Do niedawna Nazwa ta nie kojarzyła mi się z niczym. Na szczęście, dzięki Uli Wojciechowskiej, miałem w ten weekend okazję nadrobić zaległości i zapoznać się z imprezą Compassu.
Droga na rajd wyjątkowo nudna, szybka i bezproblemowa – oto co niosą ze sobą autostrady. Ciekawiej zrobiło się, kiedy dojechałem w okolice Nowego Targu i załapałem się na widok na Tatry. Ale, jak się później okazało, na widoki nie mogłem w weekend narzekać.
Trudno opisać to, co działo się, gdy w końcu dojechałem i ulokowałem się w szkole. Atmosfera w takich miejscach zawsze jest wyjątkowa, ale tu było naprawdę niesamowicie. Być może wpłynął na to fakt, że nocowaliśmy w sali pełnej zabawek i odezwały się w nas wszystkich małe dzieci. Równie ciekawa była noc następna. Kto nie był, niech żałuje, to była atrakcja porównywalna z samym rajdem.
Zdjęcie ze strony organizatora
A rajd? Z założenia miał być treningowy. I chyba udało się założenie wykonać. Pierwszego dnia Czekał nas scorelauf. Dużo dłuższy (bo prawie dwukrotnie) niż pierwotnie zakładałem, ale za to przy optymalnej pogodzie i spokojnym tempie. Ula przechodziła samą siebie jako nawigatorka, ja bardziej skupiałem się na widokach – snujące się w dolinach chmury i tatry na horyzoncie – bajka. Do tego często, ale nie za często, spotykani inni zawodnicy, w tym sporo znajomych twarzy. Dawno nie czułem się tak lekko. Może właśnie to spowodowało, że w połowie trasy na widok Magdy zgubiłem krok i but zaliczył starcie z gałęzią. But wytrzymał, stopa już niestety nie… Mimo to udało nam się utrzymać dobre tempo i mimo straszenia Uli zrobiliśmy całą trasę przed limitem, co dało nam (nie po raz pierwszy w tym składzie) 13. lokatę.
Drugiego dnia kuśtykając doczłapałem się z Ulą na start. Przyznam, że bałem się czy stopa wytrzyma. Pocieszałem się, że czeka nas krótsza (dużo krótsza) trasa niż pierwszego dnia – do tego klasyk, więc raczej nie wpakujemy się w nic bardzo głupiego. Na start organizatorzy zapewnili nam “góreczkę”, przedsmak tej, która czekała nas w połowie trasy. Stopa na szczęście nie sprawiała problemów, podobnie jak nawigacja w wykonaniu Uli – poza delikatnym zawahaniem przy pk3 szliśmy prawie jak po sznurku. Mieliśmy nawet odcinek, na którym udało nam się urwać szybszych od nas zawodników. W połowie czekała nas wspomniana już górka. Niezły kawał podejścia, zwłaszcza, że postanowiliśmy atakować od najbardziej stromej strony. Za to na szczycie poczułem się jak zdobywca. Dalej poszło już jak z płatka, udało mi się tylko zmoczyć buty na pk 8 i wsadzić je w błoto na pk9. na finisz był piękny asfaltowy zbieg do bazy, trzymanie się za rękę i ucinanie sekund. Widać z rozwaloną stopą biegam lepiej, bo podskoczyliśmy dwa oczka w górę.
Plan został wykonany w 120%. Pobiegałem, nauczyłem się działać z partnerem (a raczej partnerką), poczułem, że nawigacja w górach to dla mnie czarna magia (na szczęście w miarę bezboleśnie). Do tego organizatorzy dorzucili porządne mapy, sprawną organizację i ładne widoki. To było warte nawet tego korka, który ciągnął się do samego Wrocławia.

Ale szybko napisałeś! Dzięki za wspólne kilometry! Było bardzo fajnie i obiecuję jednak potrenować przed kolejnym wspólnym, być może, występem
2 słowa ode mnie http://krolisek.blogspot.com/2011/11/gezno-znowu-na-piechote-tym-razem-w.html
Żeby Ci nie było smutno, to zerknij na jedno ze zdjęć na naszej stronce – http://www.stryki-byki.prv.pl – ja trafiłem dokładnie między palce III-IV – but dziurawy, ale stopa cała
I żeby Ci było jeszcze weselej – to nie mówiłam Ci chyba, że zostałeś wylosowany na zakończeniu? Niestety z powodu absencji nagroda przeszła w dalsze ręce…
No dobra. Kumam, że blog jest o napieraniu… ale żeby JEDNEGO marnego słowa o etapie podróży powrotnej Łapsze Niżne – Kraków? Poczułam się dotknięta, wręcz na wskroś
Pocieszam się, że to może z powodu tego, że “kołcz – szuja” nie przekazał mojego smsa zwrotnego?
Droga Pani Kierowniczko. Niektórymi wspomnieniami dzielę się z szeroką publiką, inne zachowuję dla siebie. Znowu by ktoś zaczął zazdrościć…
I owszem, zwrotki nie dostałem.
Bartku, toż to columbie wspaniałe moje. I co za dziura…