-”To na co jedziesz, to setka, czy pięćdziesiątka?”
-”setka, ta z kajakami, co rok temu byłem”
-”A. Ale to w pucharze chyba nie jest? To po co jedziesz?”
-”…”
Tak wyglądała moja rozmowa z ojcem w dniu wyjazdu. No właśnie, po co jadę? Powodów było wiele. Rok temu był to pierwszy rajd, na którym zrobiłem (no, prawie) całą trasę. Poza tym, jest blisko i nic innego nie było na ten okres (na nawigatora nie jadę). Ale przede wszystkim dlatego, że poprzednią Konwalię zapamiętałem jako wydarzenie o niesamowitej atmosferze. W tym roku okazało się być podobnie. Ale o tym niżej.
Na rajd jechałem sam, ale w planach miałem start ze znajomym z czasów sekcji – Wojtkiem Ptakiem. Z założenia ja miałem nawigować, on miał trzymać tempo. Przeglądałem listę startową z uśmiechem na ustach. Zobaczyłem tam bowiem Pawła Pakułę, którego od dłuższego czasu chciałem poznać osobiście. I w zasadzie nikogo innego, kogo bym znał (poza Ptakiem oczywiście). W sumie 20 osób. “Kurcze, fajnie by było się na drugie miejsce załapać”.
Do bazy trafiłem bez problemów, podobnie jak tok temu, była w szkole podstawowej. Na stojakach porozwieszane mapy z zeszłego roku i z wielu biegów na orientację. Podszedłem do rejestracji i na powitanie usłyszałem “o, zmienił Pan fryzurę?”. To, że ktoś mnie tutaj pamiętał i jeszcze rozpoznał, podbudowało moje ego. Za to chwilę później zostało ono zdeptane “No, Michał Jędroszkowiak dopisał się wczoraj do listy”. No i żegnajcie marzenia o drugim miejscu. Ale w sumie to nie byłem zdziwiony. Jak sam Michał powiedział przed startem “Padało cały czas, to co miałem na urlop jechać? Spakowałem się i pojechałem na rajd”.
Organizatorzy zdecydowali się zrobić przepak na punkcie, w którym były kajaki (mniej więcej w połowie). Poza tym dodali punkt z herbatą na około 30km. Ucieszony postanawiam nie brać plecaka. Na cały czas rajdu prognoza przewiduje deszcz, momentami spory, mimo to nie biorę kurtki, wrzucam ją jednak na przepak. Zamiast niej zakładam cieplejszą bluzę niż zwykle.
W końcu, o 22.00 ruszamy sprzed szkoły. Zaczynamy od BNO. Wojtek jeszcze w biegu chowa ostatnie rzeczy, ja skupiam się na punktach. Jak na nocne BNO nie wychodzą źle, ale mogło by być lepiej. Po trzecim pk. Jakiś chłopak myli Wojtka ze swoim znajomym. Okazało się, że zgubił partnera. Postanawia z nami zrobić całe BNO. Za to Wojtek zapomina podbić chipa (podobnie jak w zeszłym roku, tak i tym razem organizatorzy zapewnili system sportident). Ostatecznie postanawiamy, że wrócimy po ten zapomniany pk na końcu. Dalej, o dziwo, idzie łatwo. Na jeden lampion wpadamy przypadkiem przedzierając się przez krzaki. Wracamy w końcu po ten felerny trzeci pk. Ptaku szybko go podbija i przez gospodarstwo dostajemy się do drogi, gdzie stoi samochód orgów. Nawet nie najgorszy wariant, tylko orgi trochę zdziwione. Zeszła nam prawie godzina. Maciek, bo tak miał ów kolega który do nas dołączył, postanawia dalej z nami biec, co nam w niczym nie przeszkadza. Im nas więcej, tym weselej. Teraz pora na 50km trekingu. Przy pierwszym punkcie dogania nas Paweł Pakuła (“co ty tu robisz?!” “zakręciłem się trochę”) i szybko zostawia nas z tyłu. Trasa idzie nam łatwo i sprawnie, poruszamy się spokojnym biegiem. Momentami siąpi, momentami wieje, ale ogólnie jest mi trochę za ciepło. Mimo to dziękuję w duchu za pogodę. Mamy dużo szczęścia, chwilowe zagubienia nie kończą się totalną wtopą i sprawnie docieramy na punkt z herbatą. Na starcie powiedziano nam “trzy dziewczynki w namiocie”. No i faktycznie dziewczynki, na oko 12 lat. Mimo, że środek nocy czekały na nas przed namiotem, częstując ciastkami (mniam) i herbatką (również mniam). Jesteśmy jako trzeci, pół godziny wcześniej był Paweł, ponad godzinę Michał. Żegnamy się z dziewczynami i spokojnie biegniemy dalej, na podmokły odcinek o którym ostrzegał organizator. No i słusznie ostrzegał. Najpierw małe zagubienie się w drodze na pk 7 kończy się przechodzeniem przez gospodarstwo. Potem okazuje się, że wchodzimy w nie tą przecinkę, co trzeba i dokładamy grubo ponad kilometr. W końcu odnajdujemy się na mapie i dochodzimy do ciekawie ustawionego punktu. Mimo, że stał na środku bagna, była szansa dostać się do niego niemal “na sucho”. podbijamy go i biegniemy na pk8. Czujemy już lekkie zmęczenie, w nogach około 50km – trochę dołożyliśmy, nie ma co. Przed pk8 kolejna wpadka, tym razem w pełni z mojej winy – wybieram wariant, na którym okazuje się nie być drogi. Pół kilometra przedzierania się przez szuwary i bagna. No, ale w końcu jest. Teraz zachowawczy, ale pewny wariant i docieramy na pk9, gdzie czekają kajaki, przepak i kolejne bno. Na kajakach okazuje się, że to dyscyplina dla Maćka i zdecydowanie nie dla mnie. Mimo braku techniki wytrwale macham wiosłami. “to nie tak!” Ptaku zaczyna mnie instruować i jest nieco lepiej, mimo to sporo od nich odstaję. Na jeziorze mijamy Pawła, jest już po bno i właśnie kończy kajaki, a my jesteśmy na początku. Ostatnie dwa pk mamy na północy (jeden w strumieniu, drugi na mniejszym jeziorze). Strumień to dla mnie jak wyprawa przez jakiś dopływ amazonki – dodajmy, że mały dopływ. W dodatku małpy postanowiły poprzewracać drzewa w poprzek tego dopływu. Jest mi gorąco, co chwilę przebijam się przez szuwary i przepływam pod gałęziami. Tęsknię za zimnym wiatrem na otwartej wodzie. W końcu jest lampion. Następny postanawiamy zdobyć pieszo, co okazuje się być dobrym pomysłem. Szybki powrót przez “dopływ” i znowu marznięcie na otwartej wodzie. Po kajakach szybki przepak i biegiem (“jak emeryci”, ale zawsze) na BNO. To okazuje się łatwe. Szybko rozgrzewamy się i przyspieszamy, punkty wchodzą bez zawahania, całość zajmuje nam około 50min. Nastroje się poprawiają. bierzemy rzeczy z przepaku, oddajemy chipy i robimy ostatni odcinek trekingu. W sumie, to nie zaliczamy tam wpadek nawigacyjnych, ale zmęczenie daje o sobie znać – większość już idziemy. Z naprzeciwka napływają ludzie z pozostałych tras. W końcu docieramy w okolice Moch i ostatniego pk. Tam zaliczamy jeszcze wtopę (no bo coś za mało ich było) i ruszamy na ostatnie BNO, niestety, trudniejsze niż poprzednie (stwierdzenie “punkt G” budzi u mnie obecnie nieco inne uczucia). Chłopaki mają dość, nie chcą biec do mety, tak jak zaplanowaliśmy. Dla odmiany ostatni odcinek raźnie maszerując, śpiewamy. “Stokrotka”, tylko trochę nam się nie składały słowa.
Zeszło nam nieco ponad 20h. Dużo. Ale mimo to, trzecią pozycję utrzymaliśmy, czym narobiliśmy małego zamieszania organizatorom. Nie przypuszczałem, że będą nagrody. Mimo to, po raz kolejny organizatorzy pokazali, że staną na głowie, byle by tylko było ok.
Nagrody dostaliśmy wszyscy. Do tego miałem okazję stać na podium z Pawłem i Michałem, a to nie zdarza się na co dzień (zdjęcia, mam nadzieję, wkrótce). Potem już tylko rozmowy, śmiechy, ciepłe jedzenie i w końcu powrót do domu.
Nie lubię deszczu na rajdach. Strasznie zniechęca mnie do startów. Nawet tak minimalny jak mieliśmy tej nocy (bo prognozy okazały się mocno przesadzone). Mimo to bardzo dobrze wspominam tę trasę. Niezależnie od pogody, jaka będzie za rok, zrobię wszystko, żeby ponownie odwiedzić krainę konwalii i powalczyć z tym, co przygotują organizatorzy, którym jeszcze raz dziękuję za wszystko.
P.s No i spełniłem postanowienie z zeszłego roku – tym razem to ja pokonałem BNO, a nie one mnie
Wielkie dzięki za wszytkie Twoje relacje! Dzięki nim jestem bo minidebiucie w rajdzie konwalii na relaxie. Naprawdę fajne 5h w deszczu i 10km przez brak kompasu
chwilowo marzeniem pozostaje nocna setka. Może za rok?
Na razie w 100 jestem dzięki Twojemu blogowi. Dziękuję!!!
Gratulacje

Jedna z tych dziewczynek to była moja siostra (nota bene 2-krotna Mistrzyni Polski z tego roku w BnO) lat 16 i nie wiem czy by była do końca zadowolona z Twojego opisu
Mamy jakieś Twoje rzeczy z przepaku. Wysłać pocztą czy jakoś inaczej przekazać?
Pozdrawiam
Marek Galla
Wojtek: To ja dziękuję. Naprawdę miło wiedzieć, że ktoś (poza mną) wyciąga coś z tego bloga. Gratulację ładnego miejsca na debiucie i trzymam kciuki za następne starty. Co do setki – najważniejsze, to się jej nie bać, reszta przyjdzie sama prędzej czy później
Marek: kobiety uwielbiają, jak się je odmładza, więc chyba nie będzie mi miała za złe. A jeśli mimo wszystko, to padam do nóg i przepraszam. Spotkanie z dziewczynami wspominam bardzo pozytywnie. A co do rzeczy, to już piszę na maila.
Hej Irek,
Fajna relacja, gratuluję miejsca na podium i dzięki jeszcze raz za pomoc w znalezieniu punktu na pierwszym scorelaufie. Tak jak mówiłem, początek potrafię fachowo spierniczyć
Potem już na szczęście było O.K.
Pozdrawiam:)
Paweł Pakuła
Dorzuciłbyś do relacji mapę ze swoimi przejściami? Chętnie bym zobaczył w ilu procentach wbiłeś się w te warianty o których myślałem układając trasę. Wydawało mi się, że nie są one aż tak oczywiste, ale Michał J. wstrzelił sie niemal idealnie.
Hej, właśnie wróciłem z wycieczki w góry.
Nie ma problemu, mam nadzieję, że uda mi się wszystko odtworzyć. Postaram się to wrzucić dzisiaj wieczorem.
http://mapa-opadow-deszczu.jo-joyner.com/
Mapa opadów deszczu – czym jest deszcz, gdzie pada i dlaczego. Zobacz mapy opadów deszczu.