając na trzęsący się rower i błoto pryskające na wszystkie strony (jadąc po asfalcie tej energii wystarczyło by pewnie na prędkość, którą normalnie nie jeżdżę. Tu gnałem jak głupi z coraz szybszym oddechem i tętnem bijącym w skroni). W końcu dobijam się do suchej drogi. Teraz powinno być lepiej. Odcinek wzdłuż wału powodziowego, wjazd na wał, nawrotka i teraz jazda wałem. Zjazd, trochę trawy, trochę kolein, trochę płyt z betonu. Przerzutki szczękają, łańcuch terkocze, ja cały w kropki. Wpadam do lasu a tam… To da się, żeby było jeszcze więcej błota i kolein?! błoto, zakręty, drzewa, błoto… zjazd do kałuży, rozchlapuję brudną wodę na wszystkie strony, piaskowa pułapka, a za nią piaskowy podjazd znowu na wał i znowu błoto. W końcu wyjeżdżam na utwardzaną drogę, teraz rowerem rzuca góra dół na dziurach… sam nie wiem, co gorsze. Kawałek wzdłuż pola i w końcu koniec pętli. Czas w okolicach 45min. (czyli niewiele za pierwszą dziesiątką zawodników. W dodatku przez cały ten młyn nie tknąłem butelki z piciem. Już czuć pierwsze objawy odwodnienia, a ja, głupi…) zaliczam krótką przerwę na picie i lecę dalej, dalej tym samym ostrym tempem.

I w zasadzie poza bólem głowy to mógłbym skopiować opis pierwszego przejazdu. No dobra, tym razem udało się nie zgubić. Na strefie Paweł gdzieś się zapodział więc nawet nie staję tylko jadę trzecią pętlę. Gdy ją kończę jest już naprawdę średnio. Zajmuję 12. pozycję, 4. w kategorii, ale odwodnienie zaczyna wygrywać. Łapczywie wypijam butelkę lemoniady i wciągam żel. I znowu na pętlę. Próbuję jechać spokojniej, ale… to męczy jeszcze bardziej, bo jest więcej walki w błocie. Znowu strefa. kolejna butelka, na jedzenie patrzeć nie mogę. Ruszam, na ubitej drodze trochę wolniej. Błoto, walka i… skurcz. Zjeżdżam na bok, rozciągam, daję chwilę luzu, ruszam. Przejeżdżam kawałek i… znowu skurcz. Nie pomaga manewrowanie zabłoconymi przerzutkami, nie pomaga możliwie spokojna jazda. Do mety łapie mnie jeszcze kilka razy, czasami ktoś zatrzymuje się i pyta czy pomóc. Na to nie ma pomocy. W końcu docieram do strefy, wynik gorszy o 15min od ostatniej pętli. minęły dopiero 4h. niecałe. Mam dość. Kręci mi się w głowie, skurcze łapią nawet gdy prowadzę rower. Niby mogę odczekać godzinę, odpocząć, umyć rower i siebie… ale głowa jednoznacznie wysyła sygnał „dość”.

No i tyle. Prysznic, pakowanie, łapczywe uzupełnianie płynów (izotonik w bufecie okazuje się naprawdę niezły), wsiadamy za kółko i do domu. Pokonany, a jednak zadowolony. Plan, choć minimalnie, to wykonany. Byłem, zobaczyłem, poczułem… i dałem się sponiewierać. A w głowie już pojawiały się myśli, co zrobić, żeby za miesiąc nie było powtórki.

Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda… Niestety przeprowadzka okazała się tematem trudniejszym niż myślałem i ten na przykład internet zawitał na nową kwaterę dopiero dzisiaj – a i to po wielkich bojach z moją awersją do sieci. Przepraszam więc za ostatnią ciszę w sieci.

Obiecanej relacji z Mazovii 12h niestety nie zamieszczę – zwyczajnie nie miałem kiedy jej napisać. Powiem więc tylko w skrócie: Mazovia 1:0 Irek. Totalny żółtodziób dostał ostrą szkołę i wyciągnął wnioski. Runda druga już w sobotę, na Mazovii 24h. Mocno wierzę, że będzie lepiej, zwłaszcza, że okres między tymi startami przyniósł naprawdę sporo kilometrów w siodle.

I jeszcze powrót do tematu który gdzieś tam pojawił się jeszcze w czerwcu – projekt, roboczo nazwany „IROman” rusza już od sierpnia. Sponsor potwierdził budżet, plan w miarę ułożony, dogrywam ostatnie formalności… będzie się działo! Szczegóły (odpukać) niebawem.

Niestety, w związku z przeprowadzką wpis o Mazovi się opóźni… miłego dnia

Mazovia12h – zajawka

Wyjazd o godzinie 19.45 z Wrocławia. Dzisiaj towarzyszy mi Paweł. Przed nami 360km (przypadek?) do pod-Warszawskich Łomianek. Po zeszłotygodniowej eskapadzie do Rumii wydaje się to prostą podróżą, nawet, gdy zignoruje się Google i pojedzie przez Piotrków Trybunalski. Ruszamy, początkowo w sporym sznurku aut, później już w mniejszym ścisku. Przed Bełchatowem zatrzymujemy się na pierwszy postój, nigdzie nam się nie śpieszy. Podziwiamy piękny kraj który przemierzamy, dyskutujemy na tematy wszlakie i tak dojeżdżamy do Piotrkowa. „No, teraz pójdzie już z górki, będziemy mieli piękną dwupasmówkę”…

Powiem wprost – rzadko narzekam na sytuację w Polsce. Naprawdę jestem zadowolony z tego, co widzę w tym kraju. Ale tu spotkał mnie duży zawód. Od kiedy jeżdżę na rajdy, 97km odcinek drogi krajowej nr 8 jest w remoncie. Ostatni raz jechałem tędy w Styczniu i wydawało się (co potwierdzali pracownicy stacji benzynowych), że prace są na ukończeniu. W tym większym szoku byłem, gdy ponownie musiałem ciągnąć się prawie cały ten odcinek, pachołek, za pachołkiem… Mój dobry nastrój uleciał, w duchu dałem pięknemu krajowi minusa.

Przed Warszawą jeszcze postój w Mc Donaldzie, później szybki przelot przez nocną stolicę i docieramy do Łomianek. Tu chwila kręcenia się po dziurawych drogach gruntowych i wpadamy na rowerzystów (druga w nocy), którzy wskazują nam wjazd do ośrodka. Na terenie witają nas Charty i Pani pracująca w kuchni. Na pytanie o bazę zawodów i nocleg idzie do szefa, który „każe nas ugościć”. Pani grzecznie prowadzi nas do dwuosobowego pokoju, który szykuje mimo zapewnień, że wystarczy kawałek podłogi. „Oj, drogo nas to będzie kosztować rano…”. Mimo to, zmęczeni, idziemy sprawnie w kimę. Jest godzina 02:30.

W następnym odcinku

Już za tydzień poczytacie, jak Irek Pojechał do Warszawy i co z tego wynikło. Dlaczego dwa kółka są lepsze, a dlaczego gorsze od dwóch nóg? I co robi z człowiekiem wczesno-letnie Polski słońce w ciągu dwunastu godzin? Czy był pot, czy były łzy i czy polała się krew? O tym wszystkim już niebawem, w relacji z Mazovia 12h

A tymczasem wszystkiego najlepszego z okazji pierwszego dnia lata. Oby słońce nie spadło nam na głowy!

Wakacyjny Tułacz 2012

Jak pisałem ostatnio, Tułacze dzieliłem dotychczas na te udane (jesienne) i te, które określałem jako sromotna porażka (czyli edycja wiosenna). Jak się okazało zależność sprawdziła się i tym razem, ponieważ Wakacyjny Tułacz poszedł… średnio.

Jednak (!) na samym wstępie chcę powiedzieć, że z imprezy cieszę się niezmiernie, nawet jeśli wynik sportowy okazał się marny. Po sporym kryzysie w maju, poczułem w końcu efekty czerwcowych treningów. Nie miałem kryzysów jako takich, nawet dołożenie dodatkowych kilometrów (obstawiam, że w moim wykonaniu trasa miała około 65km) nie zrobiło na mnie wrażenia. Ba, nawet skwar i odwodnienie, tak bardzo dokuczające mi ostatnimi czasy, tym razem po prostu były (sikanie na brązowo – niesmaczne, ale prawdziwe). Więc co poszło nie tak?

W zasadzie to sam nie wiem. Może było trochę za dużo radości z imprezy? Już w drodze na pierwszy punkt dwa razy wyleciałem z planowanego wariantu, ale nie  zrobiło to na mnie wrażenia. Później ogólne założenie (dokładaj kilometrów, ułatwiaj nawigację) zaczęło zdawać egzamin. Kolejne punkty wchodziły nie za szybko, ale całkiem pewnie. asfaltowy przelot do Gdyni, a następnie na pk5 bardzo mi się spodobał (chociaż tutaj akurat strzeliłem pierwszego stowarzysza),

jeszcze bardziej podobał mi się asfaltowy odwrót w stronę Gdyni i droga na PK6. No dobra, może nie podobał, ale był bardzo zachowawczy. I nie skończyłem na przesłuchaniu wojskowych, jak (wedle plotek) niektórzy…

Później też jakoś to szło. W drodze na PK8 pomogli zawodnicy z naprzeciwka (trasa 25 i 30km), do PK10 był przyjemny przelot krętym duktem przez las, a potem… A potem wyleciałem w kosmos (dlaczego to stwierdzenie tak często gości w moich relacjach?). Nie wiem, jak to się stało. Znaczy wiem, jak zawsze, w momencie gdy przestało grać, powiedziałem sobie „jakoś to będzie” i szedłem dalej na ślepo. Żeby było ciekawiej, po drodze minąłem nawet jakiś lampion, ale skołatany umysł podpowiedział tylko „stowarzysz” i poszedłem dalej…

obudziłem się tutaj:

Prawda, że pięknie? taka okrągła dziura porośnięta zieloną trawą. Usiadłem i wydumałem, że to musi być to. Podjąłem decyzję, że nie wracam po PK11 – czas zaczynał gonić, a ja na godzinnym błądzeniu wypiłem większość tego, co chlupotało w bukłaku. Pozostaje jeszcze dodać, że znalazłem nowy, niekonwencjonalny sposób na odnalezienie się w takim totalnym zagubieniu. Otóż doszedłem do wniosku, że idąc wąwozami wzdłuż największych mokradeł (przy obecnej temperaturze oznaczało to choćby i śladowe ilości wody) dojdę w końcu do któregoś z jezior. Skuteczność metody, na podstawie powyższej mapki, oceńcie sami.

Jak już się w końcu wróciło z podróży w kosmosie, należało biec dalej. zwłaszcza, że PK12 leżał nad jeziorem, gdzie będzie coś do picia. Niezrażony niezgadzającą się drożnią i na wpół wyschniętymi mokradłami dotarłem w końcu nad brzeg jeziora… które okazało się z tej strony bagnem. No nic, jak złapię punkt, spróbuję od zachodu. Tak też się stało, szybki zbieg do brzegu i… taaak, nie ma to jak mętna, śmierdząca woda z jeziora. wypiłem z pół litra dochodząc do wniosku, że wolę rozstrój żołądka, niż sushi które mam w ustach. Na moje szczęście obyło się bez rozstroju.

sprawdzony wariant z omijaniem przewyższeń i dokładaniem drogi doprowadził mnie do PK13, gdzie spotkałem Konrada. wymiana uwag i każdy rusza swoją drogą, by znowu spotkać się w okolicy PK14 i… wspólnie wylecieć w kosmos (wybaczcie monotematyczność). Z opresji ratuje nas… rowerzysta który okazuje się swojakiem. wyprowadza nas z opresji, częstuje rozmową o Harpaganie i na moje żebranie obdarowuje dwoma butelkami wody. Tylko dlaczego, kurcze, nie zapamiętałem imienia…? Tak więc, anonimowemu wybawicielowi „dziękuję”.

razem z Konradem zaliczamy więc PK14, a następnie robimy przelot do PK15 gdzie… nie, nie wylatujemy w kosmos. Za to nie widzimy punktu. Widzimy wprawdzie stowarzysza, którego podbijają dwaj inni zawodnicy, ale tego co chcemy, nie ma. W końcu decydujemy się na BPK, co kosztuje nas na mecie 120pk karnych… No nic, bywa. Lecimy dalej, tym razem w towarzystwie chłopaków na crossach. Ostry zbieg w dół, następnie wspinaczka w górę wykańcza Konrada. Gdy docieramy do PK16, oświadcza mi, że odpuszcza 17stkę. Sam decyduję się lecieć całość, wychodzi mi, że nawet przy mizernym tempie które mam w tej chwili powinno się udać bez większych problemów. Mimo to przyspieszam i punkt podbijam po 17 minutach. W pewnym momencie dzwonię do Asi (patrz *) i nakręcam się. PK18 i PK19 to majstersztyk – dwa wzgórza po przeciwnej stronie rzeki. Docieram do głównej drogi i włączam muzykę. Lecę jak nowo narodzony, u podnóża górki spotykam Konrada, który mówi, że niezła wyrypa. Nakręcam się jeszcze bardziej i niemal biegiem forsuję zbocze. ze łzami w oczach podbijam punkt i gnam na dół. Po lekkich problemach przebijam się przez zabudowania i kolejne zbocze, które również zdobywam ostrym tempem. Tuż przed lampionem doganiam Konrada. Podbijam, lecę, byle szybciej. Nakręcony myślę tylko o tym, żeby skończyć w minimalnym czasie, na jaki mnie teraz stać. Dobiegam do PK20, ostatniego. Coś mi nie pasuje, ale stwierdzam, że za blisko właściwego miejsca na stowarzysza. Podbijam, ostry zryw i w padam na metę równo z Marcinem Hippnerem – około godzinę przed limitem.

Później okazało się, że moja końcowa szarża miała średni efekt – zarówno PK19 jak i PK20 podbiłem błędnie. Mimo to jestem z niej bardzo zadowolony. BPK na PK15 nie został nam uznany, ale nie mam zamiaru się o to sprzeczać – zaufam sędziom, że faktycznie tam był. Mimo to jestem z siebie dumny – na taką ilość punktów, wtop nie było zbyt dużo. Trasę na czysto zaliczyło 5 osób. Ja wylądowałem na dalekim 20. miejscu.

* Jakoś pominąłem to w trakcie pisania, ale podczas całego rajdu wspierała mnie moja Asia. Ona również pożyczyła mi MP3 z muzyką, która napędzała mnie na koniec. Dziękuję Asiu :*

I jeszcze na koniec Oświadczenie:

Przy okazji poprzedniego Tułacza, podobno, obsmarowałem Edwarda Fudro. Niniejszym chcę zapewnić, że Wymienionego wyżej Pana bardzo szanuję i podziwiam i z wielką radością dostaję od niego bęcki. Tylko dlaczego, skubany, znowu wygrał? 😛
Pozdrowienia Edek (mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądasz) 😉

P.s. Wybacz zdrobnienie – nie mogłem się powstrzymać.

Wzorcówka ze strony organizatora.

Że blog umiera. Dawno już nie było tak długiej przerwy. A przecież nie jest tak, że nie dzieje się nic. Bo dzieje się dużo. Mam nadzieję, że już w piątek będę mógł powiedzieć coś więcej.
Tak, jestem tajemniczy… 😉

A tymczasem – idzie Wakacyjny Tułacz. Brałem już udział w edycjach jesiennych i jednej wiosennej – ta ostatnia nie przyniosła mi szczęścia, pozostałe wręcz przeciwnie.  Zobaczymy, jak będzie tym razem. A niezależnie od tego, będzie to dla mnie ważny start – ale o tym już opiszę więcej przy relacji. Tak więc – do zobaczenia w przyszłym tygodniu!

A na koniec fotka wygrzebana w ramach sprzątania archiwum. Na uwagę zasługuje postać na drugim planie, czyli nie kto inny jak Jacek Wieszaczewski. W momencie robienia zdjęcia postać całkowicie dla mnie nie znana, a tu proszę – już wtedy pozował ze mną do zdjęcia 😉

A dlaczego Skorpion? Nie mam pojęcia, ale spodobało mi się to zdjęcie 😛