Kanały:
Wpisy
Komentarze

Na wstępie przepraszam wszystkich zniecierpliwionych – weekend nie okazał się najlepszym momentem do pisania. Kto dotrzymał do tego momentu, może wreszcie zaspokoić ciekawość ;)

Na trasę ruszyłem o 19.30. Tuż przed startem dowiedziałem się, że jest już pierwsza osoba na pk1. Podobno gość leci na lekko, rzeczy wiezie mu obok kolega na rowerze (?!). Mimo to staram się nie rwać do przodu. Do punktu droga daleka, świeci słońce, jest ciepło… leci się dobrze, lekko, dookoła piękne pola. Nawigacyjnie raczej bez problemu, z rzadka mijam piechurów. Na punkt wpadam o 20.30, zastając tam całkiem sporą grupkę ludzi. Dwóch z nich leci za mną i w trójkę zaliczamy lekkie zagubienie na leśnej drodze – w efekcie dwukrotnie mijamy sporą grupę piechurów, którzy uśmiechają się na to pod nosem. Jeden z chłopaków zaczyna zostawać z tyłu, aż w końcu całkowicie się odłącza. Drugi, zdobywca korony maratonów, biegnie wytrwale, ale słyszę, że sapie jak lokomotywa – cóż, myślę, niektórzy tak po prostu mają. Mijamy kolejnych zawodników, robi się ciemno. Na długim asfaltowym przebiegu kolega jednak stwierdza, że tempo za ostre dla niego i podłącza się pod maszerującą grupę. Ja lecę dalej swoim tempem. W międzyczasie kontakt z Pawłem i Asią oraz, o dziwo, Ciocią Asią. Mijam kolejnych zawodników, między innymi chłopaka z supportem (też maszeruje) i, trochę niepewnie wpadam na punkt tuż za innym zawodnikiem – jesteśmy jako pierwsi. Lecimy kawałek we dwóch, on marszobiegiem, ja staram się jednolitym tempem. Przeszliśmy już na drugą część mapy, co jest dobrym bodźcem dla psychiki – spory kawałek za nami. Znowu lekkie zawahanie nawigacyjne, nie skupiam się na dystansie i dokładam na szukanie jakieś 300m. mimo to po chwili wyprzedzam kolegę z pk2 (Dawid Tkacz) i sprawnie dobiegam do trójki. Nie biegnie się już tak lekko jak na początku, ale nie jest źle, a spory kawałek już za mną.

I tak lecą kolejne kilometry. Od czasu do czasu kontakt z Pawłem i Asią (która mimo późnej pory dotrzymywała mi towarzystwa), raz z muzyką z telefonu, innym razem w ciszy. Czasami mijają mnie organizatorzy jadący na następny punkt, czasami czuję się sam na świecie… na horyzoncie szaleje burza, ale tu, gdzie jestem, powietrze jest lepkie, ciężkie i pełne owadów, które co jakiś czas połykam. Przez większość trasy mówię o powietrzu jako o kisielu. Mimo to bez większych problemów docieram do pk4, a następnie, po lekkim kryzysie, do pk5. Tu robi się lekkie zamieszanie nawigacyjne, chłopak na punkcie mówi, że wiadukt (biegnę starym nasypem kolejowym), jest zerwany, ale założyli taśmy, żebym go ominął. Ogólnie “torami” mam biec aż do miasta, gdzie jest przepak. A “tory” miejscami są kompletnie zachaszczone, miejscami rozjechane spychaczami. mimo to jestem z siebie dumny, tempo jest dobre, a raczej nikt za mną nie biegnie w tym terenie szybciej. Nie przeszkadzają nawet szramy na łydkach, pokrzywy i kolejna porcja połkniętych owadów. W końcu docieram do miasta, gdzie z trudem (oraz delikatną pomocą) odnajduję przepak. Od połykania owadów jest mi niedobrze, powietrze cały czas ma status “kisiel”. Cały się lepię, jest mi gorąco i nie myśląc odtrącam bluzę, którą podaje mi Paweł na następny etap. Łapczywie piję gorącą herbatę, żeby spłukać owady. Tuż przed wyjściem dowiaduję się, że ktoś leci asfaltem równolegle do torów, co strasznie mnie demotywuje – byłem taki dumny z tego odcinka, a tu proszę, takie coś. Szybko zabieram się z powrotem na trasę, chociaż po postoju nogi są zdecydowanie cięższe. Licznik pokazuje już 56km, a organizator potwierdza mi, że cała trasa ma około 102km. W mieście mijam trójkę biegaczy, Paweł telefonicznie uspokaja, że wystartowali 50min przede mną, a w bazie jedzą posiłek.

Tempo robi się kiepskie, coraz więcej maszeruję, coraz mniej biegnę. robi się zimno, klnę, że jednak nie zabrałem bluzy. Gubię się przy stawach, o których mówi opisówka, nie widzę żadnego strumienia. Droga którą idę, już zarośnięta, kończy się zupełnie. Przeskakuję przez jakiś drut kolczasty i łapie mnie skurcz w udzie. siadam, żeby go rozciągnąć, zamykam oczy i tkwię w takiej pozycji kilka minut na skraju przytomności. Niedobrze… w końcu wstaję i postanawiam uderzać na azymut, zwłaszcza że widzę światła tam, gdzie powinna być wioska. Gdy przebijam się w końcu przez pola, okazuje się, że to jakieś wielkie gospodarstwo, pewnie PGR, i trzeba je obejść. Zaczyna świtać. Trafiam na drogę do wioski, przebiegam na kolejne pola, biegnę… i znowu się gubię. Noż… wyciągam NRCtę, owijam się i kładę na drodze. Przekimam najgorszy moment, kiedy świta, to będzie mi lepiej…

Po około pół godziny budzi mnie telefon od Pawła oraz zbliżający się zawodnicy. Podczepiam się pod nich, to ci którzy mijali mnie w mieście. Od Marcina dostaję kurtkę, w biegu szybko się w niej rozgrzewam, za to później lecę z kurtką i NRCtą pod pachą. Mimo zagubienia tempo w czwórkę jest zdecydowanie lepsze. Spadamy przez pole do wioski,  sprawdzamy nazwę ulicy (zadanie specjalne), i lecimy dalej – raz marszem, raz biegiem. Kilometry lecą, nie za szybko, ale też nie tak źle. Chłopaki wiedzą, że mam nad nimi przewagę, mówią, że wygram… aż w końcu Marcin, a następnie Dawid się urywają. Jakoś nie mam sił ich gonić, kalkuluję ile mogę do nich tracić, i przechodzę do mocniejszego marszobiegu. Kolega (przepraszam, ale imię mi wyleciało, a na liście wyników niestety nie mogę odnaleźć), zostaje w tyle, a tych z przodu nie widać. Zbiegam do wioski, gdzie zaliczam punkt bonusowy jako… pierwszy. Cóż, pewnie go minęli, żeby nie tracić czasu. Biegnę do kolejnej miejscowości, napotkany miejscowy mówi, że nikogo nie widział. konsternację przerywa mi ulewa, przed którą chowam się pod dachem jednego z domów. W międzyczasie dogania mnie ów czwarty kolega i z nim maszeruję do pk 8. Idzie to opornie, nie mam już woli walki, chcę tylko dojść do mety, już przecież niedaleko, niecałe 20km. W końcu punkt, gdzie… jesteśmy pierwsi! Abstrakcja. Człowiek z obsługi punktu daje mi bluzę, co przy obecnej pogodzie (wiatr z padającym co jakiś czas deszczem) ratuje mi skórę. Do mety w teorii jakieś 14km, a my jesteśmy pierwsi. Na wzajem się motywujemy, chociaż jak patrzę na mapę, to wygląda to podejrzanie… po chwili mijają nas w biegu chłopaki, lecąc od “dupy strony”. mówią, że bardzo mocno wtopili, a patrząc na tempo chyba faktycznie sporo musieli dołożyć, bo gnają jak szaleni. Staramy się zachować spokój, kolega nawiguje, ja tylko rzucam okiem na mapę i potwierdzam skręt w pola. idziemy rozmawiamy i… NOŻ KUTWA JEGO MAĆ! Gdzieśmy wylądowali? Wystrzeliliśmy na wschód zamiast na północ. Dołożyliśmy niezły kawałek. wkurzony, zziębnięty, maszeruję asfaltem pod wiatr. zaczynam się telepać, próbuję podbiegać, ale nie idzie. kolega z trudem wlecze się kilkaset metrów za mną. Nie udaje mi się wrócić na trasę, mapa się nie zgadza, w końcu tnę pole na azymut. jest mokro, wietrznie, zimno. w końcu docieram do właściwej drogi przez pola, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Staję i dzwonię do Asi się wyżalić. Namawia mnie, żebym szedł dalej. Podnoszę się z ziemi i ruszam dalej przez pola, trzęsący, przeszyty zimnym wiatrem, z coraz bardziej obolałą nogą. Gdzieś w tych rejonach pada mi GPS, miałem coś poniżej 95km. czas nie jest zły, ale jestem totalnie wypruty z sił. W dodatku teraz widzę, że kilometrów jest duuużo więcej niż zapewniał organizator, nawet odejmując moje gubienie się. Mijam wioskę, wchodzę na jakąś ścieżkę i czuję, że znowu się gubię. Poddaję się. Wlokę się jakieś 2-3km na godzinę, do mety jeszcze kawał drogi, mam dość. Tak totalnie. Dzwonię po Pawła, żeby mnie zwiózł, w tym czasie sam wracam do ostatniej wioski. Siadam na skrzyżowaniu i zaczynam ryczeć. Jest mi niedobrze, zimno, wszystko mnie boli i mam cholernie dość. Obiecuję sobie, że to był ostatni raz. I że nie napiszę relacji. Dawno już nie miałem takich myśli, a tu wróciły z niesamowitą mocą. Gdy w końcu z trasy zwozi mnie Paweł, nic nie mówię i staram się powstrzymać łzy. Dawno nie czułem się tak do dupy…

Dzisiaj oczywiście emocje już opadły. W bazie dano mi herbaty, ogrzałem się, później przekimałem, a równo ze mną zwieziono kolegę który szedł za mną. W czasie, gdy spałem, na metę wpadli zwycięzcy (Marcin i Dawid). Przed wyjazdem dostałem nawet torbę z podarkami i medal (dalej nie mogę zrozumieć tradycji dawania medali za udział) i nie pozostało nic innego, jak wracać do domu…

Samą imprezę oceniam bardzo dobrze. Miłe (jak wspominałem, również dla oka) harcerki (no i oczywiście harcerze), dbali, by wszystko było najlepiej, jak się dało. Coś, co dla mnie było niedociągnięciami, dzisiaj odbieram jako turystyczny charakter imprezy. Nauczony, ze świadomością, co mnie czeka (bo właśnie tego zabrakło mi tym razem), postaram się przyjechać jeszcze raz za rok, tym razem już na całą trasę. Bo oczywiście słowa “ostatni raz”, po raz kolejny puszczam w niepamięć ;)

Zdjęcia  Iwona “Bobek” Błażków

Miało nie być relacji. Gdy schodziłem z trasy, powiedziałem sobie, że to koniec, że pora na emeryturę. I że na pewno nie będę o tym, co się stało, pisał na blogu. Później Paweł (alias HAQ) rzucił, że bierze się za pisanie. Pomyślałem “super, wrzucę jego tekst u siebie i będzie git”. Ostatecznie jednak Paweł zdecydował się umieścić swoją relację  u siebie, przy okazji sugerując, że mam się brać za pisanie… ehhh… No nic, cofnijmy się trochę w czasie – do roku pańskiego 2009.

Wtedy to właśnie, w piękny majowy wtorek, na treningu sekcji biegowej nastąpił przełom. Przełomem był Żurek (Daniel Żurkowski), który przyszedł i rzucił coś w stylu “pobiegłem w weekend setkę”. Tak, zaczęło się tak, jak z każdym normalnym człowiekiem, który słyszy o bieganiu na 100km. Pukałem się w głowę, wyzywałem od cyborgów, twierdziłem, że niemożliwe… ale coś jednak we mnie zakiełkowało – efekty można śledzić już prawie 3 lata na tym blogu. A setką, o której mówił mi wtedy Żurek, była właśnie Setka z Hakiem, którą, nomen omen, wygrał, z czasem około 18,5h. Przez ostatnie lata nie udawało mi się wystartować, jednak tym razem postawiłem na swoim – impreza zmieści się w kalendarzu. Tak więc, wracamy do roku 2012.

Impreza odbywa się pod Opolem, organizowana przez Harcerski klub HAKI i dedykowana jest raczej turystom niż sportowcom (choć na szczęście na tych drugich nikt nie patrzy tam krzywo). Trasa jest wyznaczona na mapie i, w teorii, nie wymaga zbytnio nawigacji. dystans to 100km + tytułowy hak, czyli jak zapewniał na starcie organizator, w tym roku 1-2km. Sam start odbywa się falami, co kilka minut, a zawodnicy sami wybierają sobie godzinę startu. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o informacje. Brak listy startowej, poza regulaminem, brak informacji na stronie (więcej dowiedziałem się z wywiadu z zeszłorocznym zwycięzcą, niż z samej strony).

Na miejscu jestem pozytywnie zaskoczony. Przemiłe (również dla oka) harcerki rejestrują mnie i wręczają mi garść upominków i materiałów. Sprawna odprawa techniczna, informacje o jakiś krzakach (że jak?) i rozmieszczeniu punktów kontrolnych (10 łącznie z metą, na każdym woda i czekolada), w połowie przepak. Po konsultacjach z Pawłem, wybieram start o 19.30, tak więc mam możliwość obserwowania kolejnych zawodników ruszających na trasę. W końcu pakowanie, ostatni telefon do Asi i w drogę!

Ostatnimi czasy modne jest rozbijanie relacji na części, coby podtrzymać napięcie czytelników. Tak więc, “o tym dlaczego ehhh… i co Irek nawyprawiał tym razem, dowiecie się już w następnym odcinku!” ;)

zdjęcie z galerii organizatora
Iwona “Bobek” Błażków

Na wstępie powiem, że nie mam pomysłu, jak opisać ostatnie dni w składnej relacji. Właśnie dni, bo wyjazd na RW połączyłem z wizytą w Jeleniej Górze, gdzie zjawiłem się już w czwartek rano.

Po aktywnym wypoczynku na wsi na początku tygodnia, czekało mnie błogie lenistwo w górach. W sumie to trochę głupio, być drugi raz w ostatnim czasie w Jeleniej i nie wyjść w góry… No, ale w końcu od czasu do czasu można się dla odmiany pobyczyć, prawda? No dobra, lenistwo było prawie pełne – w piątek Wyszedłem z Asią i jej siostrą na “trening”. Miała być grzeczna przebieżka, miał być relaks… a skończyło się trzymaniem tempa po górkach. I choć dystans skromny (6km), to udało mi się zajechać… jeden z wielu błędów które udało mi się popełnić w kontekście tego rajdu…

W sobotę wstałem wcześnie, ale wypoczęty. na dworze zamiast zapowiadanych chmur piękne słońce… czułem, że będzie prażyć, a mimo to nalałem do bukłaka tylko litr picia. drugi błąd ląduje na liście, chociaż ten akurat nie zdążył wpłynąć na wynik. Sprawne pakowanie i w obstawie Rodziny Buczek jadę do bazy, czyli Karpnik (Karpników?). Na miejscu wita nas piękne słońce i tłum znajomych twarzy. Weronika, Janek, Remik, Marcin(y), Konwalie, Adam, Darek… no i oczywiście organizatorzy, czyli Ciocia Asia i  Robert Domański,  którego ni za cholery nie mogłem poznać w nowej (dla mnie) fryzurze. Uśmiechy, zdjęcia, powitania, wspomnienia… Niby jak na każdym rajdzie, a jednak tak jakoś “bardziej”… totalny luz, piękne słońce, śmiech, a przecież za moment odprawa i trzeba ruszać na trasę!

Umówiłem się z Jankiem, że ruszymy z Jankiem, mówi, że nie jest w formie. Odprawa, ostatnie wyjaśnienia, mapy i lecimy… jak wariaci. Asfaltowy podbieg (do pierwszego pk prawie cały czas pod górkę), a peleton ciągnie masakrycznym tempem. Oj, boli… mimo to nie chcę odpuszczać Janka, wiem, że jak mi teraz ucieknie, to już go nie złapię, a BNO, które czeka na pierwszym punkcie chciałbym zrobić z kimś. Do punktu dobiegamy między dwoma dużymi grupami zawodników, zmieniamy mapy i zanim zdążę zerknąć, już lecę za Jankiem. Nie mogę się skupić, nogi coś nie podają i myślę tylko o utrzymaniu tempa. Podbijamy pk7, lecimy asfaltem dookoła pagórków do pk1, błądzimy dłuższą chwilę, w końcu Janek wykopuje lampion spod ziemi (niemal dosłownie, stał w zagłębieniu). Czuję się coraz gorzej, wiem, że nie utrzymam tempa Janka, więc puszczam go przodem i lecę sam, starając się w końcu skupić na mapie. Spotykamy się ponownie pod Skałami w okolicach pk4 i latamy niezdecydowani, gdzie jesteśmy. W końcu rozdzielamy się, ja zaliczam piękną wspinaczkę po skałach i drapanie się po głowie z kategorii “gdzie do cholery jestem?” W końcu robi się więcej ludzi, któryś z Konwalii krzyczy, że ma punkt, podbijam go równo z Jankiem, ale znowu się rozdzielamy. Większość zaczęła trasę od południa i ma nad nami sporą przewagę, przez co morale spada jeszcze bardziej. Następne punkty (pk10, pk11, pk14) idą znośnie, chociaż tempo mam raczej marne. Mijam sporo piechurów, a Asia regularnie daje sygnały z drugiego punktu głównej pętli, gdzie zjawiają się kolejni zawodnicy. No nic, ze ścigania nici, ale spróbujemy jeszcze powalczyć. W końcu został tylko jeden punkt z BNO, później będzie już łatwiej…  znowu nie mogę się skupić na mapie, na zmianę wkładam słuchawki i je wyciągam. Z pk14 lecę na azymut i… wylatuję w kosmos. Tak totalnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie wiem, co zrobić, żeby się odnaleźć, a po 20min mam już serdecznie dość. Dookoła żywej duszy, a kolejne próby odnalezienia się nie przynoszą zmiany. Po jakimś czasie wpadam na dwóch piechurów, wydaje się, że wiedzą, gdzie są, ale ponownie wylatujemy w kosmos. Rozdzielamy się, a ja podejmuję decyzję. Dzwonię do Asi i mówię, że schodzę. Ale najpierw uratuję dumę – siedzę na tym punkcie już jakieś 40min, więc w końcu go znajdę. Teraz czas nie ma już znaczenia. docieram do niebieskiego szlaku, postanawiam uderzyć do asfaltu na północy. Nim tam docieram, spotykam innych zawodników i… lampion. Cholera, trzeba to było zrobić pół godziny temu… spokojnym biegiem wracam do startu odcinka specjalnego, a stamtąd w dół asfaltem do Bazy. Słońce świeci, dookoła piękne widoki, biegnie się dobrze… i tylko kierunek nie ten, cel inny od zamierzonego. Po drodze mijam Roberta, chyba jest zdziwiony moim zachowaniem. Na mecie Ciocia zabija mnie wzrokiem i niechętnie odbiera kartę… cóż, nawet na najciekawszej i najlepiej zorganizowanej imprezie, jak się nie układa, to się nie układa. Bo właśnie impreza była ciekawa, dawno już się tak nie kręciłem po lesie, dawno też nie dostałem tak w tyłek. Zwyczajnie popełniłem błąd (największy i bijący wszystkie inne) i nie doceniłem imprezy. A pierwsze wtopy, zamiast mnie zmobilizować, totalnie mnie rozkojarzyły i zniechęciły.

No, ale coby nie było – nie smęcę. Naprawdę mi się podobało. Naprawdę cieszę się, że tam byłem. I z podwójną chęcią przyjadę za rok, na dobrą imprezę i po rewanż. Tym razem ze świadomością, że dostanę po tyłku ;)

Z tego co wiem, zawody były trudne nie tylko w moich oczach. Wyniki też sporo o tym mówią. Mam wrażenie, że po Harpaganie ludzie jakoś tak nastawili się na lekkie imprezy. A tu psikus!

A już za tydzień okazja, żeby się odkuć – sentymentalna podróż na Setkę z Hakiem…

Zdjęcia autorstwa Asi

Driving away from home…

Nie, nie wygrałem Harpagana. Nie musiałem.

Marcin rzucił się na trasę 100km i tym razem nie mieliśmy jak zgrać transportu. Ale nie miałem powodów do narzekań – towarzystwa dotrzymała mi moja Asia oraz Nika. 370km przez piękną, wiosenną Polskę, najpierw przy zachodzącym słońcu, później przy deszczowej i burzowej nocy. towarzyszyła nam jeszcze muzyka, między innymi ta podlinkowana wyżej. I dobrego nastroju nie zdołał nawet zepsuć kontakt z podstarzałymi weselnikami, nie do końca jadalne pierogi, czy w końcu wtopa nawigacyjna tuż przed metą.

Na miejsce dojechaliśmy w środku nocy i szybko znaleźliśmy sobie kawałek korytarza odgrodzonego taśmami – organizatorzy stwierdzili, że sklepik już się zwinął i możemy się rozłożyć, co bardzo nas robiło. Matrix puszczony na notebooku odrobinę utrudniał sen, ale przecież wolontariusze to też ludzie – muszą jakoś przetrwać tą noc. W efekcie nie wiem, ile przespałem, ile przeleżałem, ale rano obudziłem się w dobrym nastroju około 6.00

Mógłbym opisywać, ile pozytywnej energii otrzymałem od dziewczyn przed startem. mógłbym godzinami wracać w myślach do momentu, jak przed startem leżeliśmy przytuleni do siebie i jak ładowałem baterie. Ale słowa tego nie oddają. W końcu trzeba było wyjść na mokry poranek (prognoza mówiła o pięknym słońcu i wysokiej temperaturze). Przed wyjściem spotkałem Krasusa, idąc do strefy startowej wpadłem na Konwalie, tym razem w składzie ograniczonym do Marka i Władka.

Rozdanie map, rzut oka na pierwszy Pk, sygnał do startu i lecimy. Mocno. Czuję się naprawdę dobrze i jestem głodny rajdowania. Wiem, że będę cierpiał z powodu tego mocnego początku, ale mimo to lecę na czele peletonu. Konwalie coś się krzywią, że “znowu” czym oczywiście jeszcze bardziej mnie podjudzają. Przed pk równa się ze mną Piotrek na którym tempo wydaje się nie robić wrażenia. Pk1 podbijam jako pierwszy i niewiele myśląc zbiegam na bagna, gdzie… utykam. tak totalnie, padający deszcz zrobił swoje. Mimo to ogarnia mnie błogostan. Rajdy to narkotyk? Zdecydowanie na mojej twarzy było to widać, gdy zanurzyłem się po pas w błocie. Jeeezu, jak mi tego ostatnio brakowało. W końcu wychodzę i razem z Piotrkiem i Tomkiem Grabowskim próbuję bagien kawałek dalej. Wyglądało to tak: bagienko, strumień, bagno, bagno, rów, bagno, droga. No, ale w końcu przeszliśmy, może nie optymalnie, ale tak jak zaplanowałem. No dobra, nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy, więc jednak nie o to chodziło… lecimy przecinką do “drogi na skarpie”, która okazuje się… rzeczką. Cóż, kolejne zanurzenie, tym razem z czystym dnem, więc jest nawet przyjemnie i buty się czyszczą z błota. Chłopaki wprowadzają mnie na pk, podbijamy i lecimy. Sugeruję inny przelot niż oni, po chwili myślenia na skrzyżowaniu lecimy po mojemu. W drodze odłącza się Piotrek, chce lecieć swoim wariantem. Nawiguję ja, Tomek od czasu do czasu wyraża swoje zdanie. Lecimy do “skraju lasu”, takiego ładnego, równego, w dodatku leci wzdłuż niego droga… ale coś jest nie tak, za długo go nie ma. Wypadamy na polankę, spotykamy rowerzystów, pytają o pk. lecimy kawałek dalej, widać namiot i lampion. O co kurna kaman?… … … ups… to nie był skraj lasu, tylko łączenie map. No nic, mieliśmy farta i wyszło samo. Do pk4 przelot na pierwszy rzut oka skomplikowany, ale w efekcie na drogi wpadamy całkiem zgrabnie, tempo cały czas bardzo mocne. Prawie nie piję, wylewam picie z bukłaka, nic jeszcze nie zjadłem, a baterie trzymają. Dziwne, ale podoba mi się. Podbijamy pk4, Tomek ucieka za potrzebą, ja myślę nad mapą, w tym momencie lecą z naprzeciwka Konwalie – my tak prujemy, a oni są tak blisko, niedobrze… do pk5 tempo jeszcze rośnie, a ja wykonuję zaplanowany wariant… prawie do końca. Lekkie zawahanie przed punktem, ale w końcu między drzewami dostrzegam namiot. Na punkt wbiegam śpiewając “jestem zaje*isty”. Zegarek sugeruje abstrakcyjny czas <5h cóż, zobaczymy. Jak staję, jest już niefajnie, mięśnie są z kamienia. ale mimo to biegnę. Przecież nie damy się zjeść Konwaliom, prawda?

Mam wytartą mapę przy zgięciu, więc nie wiem, jak zrobić przelot. Tomek mówi, że na rzecze w miejscu o które pytam jest mostek. Super, nie będziemy pływać. Lecimy, ciut wolniej, ale lecimy. jedna rzeka, w lewo, druga rzeka… ups, mostku nie ma, jest tylko dojazd. Tomek nie myśląc dużo wskakuje do wody. Idę za nim wydając dźwięki które zdziwiły mnie samego. W końcu brakuje mi dna pod stopami, trzeba pływać. mam z tym problem, ale docieram do brzegu. Mam problem złapać oddech z szoku temperatur, mam masę wody w nerce i butach a na dokładkę zalałem mapę. Gdyby Tomek nie wszedł tak bezmyślnie stałbym tam i myślał 10min. A tak mamy to za sobą.

Od tej pory Tomek nawiguje, ja się trochę wyłączam. Podbijamy pk6, nie mam już ochoty się ścigać, utrzymuję tylko tempo, w końcu wyłączyły się baterie. Coraz częściej myślę o tym, że na mecie czekają dziewczyny, to pomaga. Trochę się kręcimy, Tomek chyba nie może się zdecydować na jeden wariant. Wpadamy na Konwalie, którzy lecą z przeciwnej strony i łączymy się w kupę. Ok, nie będzie ścigania, przynajmniej na razie. Mijamy wioskę, wpadamy na pola… patrzę na kompas i coś mi nie gra. W końcu odłączamy się z Tomkiem, ale wychodzi, że też lecimy źle. kręcenie się w kółko trwa, w końcu Tomek się odnajduje i wracamy w stronę pk. Niedobrze, spora wtopa. O 5h można zapomnieć. Na wyjściu z pk dzwoni Nika, mówię jej, że zepsuła mi śmierć, bo właśnie umierałem, oraz że będę za około 1h. nie nawiguję, trzymam się chłopaków. W pewnym momencie puszczam muzykę, zaczynam śpiewać. Lecę na oparach, na psychice a nie na nogach, w pewnym momencie to nawet ja dyktuję tempo. Niestety, do mety to nie wystarcza, odpadam a Tomek oddaje mi mapę. Dogania mnie Piotrek który kieruje mnie na właściwą drogę, a później Marek który odpadł kawałek przede mną. We dwóch turlamy się do mety i podbijamy karty w tej samej chwili, z czasem… no właśnie jakim?

Tuż przed metą Marek mówi mi, że zmieścimy się poniżej 6h. Coś mi nie pasuje, ale już nie umiem myśleć. Oddając kartę i patrząc na wydruk widzę 5:24. Co jest? No tak, Marek się pomylił. Tak więc poprawiłem życiówkę o 40min. A przynajmniej tak uparcie powtarzam. No bo przecież między 5:24 a 6:14 jest 40min prawda? No właśnie.

Na mecie czekały na mnie dziewczyny. Przytuliły, zaprowadziły za rączkę do budynku, porozciągały, wysłały pod prysznic… tak można umierać. Po prysznicu posiłek z Jankiem Lenczowskim który przyjechał testować nowy system śledzenia zawodników, i Tomkiem który przybiegł na metę 11min przede mną. Od wyjazdu z Wrocławia cały ten czas byłem szczęśliwy. Powodów do radości miałem dużo, od towarzystwa, przez dobry wynik, po świadomość, że przerwa dobrze mi zrobiła. I nie musiałem wygrywać Harpagana, żeby czuć się wygranym.

A po tym wszystkim było znowu 370km przez piękną Polskę i kolejna przygoda, która nie jest już tematem tego wpisu…

Zdjęcia Autorstwa Asi

Na komentarz Tomsona do poprzedniego wpisu chciałem odpowiedzieć komentarzem. Ale w trakcie pisania wyszło, że… nie mieszczę się tam. Tak więc pora na moje spojrzenie na “problem pięćdziesiątek”

Przykład 1)

Weźmy Pana “A” i Pana “B”. Ten pierwszy jest z siebie dumny – przebiegł już kilka maratonów, każdy z nich był dla niego wyzwaniem, za trzecim razem pobiegł słabiej niż za pierwszym, ale i tak był szczęśliwy, że dotarł do mety.
“B” na słowo maraton mówi że to nie dla niego, że nie ma jeszcze tyle powera. Na razie ogranicza się do półmaratonu. Przebiegł ich już kilka, powoli zbiera się w sobie, że może by jednak ten maraton pobiec, ale czuje, że jeszcze nie pora.
Możemy z dużą pewnością stwierdzić, że “A” jest mocniejszym zawodnikiem niż “B”.

Przykład 2)

Weźmy teraz Pana “X” oraz Pana “Y”. Pan “X” jest naprawdę mocnym zawodnikiem – wygrywa większość maratonów w których startuje. Pan “Y” też jest mocny – startuje w półmaratonach, również często wygrywa. Gdyby wystartował na maratonie z Panem “X” to raczej nie miałby szans, ale na swoim gruncie czuje się pewnie – czuje, że miałby duże szanse wygrać z nim półmaraton. Ale “X” nie lubi biegać półmaratonów, a “Y” nie czuje satysfakcji “kończąc” maraton, “ukończyć” to dla niego za mało.

Jak porównać takich zawodników?

 

Koniec przykładów.

I chociaż rzeczywistość jest dużo bardziej prozaiczna – zawodnicy z setek są naprawdę mocniejsi od tych z pięćdziesiątek (zdarza się, że na półmetku zwycięzca setki jest szybciej niż zwycięzca pięćdziesiątki na mecie), to jednak pięćdziesiątki stały się (bo nie miały takie być w założeniu) pełnoprawnym dystansem. I można mówić, że pięćdziesiątka na Harpie to kpina, że to nie Harpagan. Bo faktycznie, dla tych, którzy chcą przetrwać 100km, coś takiego jest pójściem na skróty. Ale są jeszcze tacy którzy chcą się pościgać w innej kategorii.

Nie wiem, w której grupie jestem. ukończenie setki dalej jest dla mnie wyzwaniem (ba, to dotyczy też pięćdziesiątek!), w zeszłym sezonie zaliczyłem 4 i we wszystkich byłem przeszczęśliwy, że dotarłem na metę. A jednak samo kończenie to dla mnie już trochę za mało. Dlatego wybieram dystans, na którym przy odpowiednim złożeniu wszystkich rzeczy (również tego, że nie startują wymiatacze), mogę powalczyć o wysoką lokatę. I pierwsza trójka na 50tce na Harpie dała by mi dużo większą satysfakcję niż bycie 30. na trasie 100km. Jeśli dla kogoś jest to kpina – rozumiem. Niemniej ja wybieram trasę krótką. “krótką” a nie “krótszą”.

 

Do zobaczenia na Harpie.

 

P.s. dzisiaj blog świętuje 10000 odświeżeń. chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają – rok temu nie pomyślałbym o takiej frekwencji.

 

Od dłuższego czasu zabieram się za pisanie i… i nie mam o czym pisać. Wychodzi brak startów…

Coś trenuję, ale jakoś opornie to idzie. więcej czasu spędzam w siodełku, czy to na mieście, czy na siłowni, niż biegam. Czuję się dziwnie, trochę jak po odstawieniu – mój organizm wariuje, mięśnie mi się trzęsą, czasami tak mocno, że zaczynam się bać. Dobrze robi mi się dopiero jak skatuję je na rowerku stacjonarnym. Dzienniczka nie prowadzę.

W weekend będzie Harpagan. Jakoś tak, nie zaprzątam sobie tym głowy. A przecież tak bardzo czuję, że potrzebuję tego startu… może nie chcę sobie robić presji? Na tyle na ile się znam, nie ma za dużo mocnych zawodników, nawigacja ma być łatwa, będzie się liczyć łydka, a ja przecież zaliczyłem właśnie “regenerację”… wypadało by dobrze pobiec. A ja nie chcę presji.

W ostatnim tygodniu “dużo” (pojęcie względne) osób śledziło MDS. Dzięki Napieraj.pl bardziej leniwi (nie lubię chodzić po angielskich stronach), mogli być choć trochę na bieżąco. We mnie te zawody budzą bardzo mieszane uczucia – nie jestem fanem wyścigów etapowych, nienawidzę mieć ran na stopach za to uwielbiam walkę w wysokich temperaturach. Oczywiście, jakbym miał okazję wystartować, to nie wahałbym się ani chwili, ale jednak patrząc na zdjęcia uczucia mam mieszane… Start Polaków budzi podziw i narodową dumę. Pluję sobie w brodę, że nie napisałem żadnego maila…

Marcin zapowiedział odcinek NBR on Tour. cały czas nie wiem, czy uda mi się skorzystać. Czas pokaże.

A w ten weekend były Wertepy, w których chciałem wystartować. Cóż, rozmyło się i wyszło jak wyszło. Później miałem wystartować w Bike Maratonie pod Wrocławiem, ale pogoda i życie prywatne skutecznie mnie zniechęciły. Widać miało być i tak.

A Natura nie może się zdecydować, czy wygonić z Wrocławia wiosnę i przywołać dziwadło na kształt późnej jesieni, czy też dać ludziom trochę radości. Czyli w kratkę. Tak jak ostatnimi czasy mój nastrój.

Oczywiście, niezależnie od tytułu, będę wdzięczny za każdą odpowiedź. Niemniej jednak najbardziej obeznani będą użytkownicy wszelakich serwisów typu Endomondo oraz ci, którzy prowadzą własny “dzienniczek treningowy”

Chodzi mianowicie o wprowadzanie do takiego dzienniczka aktywności, które nie są strikte treningiem. Bo jak na przykład ugryźć pracę przy wycince drzewa? Nie powiem sobie, że nic nie robiłem w ten dzień, a przecież nie wpiszę do dzienniczka “praca przy drzewie, 6h”. I na dokładkę jeszcze wpływ na regenerację…

Albo taka jazda rowerem po mieście. W sumie człowiek natrzaska nawet kilkadziesiąt kilometrów, ale przecież nie napiszę, że jechałem rowerem 30km przez 5h. A rozdzielanie tego na 6 treningów po 5km każdy…

I jeszcze inaczej: idę na siłownię, wsiadam na rower stacjonarny. według wskazań licznika, robię w pół godziny 32,5km. Jak to przełożyć na “normalny trening”?

Efekt z tego taki, że po raz trzeci założyłem profil na Endomondo i po raz trzeci zrezygnowałem. Bo jak tak podsumować wszystko, czego nie potrafię zanotować, to wychodzi, że prawie nic nie robię, pomimo, że ostatni tydzień trenuję naprawdę intensywnie.

Macie pomysł, jak jednak wcisnąć w ramy dziennika takie “treningi”?

 

P.s. Pytanie oczywiście z kategorii “z przymrużeniem oka” ;)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.