Kanały:
Wpisy
Komentarze

Życzenia dla tych, którzy żyją aktywnie – aby korby się kręciły, ścieżki deptały a kontuzje były tylko bajką do straszenia świeżych sportowców. Aby wiosna przyniosła nową energię po ciemnej zimie i jeszcze aby była tak wiosenna jak w ostatnich dniach – aż do czerwca.

Życzenia również dla tych, którzy jeszcze aktywnie nie żyją – niech wiosna stanie się impulsem do zmiany, tym, co wybawi nas na dwór. Aby ci aktywni mogli z uśmiechem na twarzy patrzeć, jak stawiacie pierwsze kroki na ścieżkach biegowych i żeby były to kroki nie tylko męczące, ale i przyjemne.

Wszystkim naraz – udanej wiosny!

 

P.s. Właśnie uaktualniłem dział wyniki – tak w ramach wiosennych porządków :)

Przelot na PK4. Tomek Grabowski poleciał do przodu, jest ode mnie mocniejszy. Na horyzoncie widzę też dwójkę innych zawodników. Wpadamy na asfalt, Tomek wchodzi na pola i przebija się do przodu. Dwójka z przodu robi to samo kawałek dalej. Lecę zaplanowanym wariantem, wpadam na drogę, której nie ma na mapie – dobiegam nią w okolicę pk. Z naprzeciwka wylatuje Rafał – “jesteś już blisko, jest bardzo łatwy, chyba jesteśmy pierwsi”. Wybiegam na ścieżkę, rozglądam się, lampionu nie ma. Nauczony Włóczykijem zwalniam i odwracam się – jest, zdążyłem go minąć. Przechodzę przez strumień i podbijam punkt. 

Wrażenia zupełnie inne niż dwa tygodnie temu. A raczej zupełnie inne podejście. Pojechaliśmy w czwórkę, poza Marcinem zabrał się z nami Darek, a jako wsparcie i fotograf pojechała Asia. Na miejsce docieramy około 1.00 – standardowo już na RDSie Noc to czas rozmów, ja jednak pasuję, chcę złapać jeszcze trochę snu. Mimo zmęczenia rano znowu budzę się przed budzikiem. Pakowanie, rozdanie map, odprawa… decyduję się robić pętlę w przeciwną stronę niż Marcin. Na starcie jest jeszcze chłodno, ale już czuć, że słońce przygrzewa. mimo to zabieram cienką bluzę. Ruszamy, lecę autorskim wariantem na pk1, w efekcie wpadam na punkt równo z pozostałymi zawodnikami. W drodze na pk2 doganiam Tomka Grabowskiego, postanawiamy pobiec na razie razem. Czeszemy las przy pk2, mimo mocnego tempa cały czas dookoła jest wielu zawodników. W drodze do pk3 znowu odstawiamy autorski wariant, nie wychodzi nam to na złe, ale przy punkcie widzimy z przodu innych zawodników. Podbijamy punkt, słońce przygrzewa. Od dawna lecę w bezrękawniku, a mimo to mam problem. “Jak Tomek może biec w długim rękawie?”. W drodze na most dopada mnie zmęczenie, zaczynam odpuszczać i Tomek leci przodem. Wychodzi brak treningów połączony z dużym skokiem temperatury. Mimo to biegnę, a dzięki odrobinie szczęścia wpadam na punkt przed pozostałymi. Półmetek z głowy, trzeba biec dalej. Na pk5 pomaga mi zawodnik lecący z przeciwka, idzie sprawnie. Droga na pk6 to tuptanie asfaltu. Po drodze zaliczam gospodarstwo, gdzie gospodarze udostępniają mi kran – zmoczenie buffa pomaga i raźniej biegnę dalej. W końcu podbijam pk6, ale biegnie się coraz gorzej, co jakiś czas przechodzę do marszu. Nie widzę nikogo dookoła, zaczynam dochodzić do wniosku, że musieli mnie powyprzedzać jak zszedłem do gospodarstwa. Następna miejscowość, znowu zatrzymuję się w gospodarstwie – dostaję dwa kubki zimnej wody. Nie pomaga już tak bardzo, do mostu nad Sanem maszeruję. Zerkam na zegarek, zaczynam liczyć – 6h już raczej nie złamię, ale może chociaż życiówkę bym urwał… sprawnie podbijam pk7 za mostem, wracając mijam Tomka Kogucika. Biegnę wałem, Tomek mnie nie dogania, jestem skonsternowany. W końcu docieram do “jeziorka”. Teraz już tylko jeden pk i krótki przelot do mety. Mimo to zatrzymuję się po raz trzeci po wodę – tym razem w sklepie w Pączku. Na pk9 czeka Asia, chwila rozmowy, zbieram się do ostatniego odcinka – 2km i 18 min do złamania życiówki. Powinno się udać…

Przelot do mety – autorstwa Asi

już nawet nie czuję gorąca, jestem po prostu zmęczony. Mimo to jestem zadowolony – dociera do mnie, że właśnie zrobię życiówkę. Łapią mnie skurcze, kręci mi się w głowie, ale zabudowania w zasięgu wzroku pomagają. Dobiegam do gospodarstw, nie ryzykuję i lecę wzdłuż głównej drogi. W końcu wpadam do szkoły, oddaję kartę. Hiu mówi, że jestem drugi…

 

Ostatnio pisałem, że jadę po trofeum. Przed startem podszedł do mnie Paweł i wręczył zaległe trofeum za Skorpiona. Nie spodziewałem się jednak, że uda się przywieźć coś jeszcze. Jestem tym bardziej szczęśliwy, bo planuję obecnie zrobić przerwę w startowaniu – wyszedł więc piękny akcent na zamknięcie tej części sezonu. Do zobaczenia!

Dzisiaj przejrzałem ponownie zdjęcia z Skorpiona. I trafiłem na taką o to piękną pracę:

Przyznam, że nie zapisałem, kto zrobił zdjęcie

autora proszę o kontakt :)

Na sztuce się nie znam, ale landszafcik ładny jak dla mnie. Interesujące są dwie postacie – kropki które można dostrzec po prawej stronie. Jak się człowiek przyjrzy, to jedna jest wysoka, szczupła i sprawia wrażenie jakby przez śnieg przebijała się z pełnymi gracji skokami. druga postać-kropka jest bardziej przygarbiona,  sprawia wrażenie bardziej sponiewieranej. Ktoś obdarzony wyobraźnią mógłby dostrzec żółty odcień na głowie i kanciastą bryłę nerki biegowej na biodrach. Cóż, konkursu “przebijamy się przez śnieg z gracją” to ta postać by nie wygrała. Ale co poradzić…

A na marginesie – w tym tygodniu opłaciłem wpisowe na B7D. Uprzejmie proszę wszystkich o trzymanie kciuków, żeby pogoda była równie piękna co ostatnio. A w piątek jedziemy (i to w sporym składzie!) na RDS, skąd mam zamiar przywieść trofeum (co najmniej jedno) i piękne zdjęcia. Ale o tym po weekendzie ;)

Włóczykij 2012

Relację dedykuję Michałowi Jędroszkowiakowi. Chciałbym mieć tyle frajdy z rajdowania, co on. 

Przelot na PK14. Wyprzedzam ekipę Konwalii, czuję, że biegowo jestem mocniejszy.W dodatku chyba jestem pierwszy, ale to trudno określić, bo start nie był masowy. Dystans powoli, ale równomiernie się zwiększa, w pewnym momencie odwracam się i widzę już tylko dwóch chłopaków, reszta musi być z tyłu. Lecę dalej, wpadam na skrzyżowanie. “Gdzie jest ten kopiec?”

Zdjęcie – Szymon Szkudlarek

W zasadzie, to w tym momencie skończyłem rajd. Nie, nie zszedłem z trasy. Pobłądziłem 20min, Konwalia w tym czasie pognała dalej, w końcu odnalazłem się i cofnąłem do punktu, obok którego przefrunąłem. Mimo to, psychicznie już mi się nie chciało. Puściły mi nerwy. Poczułem się zmęczony tym wszystkim, bieganiem, ściganiem się, bólem, cholernym niedoleczonym katarem… Psychicznie to zdecydowanie nie był mój dzień. Szkoda tylko, że takie dni trafiają się ostatnio coraz częściej…

Rajd oczywiście ani na tym się nie zaczął, ani na tym nie skończył. Na starcie stawiło się kilka dawno nie widzianych przeze mnie osób, między innymi wspomniane “Konwalie” – którym gratuluję rewelacyjnego wyniku. Pojawił się Remik Nowak, z którym po raz kolejny zamieniłem tylko kilka słów, był Szymon Szkudlarek, był Daniel Śmieja i masa innych osób. Rośnie Włóczykij, nie ma dwóch zdań. Całą szczęśliwą “gromadkę” (około 200 osób) przewieziono autobusami na start, gdzie start odbył się w trzech grupach.

Zdjęcie ze strony organizatora (galeria Kasi Sztangret i Piotra Brzęczek) 

Początek poszedł naprawdę dobrze. Do wspomnianego PK14 było naprawdę fajnie. Później też nie było tak źle, jak chciałem to widzieć, na “Pit Stop” w Widuchowej (tradycyjnie na Włóczykiju, punkt, gdzie można “zatrzymać czas” na godzinę), wpadliśmy w dużej grupie, tracąc do czołówki max pół godziny. Po pk14 połączyliśmy siły z Marcinem, a wiadomo, że we dwóch zawsze łatwiej. Mimo to , po wyjściu z świetlicy (na której zaserwowano masę smakowitości) nie szło nam za dobrze. Ja odparzyłem sobie palca, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego, w dodatku kompletnie straciłem wolę walki. Marcin za to… cóż, to zależało, czy akurat miał kryzys. Raz potrafił świetnie prowadzić i trzymać mocne tempo, innym razem sadził głupie błędy i kompletnie mnie ignorować. Widać nie tylko ja miałem zły dzień. Tak to turlaliśmy się lepiej bądź  gorzej do ostatnich trzech punktów, które były zbite w grupkę. Na pierwszym wylecieliśmy w kosmos, na szczęście nakierowaliśmy się na innych “zagubionych” i razem wyczesaliśmy lampion. Na drugi pewnie wprowadził Marcin, a trzeci… Cóż, mi przestało się spieszyć. Marcin poleciał przodem, ja zostałem z tyłu. Przy wyjściu na asfalt doganiają mnie jacyś zawodnicy, któryś mija mnie i pyta co u mnie. Na moje burknięcie, że rozmyślam, rzuca, że będzie niezła relacja. Sprawnie wchodzimy na punkt, w sumie w pięć osób. Rozpoznaję Andrzeja Buchajewicza. Wracając coś tam sobie rozmawiamy o mecie, do rozmowy próbuje się włączyć zawodnik, który wcześniej pytał co u mnie. Dopiero w tym momencie dociera do mnie, że to Michał Jędroszkowiak. Wracamy na asfalt. Postanawiam truchtać do mety z przygodnym zawodnikiem, przez pewien odcinek towarzyszy nam Michał. Jak zawsze, uśmiechnięty, rozgadany… a przecież ma w nogach dużo więcej niż ja. Wkrótce on i pozostali setkowicze (wśród nich jeszcze Piotr Szaciłowski – kurcze, trafiłem na śmietankę biegową w środku lasu), skręcają w swoją stronę. Oni mają jeszcze 3pk, nam został tylko asfalt do mety. Spokojnie truchtamy z Marcinem (ów przygodny zawodnik), na koniec nawet mamy obstawę w postaci mieszkańców Gryfina. Jeden z nich uparcie próbował biec z nami, gdy nie dawał rady, dosiadał się do kolegów w aucie. I tak cztery razy, aż do samego dom kultury. Bardzo przyjemny akcent na koniec, do tego “piątka” za dobiegnięcie do mety, i oddajemy karty. Dwudziesta pozycja to nie było to, co zakładałem, mimo to mogło być gorzej…

Po RDSie chyba zrobię sobie trochę luzu w kalendarzu startowym.

Organizator: Firma zatrudniająca.

Data i miejsce imprezy: 22.02.2012, Wrocław.

Lista uczestników:

Ireneusz Kociołek

Cechy szczególne:

- scorelauf na dystansie około 20km, 4pk kontrolne

- lampiony “niesportowe” (tabliczki urzędów skarbowych), karty startowe w formie deklaracji podatkowych.

- limit czasu na każdym punkcie kontrolnym, wyznaczany przez czas pracy urzędu. Meta zamykana o godz 17:00

- brak mapy (pamięciówka, mapa na starcie, możliwość zrobienia opisówki na starcie)

- totalne zaskoczenie (cywilne ciuchy, nieprzygotowany rower).

Wyniki:

Ireneusz Kociołek – niepodbita jedna deklaracja (kara 10min), czas netto trudny do określenia (nikt nie włączył stopera), ok 2h.

wtopa nawigacyjna przy pk2 z powodu złego opisu trasy (inny adres)

A tak na poważnie: Wysłano mnie dzisiaj jako kuriera na miasto, cobym dostarczył deklaracje podatkowe do odpowiednich urzędów startowych… tfu, skarbowych. A jako że były one rozrzucone po mieście, w miejscach, które nie do końca znam, zrobiłem sobie z tego mały trening.

Piątek 17.02.2012

- Wiesz, ja jadę z myślą, żeby się zajechać. ale tak naprawdę mocno. niezależnie od wyniku

- Znaczy, chcesz się sponiewierać, tak?

Sponiewierać. Marcin trafił określeniem w sedno. Po ostatnich przygodach potrzebowałem dać sobie w kość. Żeby upewnić się, że jeszcze potrafię i lubię. A że prognozy zapowiadały odpowiednie ku temu warunki, byłem dobrej myśli. Wyruszyliśmy we dwóch, po drodze zabierając z Krakowa Dawida. Na miejsce (straszne odludzie, ale kierowały nas “banery z narciarzem” które skrzętnie wypatrywali chłopaki), dotarliśmy o 01.30 w nocy. Setkowicze byli na trasie już prawie 6 godzin, a Paweł Szarlip, na pytanie “jak idzie?”, rzucił tylko, że najlepsi są na półmetku… pierwszej pętli. Nie pozostało nic innego jak złapać jeszcze chwilę snu przed tym, co miało się dziać jutro.

Sobota 18.02.2012

wstaję przed budzikiem, nie dlatego, że jest głośno tylko jakoś tak sam z siebie. budziłem się zresztą całą noc, rzadko mi się to zdarza… Orientuję się, że gdzieś mi wsiąkła karta startowa, na szczęście organizatorzy łaskawie wydają mi następną. Lepiej tu, niż na trasie, ale i tak kiepski początek. Na dokładkę zapomniałem kompasu (znowu), którego na szczęście użycza mi Leszek (również znowu). Na dworze wieje, po krótkim spacerku decyduję się na jeszcze jedną koszulkę. O 7.30 idziemy na odprawę, po 11,5h dalej nie ma nikogo z setki. Będzie się dział, nie ma co. Gdy czekamy na start, podchodzi do mnie… Czech. Z Pavlem poznaliśmy się na starcie Kieratu. Wspólne zdjęcie i chowamy się do środka czekając ostatnie minuty na rozdanie map. Ktoś nagle krzyczy, że przybiegli setkowicze, ale nie widzę kto to. W końcu dostajemy mapy. szybki rzut oka, na początek przelot asfaltem, a później… te drogi i poziomice nie zachwycają. Na pozostałe punktu patrzę bardzo pobieżnie. Sygnał do startu i lecimy. I poczułem dobrze, w miejscu gdzie kończy się nasz odcinek asfaltu drogi nie ma. podbiegam jeszcze kawałek i trafiam na mniej zasypane pole. Potem… potem jest jedna z tych wpadek nawigacyjnych, które tak dobrze znam. Ostatecznie podbijam punkt z Pavlem, który również wyleciał w kosmos i całym tłumem ludzi, którzy poruszali się wolniej, za to myśleli więcej. Lecimy we dwóch, szlifując angielski, młócąc śnieg i goniąc czołówkę własnymi wariantami. Po drodze Wpadamy na różnych zawodników, ale jest to coraz rzadsze. W końcu zostajemy we dwóch, ale na szczęście, tym razem, to nie wylot poza zaplanowany wariant – sprawnie zaliczamy kolejne punkty. Wbiegając na piątkę widzę kogoś odbiegającego od lampionu, to chyba Janek Lenczowski. Podbijamy i lecimy dalej. Po kilku minutach wpadamy… na czołówkę. Już prawie zapomniałem, że przecież cały czas próbujemy ich dogonić. Chłopaki maszerują razem, nikt nie ma ochoty rwać do przodu i deptać śniegu. dołączamy do peletonu i wspólnie deptamy śnieg. Chwilowe rozciągnięcie następuje na asfalcie, ale już po chwili znowu zbijamy się w grupę na pk6, gdzie miała być herbata. Niestety, okazaliśmy się za szybcy – chłopaki dopiero się rozstawiali ze sprzętem. Widać oni też wzięli sobie do serca wyniki setkowiczów. Po punkcie następuje kilka autorskich wariantów które… ostatecznie znowu schodzą się w tramwaj. Coraz częściej słychać o tym, że koniec ścigania. Zwłaszcza, że dopiero teraz wychodzimy na pola, gdzie nawet marsz jest problemem. I tak to leci, punkt za punktem, z tyłu dołączają kolejni zawodnicy, niektórzy zmieniają się przy deptaniu, inni cicho idą z tyłu. Są rozmowy, śmiechy, wspominki… ściganiem by tego chyba nie nazwał nikt. W końcu idzie nas 11 osób, Chłopaki próbują zrobić porządek w kolejce do deptania… żeby uzmysłowić wam o co chodziło z tym deptaniem – wyobraźcie sobie piękne zadbane pole poprzegradzane co kilkadziesiąt metrów miedzą. Na polu leży śnieg, tak między połową łydki a kolanem. a na miedzach śniegu nawiane jest dużo więcej, tak do pasa. Idący przodem nie wie, ile przy danym kroku zapadnie się noga, czasami wpada tak, że musi się gramolić na rękach i wtedy cały sznurek za nim staje – albo, jeśli się zagapił, to wpada na nieszczęśnika. A teraz pomyślcie, co się dzieje, gdy ktoś próbuje po czymś takim biec – a bywało i tak… Oczywiście po pewnym czasie człowiek zaczyna dostrzegać owe miedze na polu i automatycznie je przeskakiwać. Ilość zapadnięć w śniegu maleje, ale nie do zera. Ci z tyłu patrzą tylko na kostki tego z przodu i starają się iść po jego śladach. dookoła tylko biel. I tak leci czas, kilometry, punkty…  Czasami dla odmiany trafia się jakiś las, czy inne krzaki, ale tempa to za bardzo nie zmienia.

Przełom następuje na pk11. Nawigatorzy nie zgadzają się co do wariantu, Janek Lenczowski chce iść bardziej na zachód, Stryki Byki i kilka innych osób chce lecieć do asfaltu na wschodzie. Idę z Bykami, którzy narzucają ostre tempo. Zaczęło się ściganie. Ostatecznie zostajemy we czterech, dwóch Byków, Dawid i ja. Mam problem utrzymać tempo, zaczynam marudzić chłopakom. Na szczęście dla mnie asfalt w końcu się kończy i znowu mamy deptanie. Udaje nam się złapać pk12 (ostatni) tuż przed zmrokiem. Dogania nas Janek, który wycofał się ze swojego wariantu i pognał za nami. Decydujemy w piątkę dotrzeć do mety. Na zbiegu przez śnieg mam już problem ze sobą. Usilnie myślę o tym, co mi Marcin powiedział w samochodzie, jakiego określenia użył. Nie udaje mi się odgrzebać tego z pamięci aż do mety. W końcu wpadamy na asfalt, przestaję marudzić, nabieram tempa i jakoś to się kręci. Przecież nie odpuszczę teraz, tuż przed metą. W którymś momencie Janek mówi, że ma “świeże nogi”. Śmiejemy się, że biegnie czterech skatowanych i jeden o świeżych nogach. Mimo to cały czas lecimy razem, czuję że tempo jest wyższe niż jak robiliśmy ten odcinek rano na starcie. W końcu za kolejnym zakrętem meta. Koniec. Jeszcze tylko chwila niepewności, potwierdzenie,że wszyscy mamy te same, dobre, punkty i po bólu. No dobra, nie po bólu, bo ten się dopiero zaczął…

Wygrana. Pierwsza, po około 30stu startach w rajdach, po ponad dwóch sezonach. Fakt, “nie do końca” bo w pięć osób i na końcu holowana, ale w końcu. Sponiewierałem się. Plan wykonany. W 150%.

Marcinowi też poszło niezgorzej, ale o tym to już opowie sam.

No i po 360tce…

“Klay, co się stało?”

No właśnie, co się stało? Ano… Chyba trzeba nazwać rzecz po imieniu: wystraszyłem się.

Dla tych, którzy w temacie jeszcze nie są, na rajdzie matka natura pokazała co potrafi – rekordowa zanotowana temperatura to -29 stopni (info ze strony organizatorów). Pierwszej nocy, gdy dojechaliśmy do przepaku, postanowiłem nie wychodzić na następny etap. Ani na żaden następny. Nie dlatego, że nie miałem sił. Nie dlatego, że wysiadł mi sprzęt, chociaż zamarznięty camel nie napawa optymizmem. Ale dlatego, że w głowie ciągle kołatała mi się scena z Nocnej Masakry, kiedy to z wychłodzenia nie potrafiłem wyciągnąć telefonu żeby zadzwonić po pomoc. Zdecydowałem, że nie chcę ryzykować. Widać takie wyzwania nie są jeszcze dla mnie. Może nigdy nie będą. Szkoda tylko, że żeby się o tym przekonać, musiałem zostawić grupę, z którą startowałem. Po raz kolejny ich za to przepraszam. Na szczęście, niezależnie od mojej decyzji rajd ukończyli, czego serdecznie im gratuluję i… zazdroszczę.

Niezależnie od całej sytuacji rajd był dla mnie olbrzymią dawką doświadczeń. Udało mi się wykonać owiewki, które zostały zauważone chyba przez wszystkich obecnych na rajdzie (Hiu przez telefon stwierdził wczoraj “A wiesz, że masz nowy pseudonim? Irek – Owiewka!”). Pomysł uważam za trafiony, po wywrotce straciłem prawą sztukę i miałem okazję porównać działanie wiatru. Różnica była znacząca. Szkoda tylko, że model jest mało odporny na uszkodzenia mechaniczne…

zdjęcie pod dziwnym kątem, robione "od góry"

zdjęcie ze strony organizatora

Innym doświadczeniem są kolce. Jak Igor mówi, że mamy zabrać opony z kolcami, to nie ma co się szczypać, tylko faktycznie w nie zainwestować. tam gdzie kończył się śnieg, a zaczynał lód, było niefajnie bez tego wynalazku.

Kolejnym niedopatrzeniem z mojej strony były ciuchy. Tak bardzo chciałem chronić się przed mrozem, że przestałem zwracać uwagę na oddychalność. Już po prologu, nie takim znowu szybkim, miałem pod kurtką masę wody, która dawała się we znaki na każdym postoju, momentalnie zamarzając. W połączeniu z brakiem picia miałem najszybsze w mojej historii odwodnienie. W nagrodę mogłem podziwiać piękny szron który osiadał na plecaku i części ciuchów. Temat pozostaje otwarty, bo dalej nie mam pomysłu, jak wytrzymać rower przy -20 i się nie zapocić na amen.

Doświadczeń było jeszcze wiele, ich intensywność, patrząc na czas spędzony na trasie, powala. Mimo to, temat Zimowego 360 na ten rok zamykam i na razie nie chcę do niego wracać. Może za rok. Na krótkiej trasie. Może.

P.S. A teraz pozostaje odkuć sobie na Skorpionie :)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.